W najnowszym numerze...

Wspominki tetryka

Leszek Żuliński

Leszek Żuliński wspomina, a ma co

Boże Narodzenie… Tak, to chyba najpiękniejsze święto w naszym kręgu kulturowym. Co ciekawe: obchodzą je i wierzący, i niewierzący. To dobrze. Bo kultywowanie tradycji to bardzo ważna sprawa. Do źródeł można się dystansować, ale trzeba je szanować. Kulturowe DNA to niesłychanie ważna sprawa. Wyobrażam sobie życie bez wiary i bez tradycji, ale nie chciałbym takich czasów doczekać.

Mamy listopad – miesiąc ponury, zaczynający się Dniem Zmarłych. Stroimy im groby, zapalamy znicze. Milczymy, wspominamy. Cyganie biesiadują na mogiłach – co mi się podoba. Bo chyba refleksja nad śmiercią nie musi być ascetyczna. A że ponura – to siła wyższa. W Warszawie przez dziesięciolecia działał klub studencki „Hades” (i – zdaje się – jeszcze jakieś jego szczątki zostały) – tam, pomimo nazwy, ponuro nigdy nie było, bo kto by brał na poważnie – zwłaszcza w studenckim wieku – przejmowanie się śmiercią czy piekłem?

Sławomir Płatek w jednym z niedawnych swoich felietonów na własnej witrynie napisał, że podoba mu się pani w solarium, w Rumi, obok sklepu z węgierskimi winami. No, taki sklep i taka pani to jest kumulacja! Co najmniej czwórka w totolotka. Ale jego zachwyt jest niewiarygodny, bo Płatek jest kiperem od win, na co dzień chodzi pod ich „urokiem”, a w stanie takiego karygodnego zamroczenia każda pani może się podobać.

Wracacie czasami do starych lat? Chyba niejeden raz, więc i ja właśnie za chwilę zamierzam to uczynić. A w zasadzie będzie to kolejny felieton o moich młodych latach. Nie tyle oceniający własną twórczość, co jakoś podsumowujący „twórcze okoliczności startu”. I może dla niektórych pouczający.

Krytyka literacka w Polsce Ludowej miała dobrą markę. Miała ona swoje bastiony w dwóch twierdzach. Jedną było środowisko akademickie, drugą – pisma literackie.