W najnowszym numerze...

Wspominki tetryka

Leszek Żuliński

Leszek Żuliński wspomina, a ma co

Mamy listopad – miesiąc ponury, zaczynający się Dniem Zmarłych. Stroimy im groby, zapalamy znicze. Milczymy, wspominamy. Cyganie biesiadują na mogiłach – co mi się podoba. Bo chyba refleksja nad śmiercią nie musi być ascetyczna. A że ponura – to siła wyższa. W Warszawie przez dziesięciolecia działał klub studencki „Hades” (i – zdaje się – jeszcze jakieś jego szczątki zostały) – tam, pomimo nazwy, ponuro nigdy nie było, bo kto by brał na poważnie – zwłaszcza w studenckim wieku – przejmowanie się śmiercią czy piekłem?

Sławomir Płatek w jednym z niedawnych swoich felietonów na własnej witrynie napisał, że podoba mu się pani w solarium, w Rumi, obok sklepu z węgierskimi winami. No, taki sklep i taka pani to jest kumulacja! Co najmniej czwórka w totolotka. Ale jego zachwyt jest niewiarygodny, bo Płatek jest kiperem od win, na co dzień chodzi pod ich „urokiem”, a w stanie takiego karygodnego zamroczenia każda pani może się podobać.

Wracacie czasami do starych lat? Chyba niejeden raz, więc i ja właśnie za chwilę zamierzam to uczynić. A w zasadzie będzie to kolejny felieton o moich młodych latach. Nie tyle oceniający własną twórczość, co jakoś podsumowujący „twórcze okoliczności startu”. I może dla niektórych pouczający.

Krytyka literacka w Polsce Ludowej miała dobrą markę. Miała ona swoje bastiony w dwóch twierdzach. Jedną było środowisko akademickie, drugą – pisma literackie.

Czy życie literackie w czasach mojej młodości było „odgórnie zarządzane”? Ależ tak, i to nie tylko życie literackie, ale cała kultura. Po pierwsze w PRL-u, tak jak i dzisiaj, istniało Ministerstwo Kultury. Robiło mniej więcej to samo, co dzisiaj robi MKiDzN. To był organ rządowy, jak teraz, ale w gruncie rzeczy dyspozycje w ważnych sprawach MK otrzymywało od KC PZPR. Nie wiecie co znaczy ten skrót? Znaczy: Komitet Centralny Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Partia, mateczka nasza, dbała o nas i baczyła, byśmy nie pobłądzili. Tam był osobny wydział ds. kultury – on dbał o to, by ta dziedzina nie schodziła na manowce i nie migała się w służbie Polsce. Innymi słowy chodziło o ideologię. Oczywiście pisarze mogli pisać co chcieli, lecz trzeba było pilnować, by coś im się w głowach nie pomieszało. Wtedy karzący palec Partii robił niu-niu takiemu autorowi. A jak trzeba było, to na niu-niu się nie kończyło. Mogłeś zostać „autorem niepożądanym” i wtedy wydawcy trzymali się od ciebie z daleka. Oczywiście w moich czasach to był już nadzór nieporównywalnie bardziej liberalny niż w czasach socrealizmu z lat 50.