W najnowszym numerze...

Wbrew pozorom

Marcin Kleinszmidt

Marcin Kleinszmidt nadaje z ulubionego krzesełka w ulubionym miejscu

Autopromocja nie hańbi.
Pewna ogólnopolska rozgłośnia radiowa

 

Pomijając pewne niedogodności związane ze zmianowym systemem pracy, muszę przyznać, że obecna sytuacja ma kilka plusów. Jednym z nich jest regularne słuchanie radia, czego nigdy w życiu dotąd nie czyniłem! Słucham zatem często, słucham dużo, jestem na bieżąco z nowinkami i nie gubię rytmu.

Pierwszy ciepły majowy dzień za nami, co reszta miesiąca nam zgotuje, tego się dowiemy (miejmy nadzieję że z możliwie najłagodniejszymi skutkami). Maj to również pora rozstrzygnięć nagród literackich, i ten sezon także szczęśliwie się nam rozpoczął. Jest to zarówno ostatnia okazja do podsumowania ubiegłego roku, jak i jedna z wielu do rozmowy o czytelnictwie i wydawnictwach (jako że nie mam szans przeczytać wszystkiego, co wydaje się w ciągu roku w Polsce, mogę sobie też uświadomić skalę zjawiska i wyciągnąć z tego jakieś tam wnioski dla siebie).

Pani coś wstrząśnie, coś zmiesza i piwo poproszę.

Jego Ekscelencja Imperator Wszech Lamusa,
Całej Ulicy i Chodnika Też jako Agent 0,7

Mamy początek kwietnia, ciepły, słoneczny dzień, popularne gdańskie lokale przetrwały szczęśliwie pierwszy w tym roku szturm na przestrzeń, która w założeniu zajęta jest przez tzw. ogródek, ja zaś napawam się słońcem, przymierzam okulary znajomych i piszę tekst. Myślę nad zakupem taśmy montażowej, napisaniem recenzji nowego tomiku jednego z czołowych polskich poetów i słucham sobie Fleet Foxes. Jest lepiej niż wczoraj, kiedy to zdarzyło mi się obejrzeć Potop. Ale to nie jest dzień na ekranizacje klasyków.

W tym miesiącu mam wyjątkową okazję przygotowywać zawartość dwóch działów Salonu Literackiego, i to działów bardzo od siebie różnych, żeby nie powiedzieć, że snułem się jak błędny i nie wiedziałem w co ręce włożyć. Mianowicie wziąłem na siebie odpowiedzialność przygotowania prezentacji w dziale Do zobaczenia. Akurat graficznych uzdolnień Bozia raczej mi poskąpiła (chociaż pochwalę się, że tytuł na okładce swojego debiutu sam nagryzmoliłem), ale chodząc po mieście i nieco rozmawiając z ludźmi nawiązuje się mimo wszystko różne znajomości, często rozwijające i przydatne. Siedzę sobie zatem przy komputerze, rozwijam temat, zamknąłem w końcu sprawę prezentacji (z jakim skutkiem, mogą Państwo przekonać się kilka działów niżej) i rozmyślam. Rozmyślam o związku sztuki ze słowem.

Jakiś czas temu miałem przyjemność obejrzeć nowy film Jarmuscha, zatytułowany „Paterson” (o Jezusiczku, właśnie otworzyło mi się skojarzenie z obrazem sprzed dwóch lat, „Manglehorn”, pod względem nastrojowości, ale to osobny wątek, którego nawet nie ubiorę w dygresję), historię o człowieku, który się codziennie budził w tym samym łóżku. Prowadził autobus, spożywał posiłki, pijał piwo, pisywał wiersze. O związku człowieka z miejscem i jego historią, o stosunku człowieka do życia i o jeszcze wielu innych rzeczach, które można określić tylko za pomocą wielkich słów. Co mnie uderzyło filmowo, to nastrojowość i kilka mistrzowskich kadrów, co mnie zainteresowało w materii przekazu, to próba osadzenia poety w świecie za pomocą dwóch zabiegów – wyboru na tytułowego bohatera kierowcy miejskiego autobusu oraz podkreśleniu jego szczególnych związków z miejscem, w którym żyje. Zanim przejdziemy do sedna, spróbuję nieco opisać te związki.