W najnowszym numerze...

Wbrew pozorom

Marcin Kleinszmidt

Marcin Kleinszmidt nadaje z ulubionego krzesełka w ulubionym miejscu

W tym miesiącu mam wyjątkową okazję przygotowywać zawartość dwóch działów Salonu Literackiego, i to działów bardzo od siebie różnych, żeby nie powiedzieć, że snułem się jak błędny i nie wiedziałem w co ręce włożyć. Mianowicie wziąłem na siebie odpowiedzialność przygotowania prezentacji w dziale Do zobaczenia. Akurat graficznych uzdolnień Bozia raczej mi poskąpiła (chociaż pochwalę się, że tytuł na okładce swojego debiutu sam nagryzmoliłem), ale chodząc po mieście i nieco rozmawiając z ludźmi nawiązuje się mimo wszystko różne znajomości, często rozwijające i przydatne. Siedzę sobie zatem przy komputerze, rozwijam temat, zamknąłem w końcu sprawę prezentacji (z jakim skutkiem, mogą Państwo przekonać się kilka działów niżej) i rozmyślam. Rozmyślam o związku sztuki ze słowem.

Jakiś czas temu miałem przyjemność obejrzeć nowy film Jarmuscha, zatytułowany „Paterson” (o Jezusiczku, właśnie otworzyło mi się skojarzenie z obrazem sprzed dwóch lat, „Manglehorn”, pod względem nastrojowości, ale to osobny wątek, którego nawet nie ubiorę w dygresję), historię o człowieku, który się codziennie budził w tym samym łóżku. Prowadził autobus, spożywał posiłki, pijał piwo, pisywał wiersze. O związku człowieka z miejscem i jego historią, o stosunku człowieka do życia i o jeszcze wielu innych rzeczach, które można określić tylko za pomocą wielkich słów. Co mnie uderzyło filmowo, to nastrojowość i kilka mistrzowskich kadrów, co mnie zainteresowało w materii przekazu, to próba osadzenia poety w świecie za pomocą dwóch zabiegów – wyboru na tytułowego bohatera kierowcy miejskiego autobusu oraz podkreśleniu jego szczególnych związków z miejscem, w którym żyje. Zanim przejdziemy do sedna, spróbuję nieco opisać te związki.

– Co ma wspólnego pył z psem i kotem?
– Miałkość.
[1]

 

Chyba nie znam nikogo, kto nie mógłby pochwalić się znajomością jakiegokolwiek z tego typu dowcipów, dowcipów, których koniecznie należy słuchać, zaś w czytaniu z papieru lub z ekranu bledną i jarzą się swoją bladością bardziej, niż zaśnieżony dach w południowym słońcu (w chwili, gdy piszę te słowa, na Gdańsk spadły pierwsze w tym sezonie porządne śniegi i nie mam pojęcia, jak się wydostanę poza obręb osiedla).