W najnowszym numerze...

Literatura

Dział pojemny – zmieści niemal wszystko, co o literaturze napisać można

 

Wyjątkowość i aktualność Josepha Conrada to przede wszystkim nowoczesność refleksji moralnej i taki model moralnej literatury, który pozostaje organicznie niezależny od czynników zewnętrznych. Conrad w świecie ponowoczesnym może okazać się świetnym nauczycielem tragedii i tragizmu. I jest to tragedia organiczna, wyrastająca z organicznych etycznych konfliktów, nierzadko tragedia całych zbiorowości jak np. we wciąż niedostatecznie docenionej przez Polaków powieści Nostromo. Można by powiedzieć za Zdzisławem Najderem, że o organiczności literatury moralnej Conrada zbyt łatwo w Polsce w latach 90. XX wieku przyszło nam zapomnieć. Że niesprawiedliwie i pospiesznie zaksięgowaliśmy tę literaturę jako kodeksową, nie dostrzegając jej fizjologicznego związku z naszym życiem moralnym. Conrad tymczasem pozostawał obecny, np. jako patron polskiej literatury pogranicza – bardzo conradowski pod tym względem, w jakiś sposób nawracający do problematyki Nostromo, jest Hanemann Stefana Chwina.

Protestantyzm ma w Polsce wielkie tradycje. Warto przypomnieć fakt, że nasz kraj jest niemal monolitem kulturowym i etnicznym dopiero od początku lat 50. XX wieku. Kilkanaście lat wcześniej Polacy stanowili w granicach II Rzeczpospolitej poniżej 70% populacji, a katolików było jeszcze mniej. I gdyby nie kontrreformacyjne działania Zygmunta III Wazy, odsetek polskich (nie – niemieckich na terenie Polski) protestantów byłby stosunkowo wysoki. W okresie reformacji polscy protestanci tacy jak Mikołaj Rej i Andrzej Frycz Modrzewski współtworzyli kulturę narodową. Świętowanie pięćsetlecia ogłoszenia przez Lutra jego 95 tez ma więc w naszym kraju głęboki sens. Wielokrotne prześladowania czy choćby nawet ignorowanie przedstawicieli wyznań protestanckich nie może unieważnić ich dorobku.

Na warsztaty poetyckie do Miastka, a właściwie Trzcinna k/Miastka, jechałam z myślą wyniesioną z domu – że ludzie piszący wiersze mają jednak coś wspólnego z kosmitami. Mówią innym językiem, nie dla wszystkich zrozumiałym. Często się obrażają, gdy ktoś nie wie, co mieli na myśli, pisząc swoje bezrymowe frazy, albo oczekują wyłącznie pochwał i klepania po plecach. To dotyczy zwłaszcza tych, którzy za ciężko zarobione pieniądze wydają nasty tomik w swojej poetyckiej karierze. Oczywiście wiedziałam, że strawna dla odbiorcy twórczość to nie egzaltacja nad motylem przysiadającym na kwiatku, tylko – oprócz wrażeń – również solidna praca. Niemniej jednak do dołączenia do grona poetów jakoś mi się nie spieszyło. By nie powiedzieć, najchętniej trzymałabym tu bezpieczną odległość. Decyzja o wyjeździe łączyła się z chęcią nauki pisania lepiej niż dotychczas oraz przekonaniem, że praca nad językiem nie jest sprawą wyłącznie miłośników liryki.

Szczęśliwie skończyliśmy Rok Sienkiewicza i zaczynamy kolejny. Z okazji przypadającej 3 grudnia 2017 roku 160. rocznicy urodzin autora Lorda Jima, Sejm RP ustanowił ten rok Rokiem Josepha Conrada. Jak napisano w uchwale, w swoich powieściach Conrad „pokazał wizję Europy bez granic, wyrażał europejskiego ducha polskości, oraz uczynił polskość dobrem powszechnym”. Conrad-Korzeniowski – właśc. Józef Teodor Konrad Korzeniowski – był potomkiem „polskich patriotów, zesłańców syberyjskich”, pisarzem zasłużonym dla kultury polskiej i światowej. Podkreślono, że dzięki swojemu dorobkowi literackiemu „zajmuje niekwestionowaną pozycję klasyka literatury nowoczesnej, który zmienił oblicze prozy powieściowej”.

Nigdy wcześniej słów o Bożym Narodzeniu nie pisałem z tak wielką nadzieją. Może się to wydawać dziwne wobec rozpartej wokół chciwości – przecież ktoś od połowy listopada wiesza festony i lampy w witrynach sklepowych. Ktoś, czyli my – same się tam nie powiesiły. Może się to wydawać gorszące wobec perspektywy słuchania w radiu kolęd na przemian z reklamowanymi przez kogoś pigułkami na potencję i trzymanie moczu. Kogoś z nas – bo same się te reklamy wśród nocnej ciszy nie rozsiadły. Może się to wydawać obłudne  wobec rozciąganych wokół naszego dobrobytu kilometrów drutu kolczastego, wrzasku strażników i szczekania specjalnie tresowanych psów – wara od naszych szynek, wara od naszych opłatków. Ten drut kolczasty – sam on się rozwija? Może się to wreszcie wydawać niegodziwe, bo przecież telewizje nie zrezygnują z eksponowania kolejnych zwłok, kolejnych spalonych domów – pokłosia gdzieś prowadzonych poczynań stabilizacyjnych. I kiedy nie pozostanie nic innego jak tylko dopuścić, że może być i tak, że jacyś rodzice będą po wybuchu bomby widzieć kawałki swoich dzieci latające w powietrzu, głos z telewizora z ubolewaniem rozważy niedostatki wdrażanej gdzieś stabilizacji. Sama ona do nich przyszła – ta stabilizacja? Może i tym razem komuś uda się z ludzkiego piekła z dzieckiem uciec. Jakiejś Marii, jakiemuś Józefowi? Na pierwszy rzut oka nadzieja tu i teraz może wydawać się dziwna, gorsząca, obłudna i niegodziwa. Czy rzeczywiście? Otóż nie.