W najnowszym numerze...

Literatura

Dział pojemny – zmieści niemal wszystko, co o literaturze napisać można

 

Slam poetycki owiany jest legendą. Krąży wokół niego też klika krytycznych polemik, obiegowych opinii. Nie wszystkie mają coś wspólnego z prawdą. I polską specyfiką. A przecież jest to wspaniale proste: slam poetycki to po prostu format konkursu, tak jak turniej jednego wiersza.

Zalążek nowożytnego slamu to zorganizowane przez Marca Kellyego Smitha w 1984 w chicagowskim barze dla robotników „Get Me High Lounge” odczyty poetyckie. Po paru latach eksperymentowania z formą, pomysłodawca zaczął od 20 lipca 1986 roku prowadzić w klubie „Green Mill” cykl spotkań pt. „The Uptown Poetry Slam”, które regularnie odbywają się do dziś[1]. Tak oto powstał slam poetycki, czyli poetry slam i mniej więcej według tych samych zasad, od tego czasu, rozgrywany jest na całym świecie. Jak każdy rodzaj rozgrywki, ma też lepsze i gorsze sezony.

10 lat – dużo czy mało? Myślę, że kiedy mówimy o takiej inicjatywie kulturalnej jak warsztaty, to naprawdę sporo. Właśnie wróciliśmy z Miastka, gdzie podsumowaliśmy dziesiątą edycję Warsztatów Literackich „Pomost”. Pierwsze odbyły się na przełomie kwietnia i maja 2009, ale pomysł pojawił się w naszych rozmowach ze Sławomirem Płatkiem przy końcu roku 2008, a pierwsze spotkanie z Konradem Remelskim – Naczelnikiem Wydziału Promocji Gminy Miastko – miało miejsce na początku roku 2009. Inicjatywa była bardzo spontaniczna – nie było jeszcze Stowarzyszenia Salon Literacki (powstało w 2010 r.), działało Forum Poetyckie „Salon Literacki” i to właśnie grupa ludzi z nim związanych pojawiła się w długi majowy weekend 2009 na Pomorzu.

Kiedy przy końcu lipca umieszczaliśmy na instagramowym profilu Salonu Literackiego zdjęcie okładki płyty Andrzeja Mrokowskiego Ostatnie kuszenie kaktusa, wydawało się, że to pierwszy, maleńki, w gruncie rzeczy mało istotny krok w stronę promocji. Myśleliśmy o koncertach, szukaliśmy pomysłu jak zaprezentować jego twórczość. Pierwsze przesłuchania płyty, wsłuchiwanie się w teksty, wchodzenie w klimat…

Gdybym miał wybrać jedno jedyne słowo, które moim zdaniem najlepiej opisuje Chiny? Zadanie karkołomne, zważywszy na to, że napisałem dla Salonu Literackiego już osiem artykułów o Państwie Środka, a żaden zapewne nawet nie liznął istoty. Ale cóż, do odważnych świat należy, więc spróbuję: wydaje mi się, że tym słowem jest dla mnie „pragmatyzm”.

Podstawą do mówienia o obecności Wschodu w kulturze Zachodu jest uznanie podziału na Zachód i Wschód. Pociąga to za sobą oczywistą konsekwencję, jaką jest przeciwstawienie tych dwóch obszarów. Wówczas o kulturze od nas odległej możemy mówić jako o kulturze obcej, innej, z zewnątrz. Taki sposób widzenia rodzi sytuacje potencjalnie niebezpieczne (obcy jako wróg, brak możliwości porozumienia między skrajnie różnymi kulturami), ale także potencjalnie korzystne (zainteresowanie tym, co obce, próba przełamania znanego paradygmatu). Jest to z pewnością jeden z najistotniejszych bodźców do zgłębiania odległych literatur i religii. Poczucie obcowania z dziwnym, nieznanym, nawet niezrozumiałym sprzyja kierowaniu się w stronę, z której to, co dziwne, pochodzi. To właśnie jest przyczyną popularności artykułów poświęconych Japonii na satyrycznym polskim portalu joemonster.org, gdzie to, co japońskie, jest niemalże jednoznacznie klasyfikowane jako nietypowe, niejasne, śmieszne. Dotyczy to  Azji w ogóle, która jest rynkiem zdecydowanie większego od Europy i nieustannie rosnącego zbytu. Z tego powodu dla tamtejszych konsumentów tworzone są specjalne serie produktów, które gdzie indziej nie miałyby większego popytu. Już samo to sprawia, że Azja wydaje się kontynentem dziwactw, odstępstw od (europejskiej, zachodniej) normy. To jednak tylko jeden z komponentów składających się na popularność Kraju Kwitnącej Wiśni na Starym Kontynencie.