W najnowszym numerze...

Literatura

Dział pojemny – zmieści niemal wszystko, co o literaturze napisać można

 

Przyszła wiosna i w gminie Miastko już po raz dziesiąty zawrzało od obecności poetów. Władze ratusza i mieszkańcy przywitali twórców jak zwykle gościnnie i z kolejnymi propozycjami. My z kolei, jak świeże wody po zimie, z ciekawością wypełniliśmy przestrzeń kuszącą swoją historią i wyjątkowością. Oprócz zwiedzania znanych i zupełnie nowych miejsc wartych uwagi, spotkań z ludźmi nadającymi charakter i znaczenie temu zakątkowi świata, inspirujących ćwiczeń, konkretnych zadań, elektryzujących czasem rozpraw, analiz i starć, czy wreszcie homilii (jak sam to określał) głównego prowadzącego, ciągle wystarczało czasu, aby napawać się bogactwem kaszubskiej przyrody.

Na spotkaniu autorskim w gnieźnieńskim liceum, podczas którego opowiadałem zarówno o swojej twórczości, jak i o pobycie w Chinach, pewien młody człowiek zadał mi pytanie: „Co Pana skłoniło do podjęcia nauki chińskiego?”. Z pozoru, pomyślałem, dziwne pytanie. Wydało mi się oczywiste, że dłuższy pobyt za granicą czyni naukę lokalnego języka niezbędną. A jeśli nie niezbędną, to ułatwiającą mnóstwo rzeczy. Tak naprawdę jednak źródło tych wątpliwości mogło być oczywiste – jest w końcu powód, dla którego w języku polskim funkcjonuje powiedzenie „Czy ja mówię po chińsku?” jako synonim „jak grochem o ścianę”, sugerujące, jakoby chiński był językiem z wymiaru raczej pozaziemskiego (w tym miejscu pozdrawiam moją wychowawczynię z podstawówki, Panią Joannę Bartkowiak, która w ten właśnie sposób zwykła wyrażać frustrację, że jej polecenia czy uwagi trafiają w próżnię). Natomiast sami Chińczycy, gdy chcą obcokrajowca próbującego mówić po mandaryńsku pochwalić, zachęcić czy po prostu być mili, zdecydowanie nie użyją kosmicznego porównania. Przeciwnie, z uśmiechem od ucha do ucha powiedzą: „bardzo dobrze, standardowo!”. Brzmi mało ekscytująco? Przypomina ironiczne: „bardzo dobrze, trzy minus”? Nic bardziej mylnego.

Wpadła mi w ręce niedawno niewielkich rozmiarów powieść autorstwa Dai'a Sijie, pod polskim tytułem Balzac i Chińska Krawcówna (doczekała się ona również filmowej adaptacji, pod polskim tytułem Balzac i Mała Chinka). W tej autobiograficznej opowieści o czasach chińskiej Rewolucji Kulturalnej głównymi bohaterami, oprócz tytułowej krawcówny, jest dwójka chłopców. Zostają oni uznani za intelektualistów, których należy poddać reedukacji, w związku z czym zostają zesłani na wieś, by „uczyć się życia” od biednych chłopów. Ich największym cierpieniem nie są urągające warunki życia i pracy, ale przeraźliwa nuda. Ich los zmienia się diametralnie, gdy odkrywają, że ich najlepszy przyjaciel „przemycił” od swojej matki (poetki) chowaną w sekrecie walizkę z klasyką zachodniej literatury. Od tej pory z wypiekami na twarzy pochłaniają zakazane lektury, oraz niosą wyczytane historie dalej, zabawiając nie tylko siebie, ale i zdobywając sympatię atrakcyjnej córki lokalnego krawca.

W związku z grzmiącymi ostatnio dyskusjami na temat grafomanii i kiczu, chciałabym przypomnieć książkę, wydaną dawno, dawno temu. Tak dawno, że wielu dyskutujących o „pop-poezji” i innych tego typu zjawiskach, nie było jeszcze na świecie. Wydana w Polsce w roku 1978 r. (pierwodruk francuski w roku 1977) książka  Abrahama Molesa Kicz czyli sztuka szczęścia, to, jak dla mnie, jedna z lektur obowiązkowych dla każdego, kto chce rozmawiać dziś o sztuce. To studium psychologii kiczu. Znajdziemy tu próbę naukowego spojrzenia na zjawisko kulturowe – zarówno na jego źródła, przejawy, jak i rolę którą odgrywa w naszym życiu.

W poprzednim odcinku pisałem o tym, jak kultura studencka, nam kojarząca się z egalitarnością, a jednocześnie luzacka, nieformalna, jest w Chinach poukładana i hierarchiczna. Pisałem, między innymi, o formach zwracania się przez studentów różnych lat do siebie -  师妹, 师姐, 师兄, 师弟 shi'mei, shi'jie, shi'xiong, shi'di). W dosłownym tłumaczeniu brzmiałoby to trochę archaicznie, a trochę zawadiacko, a na pewno uroczo: „starszy/młodszy aspirancie”/ „starsza, młodsza aspirantko”.  Formy grzecznościowe, te spełniające, w przełożeniu na polski, formę „wołacza”, w ogóle są w języku chińskim przebogate, i dotyczą niemal każdej sytuacji. Są to rzeczy nie do końca przekładalne na jakikolwiek inny język, i w zasadzie ich mnogość oznacza tyleż szacunek do czyjejś wykonywanej profesji, co wynika z konfucjańskiej hierarchiczności. Niemniej, mimo że w tle czai się brak egalitarności, dosłowne tłumaczenie na język polski brzmi często bardzo familiarnie.  Ale po kolei. Będzie trochę o języku, choć, jak wszystkie te felietony z resztą, piszę tu z pozycji laika (gdyż mojemu mandaryńskiemu daleko do płynności).