W najnowszym numerze...

Literatura

Dział pojemny – zmieści niemal wszystko, co o literaturze napisać można

 

Szczęśliwie skończyliśmy Rok Sienkiewicza i zaczynamy kolejny. Z okazji przypadającej 3 grudnia 2017 roku 160. rocznicy urodzin autora Lorda Jima, Sejm RP ustanowił ten rok Rokiem Josepha Conrada. Jak napisano w uchwale, w swoich powieściach Conrad „pokazał wizję Europy bez granic, wyrażał europejskiego ducha polskości, oraz uczynił polskość dobrem powszechnym”. Conrad-Korzeniowski – właśc. Józef Teodor Konrad Korzeniowski – był potomkiem „polskich patriotów, zesłańców syberyjskich”, pisarzem zasłużonym dla kultury polskiej i światowej. Podkreślono, że dzięki swojemu dorobkowi literackiemu „zajmuje niekwestionowaną pozycję klasyka literatury nowoczesnej, który zmienił oblicze prozy powieściowej”.

Nigdy wcześniej słów o Bożym Narodzeniu nie pisałem z tak wielką nadzieją. Może się to wydawać dziwne wobec rozpartej wokół chciwości – przecież ktoś od połowy listopada wiesza festony i lampy w witrynach sklepowych. Ktoś, czyli my – same się tam nie powiesiły. Może się to wydawać gorszące wobec perspektywy słuchania w radiu kolęd na przemian z reklamowanymi przez kogoś pigułkami na potencję i trzymanie moczu. Kogoś z nas – bo same się te reklamy wśród nocnej ciszy nie rozsiadły. Może się to wydawać obłudne  wobec rozciąganych wokół naszego dobrobytu kilometrów drutu kolczastego, wrzasku strażników i szczekania specjalnie tresowanych psów – wara od naszych szynek, wara od naszych opłatków. Ten drut kolczasty – sam on się rozwija? Może się to wreszcie wydawać niegodziwe, bo przecież telewizje nie zrezygnują z eksponowania kolejnych zwłok, kolejnych spalonych domów – pokłosia gdzieś prowadzonych poczynań stabilizacyjnych. I kiedy nie pozostanie nic innego jak tylko dopuścić, że może być i tak, że jacyś rodzice będą po wybuchu bomby widzieć kawałki swoich dzieci latające w powietrzu, głos z telewizora z ubolewaniem rozważy niedostatki wdrażanej gdzieś stabilizacji. Sama ona do nich przyszła – ta stabilizacja? Może i tym razem komuś uda się z ludzkiego piekła z dzieckiem uciec. Jakiejś Marii, jakiemuś Józefowi? Na pierwszy rzut oka nadzieja tu i teraz może wydawać się dziwna, gorsząca, obłudna i niegodziwa. Czy rzeczywiście? Otóż nie.

No i kolejna OPPA za nami. Która to już? Ano trzydziesta czwarta. Już samo to budzi szacunek – od tylu już lat, a konkretnie od oku 1978 (z przerwami) całkiem sporej grupie ludzi chce się spotykać, żeby śpiewać i słuchać piosenek, które są czymś więcej niż przerywnikiem między reklamami w radiu. Ten festiwal co roku daje mi odrobinę nadziei, że jest coś poza komercyjną papką, że ważne jest słowo i niosący to słowo człowiek.

Zajmowanie się literaturą to nie tylko czytanie i pisanie książek, czyli samotne godziny spędzone nad kartkami papieru lub przed ekranem komputera. To także wspólna praca nad tym, by sztuka słowa miała swój społeczny rezonans, by w ogóle mogła funkcjonować w świecie, w którym ceni się natychmiastowy zysk, wysoki komfort, proste komunikaty. III edycja Festiwalu Fala Poprzeczna 2016 w Gdańsku pokazała, że tzw. życie literackie to aktywność balansująca pomiędzy różnymi biegunami: wewnętrzna i zewnętrzna, indywidualna i zbiorowa, autonomiczna i uwarunkowana. Dlatego jest taka zajmująca.

Ten szkic miał być o autentyczności w poezji. Ale nie będzie. Bo, moim skromnym zdaniem, nie da się oddzielić w poezji autentyczności od kreacji. Niezależnie od tego, co deklaruje sam autor. Zarówno ogłaszanie, że to sama święta prawda, jak zasłanianie się maskami, są funta kłaków warte. Nie istnieje poezja (a może szerzej – literatura) bez tych dwóch komponentów, ściśle ze sobą splecionych, zmieszanych w niemożliwych do ustalenia proporcjach. Koniec i bomba… Nie, to jeszcze nie koniec, bo zamiast o autentyczności będzie o literackich legendach.