W najnowszym numerze...

Wspominki tetryka

Leszek Żuliński

Leszek Żuliński wspomina, a ma co

Co ma piernik do wiatraka, co ma tetryk do dzieciństwa? Otóż więcej niż byście sobie wyobrażali. Bowiem w pewnej fazie wieku bardzo dojrzałego wracamy z większą siłą do minionego dzieciństwa. W Ferdydurke Gombrowicza spotkacie Filidorfa i Filiberta – obaj na swój sposób byli „dzieckiem podszyci”. Ale Gombrowicz do niczego nam tu niepotrzebny, bo i bez niego wielu z nas do dzieciństwa będzie powracać.

Pytają się mnie setki, ba!, tysiące czytelników tego felietonu, co to znaczy „tetryk” i „tetryczeć”. No skoro jestem tetrykiem, to powinienem napisać, że nie wiem, bo my – tetrycy – nawet jak coś wiemy to zaraz zapominamy. Prawdziwy tetryk pamięta tylko trzy rzeczy. Po pierwsze: jak dojść i wrócić z pobliskiego sklepiku; po drugie: w jakim mieście i przy jakiej ulicy mieszka; po trzecie: jak ma na imię i gdzie mieszka jego żona, która – nie wiedzieć czemu – odeszła. To zupełnie wystarcza, żeby żyć normalnie, a nawet pogodnie. Inne kwestie są skomplikowane. Na przykład: gdzie położyłem telefon komórkowy, jaki dzisiaj dzień tygodnia lub jak się nazywał minister, no ten, ten od Puszczy Białowieskiej?

No i minął nam rok 2017. Był to rok niedobry – pełen napięć politycznych, społecznych, trudnych polemik i przepychanek oraz podziałów. Często powoływano się na stan wojenny sprzed lat, aby przypomnieć nam, że w trudnych czasach już niedawno byliśmy. Ano tak. Ale co nam przeszkadza być w czasach lepszych? Na to sobie sami odpowiadajcie.

W październiku ukazała się moja książka pt. Moje podróże literackie. Bardzo – jak na mnie – nietypowa. Owszem, jest w niej także rozdzialik całkiem literacki, ale tzw. clou odnosi się rzeczywiście do mojego wojażowania.

Nie wypada, abym się reklamował, ale chciałbym „ocalić od zapomnienia” pewien zupełnie błahy momencik, jaki tam zapisałem. No więc cytuję go poniżej, ale bez kursywy, żebyście nie myśleli, że sam siebie cytuję, choć cytuję.

Urodziłem się na Opolszczyźnie w poniemieckim miasteczku Gross Strehlic – tam po prostu wyrzuciło z repatriacyjnego pociągu moich rodziców (i babcię), którzy dopiero w Strzelcach Opolskich się poznali. A że przyszedłem na świat dopiero cztery lata po wojnie, to pierwszych „lat osadnictwa” nie doznałem. Choć pamiętam jeszcze tu i tam ruiny. Jednak odbudowa postępowała szybko.