W najnowszym numerze...

Nagrobek Piotra Kuncewicza / fot. Dorota Ryst

Mamy listopad – miesiąc ponury, zaczynający się Dniem Zmarłych. Stroimy im groby, zapalamy znicze. Milczymy, wspominamy. Cyganie biesiadują na mogiłach – co mi się podoba. Bo chyba refleksja nad śmiercią nie musi być ascetyczna. A że ponura – to siła wyższa. W Warszawie przez dziesięciolecia działał klub studencki „Hades” (i – zdaje się – jeszcze jakieś jego szczątki zostały) – tam, pomimo nazwy, ponuro nigdy nie było, bo kto by brał na poważnie – zwłaszcza w studenckim wieku – przejmowanie się śmiercią czy piekłem?

Pierwszy raz szedłem w kondukcie jako 10-latek. Był to pogrzeb mojej babci Stefanii. Drugi raz, a to było pod koniec mojej podstawówki, byłem na pogrzebie ojca mojego sąsiada i niemal rówieśnika Jędrka. Na stypie wdowa tak się urżnęła, że zaczęła tańczyć. A potem już poszło jak z płatka, tzn. bywałem i bywam na pogrzebach, stypach czy funeralnych rocznicach wspomnieniowych. Ech, żizń, praklataja ona swołocz – mówią Rosjanie.

Moje życie literackie, i nie tylko ono, zdążyło mnie nauczyć powagi wobec Kostuchy. Za pogrzebami nie przepadam, ale odprowadzanie kolegów do Nieba, Piekła czy Hadesu to psi obowiązek. I jest to jedyna sytuacja, by słowo „żegnaj” zabrzmiało swoim najistotniejszym sensem, także autorefleksyjnym.

Byłem na pogrzebach Krzysztofa Gąsiorowskiego (1935-2012), Zbyszka Jerzyny (1938-2010), Piotra Kuncewicza (1936-2007), Romana Śliwonika (1930-2012), Andrzeja K. Waśkiewicza (1941-2012), Wojciecha Żukrowskiego (1916-2000) i kilku innych znajomych po piórze. Na pogrzebie Piotra zdarzyła mi się metafizyczna przygoda. Otóż stałem w tłumie przyjaciół i nagle po przeciwnej stronie tego tłumu dostrzegłem opartego o jakieś drzewo Bogdana Chorążuka. Promienie padały na jego twarz… I nagle uświadomiłem sobie, że to właśnie Chorążuk jest autorem słów dawnego przeboju Zegarmistrz światła. Osobliwy splot okoliczności – przyznacie… Mogło zabełtać błękit w głowie… I był błękit wtedy, i było słońce… I bełkot myśli, które w takich okolicznościach nie potrafią układać się logicznie.

Szokiem dla mnie była śmierć Krzysztofa Sieniawskiego (1951-2001). Pisał wiersze, znakomicie tłumaczył z rosyjskiego, a kilka jego tekstów śpiewał Przemysław Gintrowski (1951-2012). Chodził własnymi ścieżkami i tym ostatnim spacerem też nas zaskoczył. Niedługo potem na jakiejś imprezie muzycznej w Krakowie siedziałem obok Gintrowskiego. Ale nie zamieniłem z nim słowa, bo on już nie mówił z powodu „amputacji krtani”. Rychło i jego zabrakło…

Szokiem była także śmierć Ryszarda Milczewskiego-Bruna (1940-1979). Nie, nie znaliśmy się, raz tylko spotkaliśmy się na dużej imprezie w Toruniu. Dwa dni potem byłem pośród świadków, którzy widzieli jego śmierć w jeziorze w Nowej Wsi Szlacheckiej. To okropne wspomnienie…

Bruna natomiast znał dobrze Janusz Leppek (1954-1999) – też, jak Bruno, z Grudziądza. Leppek to był bardzo bliski mój przyjaciel. Poeta nieszablonowy. Ale wielce traumatyczny i ciężko wspinający się pod górkę życia. Noszę do dziś w głowie jego przecudną frazę: Patrzyłem na ciebie z okna wieżowca, lecz to na pewno nie byłaś ty… Popełnił samobójstwo. Nie on jeden, niestety…

Trudna dla mnie do przyjęcia była śmierć Tadeusza Urgacza (1926-2011). Byliśmy przez lata w bliskiej zażyłości, w komitywie niemal rodzinnej. Kiedy piszę ten felieton, siedzę na stylowym holenderskim krześle, które dostałem od niego w prezencie. Ach, cośmy się u siebie ponabywali, cośmy wódeczki utoczyli w gardziołka, cośmy się naplotkowali. Tadek był ewenementem – pisał piękne, baśniowe wiersze i nigdy nie pracował na etacie, bo żył z tekściarstwa. Były czasy, że jego piosenki były hiciorami, np. Jabłuszko pełne snu albo Czarny Alibaba. Ta ostatnia to bardzo stary tekst, reanimował go potem w swoim repertuarze Andrzej Zaucha, też już nieżyjący (1949-1991).

Duża zażyłość łączyła mnie z latami z Nikosem Chadzinikolau (1935-2009), ojcem znanego nam dzisiaj Aresa, którego jeszcze trzymałem na kolanach jako bobasa. Nikos był wielce energetyczny; to on rozbujał przez wieloma laty Poznański Listopad Poetycki. Był poetą całą gębą, ale też pragmatycznym organizatorem życia literackiego.

Andrzej K. Waśkiewicz to w ogóle osobny rozdział w moim życiu. Nasza znajomość ciągnęła się dekadami. Często też pisałem do jego „Autografu”. On był poetą i krytykiem wysokich lotów. Bywaliśmy razem na niezliczonych „wydarzeniach”. Wygłaszałem laudacje na jego jubileuszach. Pamiętam, kilka razy woziłem go autem po różnych imprezach – tamte samochodowe rozmówki szczególnie tkwią mi w pamięci, bo były tete a tete, a nie w jazgocie i tłumie… Ech, Andrzej to był „kawał postaci”. Chłodny, wyważony racjonalista i intelektualista, ale mu w środku kipiało… Trochę więcej o nim będzie w następnym felietonie – grudniowym…

Mógłbym ten „apel poległych” ciągnąć i ciągnąć. Im dalej w życie, tym więcej cieni nas otacza. Jakieś dwa lata temu zrobiłem i opublikowałem na swoim blogu listę poetów i prozaików, którzy odeszli. Była to lista wyłącznie tych, których osobiście znałem. Lepiej lub gorzej, czasami blisko. Na niej było ponad 150 nazwisk. Przerażający tłok! Czasami w ten tłok wchodzę własną pamięcią. Patrzę, kto przetrwał mocno w tej pamięci, a kto pogrąża się w cieniu. I dokąd te cienie odjeżdżają? Hmm, tego się dowiemy, gdy przyjdzie pora…

Święto Zmarłych łączy się ze Świętem Wszystkich Świętych. Ale, jak wiadomo, nie święci garnki lepią. My należymy do tej pierwszej grupy. Nasze garnki pokruszą się z biegiem czasu i w pył obrócą. Starajmy się oddalić tę chwilę. Naszą pamięcią.

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.