W najnowszym numerze...

Hot spot

Sławomir Płatek

Felietony Sławomira Płatka

Motto:
Jest Bóg, jest, ale czegoś zabrakło wyraźnie.
(M. Świetlicki, Warszawa dla niepalących)

Dziewiąty festiwal poezji w Sopocie odwiedziłem, ponieważ mieszkam stosunkowo niedaleko, a staram się rzetelnie podchodzić do realiów życia literackiego. Jeśli mogę gdzieś być, to jestem, żeby być na bieżąco. Incydentalnie czytuję Topos, nie jest mi po drodze z linią ideową tego pisma (nazywam go soft-Frondą), kiedy jednak wpadnie mi w ręce, znajduję sporo erudycji i solidnie przygotowanego oparcia w faktach.

Rozmawiając kiedyś z Wojciechem Kassem usłyszałem od niego (to chyba nie jest tajemnica), że nigdy nie inspirowały go zagraniczne atrakcje. Odwiedził te i owe miejsca, ale nie pisze o nich wierszy. Pisze poezję dość tradycyjną, często „lokalnie metafizyczną” (miejscem przebywania bytu jest jego hmm… nosiciel), jeśli osadza ją w konkretnym miejscu, to jest to kawałek Polski, np. Pranie, w którym mieszka. Ma ten zwyczaj w zupełnej opozycji do takiego np. Zbigniewa Herberta. Ten, żeby napisać coś metafizycznego, musiał niejednokrotnie wywieźć swój byt do jakiegoś labiryntu nad morzem czy innego Rovigo. Tego faktu Kass nie rozumie (co nie znaczy, że potępia).

Mieliśmy już jeden artykuł o filmie Paterson, ale poezja jest tak rzadko przedmiotem zainteresowań twórców kina, że warto jeszcze kilka zdań dopisać. Zwłaszcza, że w nieco innym tonie, jak sądzę.

Jestem gdańszczaninem mieszkającym w Rumi, bo tak się zdarzyło. Obijam się między tymi dwoma ośrodkami, wielkim i malutkim. Różnią się mocno. Zdarza mi się na tę Rumię narzekać, zresztą nie bez podstaw. Jak się niedawno okazało, jest to gmina z najniższymi wydatkami per capita na kulturę w województwie pomorskim. Znam jedną niezłą knajpę (U wujasa) i z pięć złych. Pomimo istnienia trzech domów kultury można mieć wrażenie, że bardziej niż kultura jest tam obecna tzw. „animacja czasu wolnego”. Dobry koncert czy nawet stand-up to nie bardzo; raz w miesiącu przytrafia się granie w Stacji Kultura (podobnie jak wernisaż). Spotkania autorskie to raczej z podróżnikami. No, jakoś można tu przetrwać, nie ma wiele, ale cokolwiek – jest. Na przykład kino. I są też księgarnie.

No i stało się to, co było oczywiste. Państwo przestało finansować kulturę narodową. Pieniądze dotąd przeznaczane na rozwój kultury przeznaczyło na umocnienie i rozpowszechnienie religii katolickiej. Czasopisma „kulturalne” obecnie dotowane utożsamiają „polskość” z „katolickością”, następnie utożsamiają „kulturę” z „tradycją Kościoła”, a dopiero pod tymi warunkami uznają, że Polak może np. namalować obraz lub napisać wiersz. Co ma zrobić cała reszta tych, którzy – niezależnie od religii lub jej braku – chcieliby po prostu malować, pisać i muzykować, niekoniecznie odmawiając przedtem „Ojcze nasz”? Lub wydawać czasopisma na ten temat? Spróbuję popłynąć odrobinę w przyszłość.