W najnowszym numerze...

Hot spot

Sławomir Płatek

Felietony Sławomira Płatka

Rozmawiając kiedyś z Wojciechem Kassem usłyszałem od niego (to chyba nie jest tajemnica), że nigdy nie inspirowały go zagraniczne atrakcje. Odwiedził te i owe miejsca, ale nie pisze o nich wierszy. Pisze poezję dość tradycyjną, często „lokalnie metafizyczną” (miejscem przebywania bytu jest jego hmm… nosiciel), jeśli osadza ją w konkretnym miejscu, to jest to kawałek Polski, np. Pranie, w którym mieszka. Ma ten zwyczaj w zupełnej opozycji do takiego np. Zbigniewa Herberta. Ten, żeby napisać coś metafizycznego, musiał niejednokrotnie wywieźć swój byt do jakiegoś labiryntu nad morzem czy innego Rovigo. Tego faktu Kass nie rozumie (co nie znaczy, że potępia).

Mieliśmy już jeden artykuł o filmie Paterson, ale poezja jest tak rzadko przedmiotem zainteresowań twórców kina, że warto jeszcze kilka zdań dopisać. Zwłaszcza, że w nieco innym tonie, jak sądzę.

Jestem gdańszczaninem mieszkającym w Rumi, bo tak się zdarzyło. Obijam się między tymi dwoma ośrodkami, wielkim i malutkim. Różnią się mocno. Zdarza mi się na tę Rumię narzekać, zresztą nie bez podstaw. Jak się niedawno okazało, jest to gmina z najniższymi wydatkami per capita na kulturę w województwie pomorskim. Znam jedną niezłą knajpę (U wujasa) i z pięć złych. Pomimo istnienia trzech domów kultury można mieć wrażenie, że bardziej niż kultura jest tam obecna tzw. „animacja czasu wolnego”. Dobry koncert czy nawet stand-up to nie bardzo; raz w miesiącu przytrafia się granie w Stacji Kultura (podobnie jak wernisaż). Spotkania autorskie to raczej z podróżnikami. No, jakoś można tu przetrwać, nie ma wiele, ale cokolwiek – jest. Na przykład kino. I są też księgarnie.

No i stało się to, co było oczywiste. Państwo przestało finansować kulturę narodową. Pieniądze dotąd przeznaczane na rozwój kultury przeznaczyło na umocnienie i rozpowszechnienie religii katolickiej. Czasopisma „kulturalne” obecnie dotowane utożsamiają „polskość” z „katolickością”, następnie utożsamiają „kulturę” z „tradycją Kościoła”, a dopiero pod tymi warunkami uznają, że Polak może np. namalować obraz lub napisać wiersz. Co ma zrobić cała reszta tych, którzy – niezależnie od religii lub jej braku – chcieliby po prostu malować, pisać i muzykować, niekoniecznie odmawiając przedtem „Ojcze nasz”? Lub wydawać czasopisma na ten temat? Spróbuję popłynąć odrobinę w przyszłość.

Smutny poeta zwierza się słuchaczom ze swoich najczarniejszych dołów. Oczywiście robi to przy pomocy wierszy. Widownia słucha spowiedzi, jej głównym zadaniem jest współczuć. Oczywiście tysiące ludzi rwą się do współczucia smutnym poetom, bo ludzie po prostu nie mają nic innego do roboty. Wychodzą z takich spotkań szczęśliwi, że pomogli kolejnemu poecie, który potrzebował opowiedzieć. Chyba tylko w taki sposób da się wytłumaczyć to niezwykłe zjawisko, że na spotkaniach z poetami pojawiają się tłumy ludzi, których nie odstrasza nawet wysoka cena biletu. Po te bilety ustawiają się kilometrowe kolejki, chętni biją się o lepsze miejsca, „koniki” handlują wejściówkami, zarabiając na tym fortunę.