W najnowszym numerze...

Hot spot

Sławomir Płatek

Felietony Sławomira Płatka

Jestem gdańszczaninem mieszkającym w Rumi, bo tak się zdarzyło. Obijam się między tymi dwoma ośrodkami, wielkim i malutkim. Różnią się mocno. Zdarza mi się na tę Rumię narzekać, zresztą nie bez podstaw. Jak się niedawno okazało, jest to gmina z najniższymi wydatkami per capita na kulturę w województwie pomorskim. Znam jedną niezłą knajpę (U wujasa) i z pięć złych. Pomimo istnienia trzech domów kultury można mieć wrażenie, że bardziej niż kultura jest tam obecna tzw. „animacja czasu wolnego”. Dobry koncert czy nawet stand-up to nie bardzo; raz w miesiącu przytrafia się granie w Stacji Kultura (podobnie jak wernisaż). Spotkania autorskie to raczej z podróżnikami. No, jakoś można tu przetrwać, nie ma wiele, ale cokolwiek – jest. Na przykład kino. I są też księgarnie.

No i stało się to, co było oczywiste. Państwo przestało finansować kulturę narodową. Pieniądze dotąd przeznaczane na rozwój kultury przeznaczyło na umocnienie i rozpowszechnienie religii katolickiej. Czasopisma „kulturalne” obecnie dotowane utożsamiają „polskość” z „katolickością”, następnie utożsamiają „kulturę” z „tradycją Kościoła”, a dopiero pod tymi warunkami uznają, że Polak może np. namalować obraz lub napisać wiersz. Co ma zrobić cała reszta tych, którzy – niezależnie od religii lub jej braku – chcieliby po prostu malować, pisać i muzykować, niekoniecznie odmawiając przedtem „Ojcze nasz”? Lub wydawać czasopisma na ten temat? Spróbuję popłynąć odrobinę w przyszłość.

Smutny poeta zwierza się słuchaczom ze swoich najczarniejszych dołów. Oczywiście robi to przy pomocy wierszy. Widownia słucha spowiedzi, jej głównym zadaniem jest współczuć. Oczywiście tysiące ludzi rwą się do współczucia smutnym poetom, bo ludzie po prostu nie mają nic innego do roboty. Wychodzą z takich spotkań szczęśliwi, że pomogli kolejnemu poecie, który potrzebował opowiedzieć. Chyba tylko w taki sposób da się wytłumaczyć to niezwykłe zjawisko, że na spotkaniach z poetami pojawiają się tłumy ludzi, których nie odstrasza nawet wysoka cena biletu. Po te bilety ustawiają się kilometrowe kolejki, chętni biją się o lepsze miejsca, „koniki” handlują wejściówkami, zarabiając na tym fortunę.

Trudno znaleźć czytelników wierszy. Trudno też o słowa uznania o swojej twórczości. Po napisaniu, autor zwykle doznaje silnych przeżyć dumy i potrzebę komunikacji. Wielu powie, że to bzdura, ale jestem pewien, że każdy to ma. Niektórzy co prawda przywykli, ale kiedy przychodzi do publikacji – nie odmawiają. Inni mają odwrotnie. Chcą publikować, chcą być czytani, chcą żeby o ich wierszach i z ich wierszami rozmawiano.

Prowadzi to czasem do gestów rozpaczliwych. Zawalanie facebooka własnymi utworami, poetyckie blogi, na których liryka leje się jak z cebra. I oczywiście tomiki, oczywiście też almanachy wszelkiego rodzaju. I o tych ostatnich chcę kilka zdań.

O idei konkursów poetyckich pisano wiele i ja też nie raz. Mam jednak wrażenie, że „rzeczywistość artystyczna” to kilka równoległych światów, bardzo do siebie podobnych. Do tej rzeczywistości artystycznej zaliczam także wino, a o winie pisuję regularnie dla „Arterii”. Staram się te artykuły prowadzić dwutorowo – kultura wina i kultura literacka są tam splecione, czasem też inne kultury. I nieuchronnie pojawiają się analogie. Myślę, że jedna z tych analogii może ciekawie zabrzmieć w zestawieniu z nagrodami i konkursami literackimi. Bo wino także bierze udział w konkursach.