W najnowszym numerze...

Wspominki tetryka

Leszek Żuliński

Leszek Żuliński wspomina, a ma co

Czasami poeci mi się kojarzą. Chodzą parami. Na przykład Dorotka Ryst i Sławek Płatek, mimo że mieszkają niemal 400 kilometrów od siebie, stworzyli i prowadzą tę witrynę, na której teraz i ja, i wy jesteśmy. Tandemy mogą być różnego typu. Od miłosnych począwszy, poprzez przyjacielskie, towarzyskie, po biznesowe. Ja na przykład ostatnimi czasy należę do „bezinteresownego trójkąta”, który tworzą – oprócz mnie – Stefan Jurkowski i Jan St. Kiczor. Raz na jakiś czas robimy sobie w restauracji gmachu ZLP „posiedzenia egzekutywy”. No, lubimy ze sobą rozmawiać i cała tajemnica sprowadza się do tego. Ponadto w tym lokalu serwują m.in. torcik bezowy – mistrzostwo świata! Każda poezja przy nim wysiada.

Tak jakoś nerwowo się żyje, nie sądzicie? Ja już od kilku lat jestem emerytem, a więc dużo czasu spędzam w domu. Za moimi plecami nieustannie skrzeczy telewizor. Telewizor to traumatyczne i jadowite medium. Teraz dawne walki w budyniu zamieniły się tam na walki w błocie. Aura w tv jest nerwowa i przygnębiająca. Codziennie nowe bitwy lepszego sortu z gorszym sortem lub na odwrót. Destabilizacji życia publicznego; budowaniu wspólnoty to nie służy.

W latach 1975-2010 dużo podróżowałem. I nie za własne pieniądze. Bo wysyłały mnie na rozmaite spotkania, sympozja czy zjazdy redakcje, w których pracowałem oraz Związek Literatów Polskich. Czasami były to podróże zupełnie dziwaczne. Na przykład kiedy upadł tygodnik „Wiadomości Kulturalne”, Krzysztof Teodor Toeplitz założył miesięcznik „Broń” i wysłał mnie do Norymbergi na Targi Broni, żebym wszystko obejrzał i opisał. Coś tam skrobnąłem, ale przemilczałem swoje upojne spacery po tym pięknym mieście.

Dawnymi czasy wielkim powodzeniem cieszyła się tzw. "poczta literacka”. Internetu – przypominam nie było, więc młódź poetycka wagonami słała swoje wiersze do gazet. Zwłaszcza do krakowskiego tygodnika „Życie Literackie”. Periodyk ten był wydawany w latach 1951-1991. A więc przez 40 lat, co – przyznacie – imponujące. Redakcja mieściła się przy ulicy Wiślnej – niemalże u jej wylotu na Rynek. Dozgonnym naczelnym był Władysław Machejek – postać barwna, osnuta licznymi anegdotami. Człowiek trunkowy w sposób sympatyczny.

Gdzieś na przełomie lat 60. i 70. pojawił się wyjątkowy tandem. Tworzyli go Andrzej K. Waśkiewicz i Jerzy Leszin-Koperski (Leszin to przydomek, jaki Jurek sam sobie wymyślił). Łączyło ich jedno: pasja literacka i temperament organizatorski. Dzieliło poza tym wszystko, a zwłaszcza temperamenty. Andrzej był dobrze wykształconym polonistą, wybitnym krytykiem i poetą oraz osobnikiem niezwykle zrównoważonym i racjonalnym. Jurek był cholerykiem i ekstrawertykiem, szaławiłą i „cudownym wariatem”. Też pisał wiersze, artykuły itp., choć Andrzej miał na tym polu markę eksperta klasy wyższej. Jak się dogadywali, nie wiem. Ale wspaniale się uzupełniali.