W najnowszym numerze...

Krytyka literacka w Polsce Ludowej miała dobrą markę. Miała ona swoje bastiony w dwóch twierdzach. Jedną było środowisko akademickie, drugą – pisma literackie.

Oto nazwiska krytyków, którzy w tamtych czasach cieszyli się autorytetem i posiadali sporą moc opiniotwórczą: Stanisław Balbus, Stanisław Barańczak, Henryk Bereza, Zbigniew Bieńkowski, Jan Błoński, Leszek Bugajski, Hanna Bukowska, Tomasz Burek, Krzysztof Dybciak, Feliks Fornalczyk, Michał Głowiński, Andrzej Gronczewski, Zbigniew Irzyk, Maria Janion, Jerzy Kwiatkowski, Andrzej Kijowski, Piotr Kuncewicz, Andrzej Lam, Stefan Lichniak, Alicja Lisiecka, Alfred Łaszowski, Jacek Łukasiewicz, Włodzimierz Maciąg, Henryk Markiewicz, Jan Marx, Ryszard Matuszewski, Stefan Melkowski, Krzysztof Mętrak, Tadeusz Nyczek, Irena Okopień-Sławińska, Jan Pieszczachowicz, Ryszard Przybylski, Wacław Sadkowski, Janusz Sławiński, Roch Sulima, Artur Sandauer, Michał Sprusiński, Janusz Termer, Jacek Trznadel, Andrzej K. Waśkiewicz, Jan Witan, Kazimierz Wyka, Helena Zaworska...

Co najmniej połowa tych krytyków już nie żyje. Gdyby dziś wziąć do ręki książki, jakie przecież pozostały po wyżej wymienionych krytykach, uderzyłaby nas solidność analiz i rozległa wiedza literaturoznawcza. Eseistyka tamtego czasu gdzieś się teraz rozwiała. Niemal wszyscy jesteśmy recenzentami-amatorami, głębia naszych analiz jest płycizną w porównaniu z tekstami tamtej formacji.

W czasach PRL-u ważną rolę odgrywali krytycy-akademicy. W powyższym zbiorze nazwisk jest ich co najmniej połowa. Oczywiście siedzieli nad swoimi uczonymi pracami, ale w pismach spuszczali nieco z tonu i byli zupełnie komunikatywni. Wykonywali solidną, kompetentną robotę. Dlatego mieliśmy też wtedy więcej eseistyki, szkiców, poważnych analiz.

Wydaje mi się także, że było momentami ciekawie. Na przykład taki Jan Marx – czołowy zoil Rzeczypospolitej! W „Życiu Warszawy” miał swoją stałą rubrykę, gdzie jeździł po poetach czołgiem i dobijał ich jadem. Złośliwy był nie do zniesienia. Ale, ale – to nie był żaden wariat; on znał się na literaturze; m.in. był admiratorem poezji francuskiej. A jak już usiadł do bardziej poważnego pisania, to wychodziły mu z tego opasłe księgi. Marx jest autorem m.in. takich dwutomowych dzieł, jak „Wielcy romantycy” oraz „Legendarni i tragiczni” (o poetach-kaskaderach) oraz arcyciekawej pracy „Idea samobójstwa w filozofii”.

Zmieniła się jednak sytuacja. Przestrzeń publicystyczna stała się niemal nieogarnięta i niepoliczalna. Akademicy gdzieś się pochowali i opakowali w swoje togi, Instytut Badań Literackich zaszył się w swojej benedyktyńskiej pracy, a pośród tych aktywnych coraz mniej wyrazistych osobowości, jaką np. był Sandauer.

No to sami wzięliśmy się za pisanie recenzji. Mamy ich, zwłaszcza w Internecie, natłok. Coraz częściej spotykamy się z recenzenctwem amatorskim i towarzyskim. Niekoniecznie złym, ale jednak nie dorastającym do pięt dawnym standardom. A takie pl-ple w ocenianiu kolegów wypełnia ów Internet po brzegi. Parafrazując znane powiedzonko: dzisiaj każdy może recenzować lepiej lub gorzej… Co ciekawe: z tekstów recenzenckich wywiało niemal zupełnie literaturoznawstwo. Recenzje są na ogół osobistą „refleksją wrażeniową”. To nazbyt często za mało, za mało…

Taką mam refleksję: dawnymi czasy nad garnkiem z mlekiem stali literaturoznawcy, teraz mleko się rozlało i byle kot w nim się tarza. Tego już nie cofniemy. Ilość za jakość!

A może ta sytuacja jest proporcjonalna do powszechnego poziomu literatury? Niby jak nad większością tomików mogliby zatapiać swoją wiedzę Błoński czy Wyka? Czy znaleźliby oni swoich Przybosiów, Herbertów i Miłoszów? A krytycy od prozy? Oczy chyba by wypatrzyli w poszukiwaniu współczesnego Manna, Prousta czy Hessego. No więc ogłaszam tu teorię „atrofii standardów”. Każda kultura umasowiona plebeizuje się. Coś za coś. Jest to błędne koło, ponieważ głosić teraz „odmasowienie” kultury byłoby nonsensem. Elitarność czegokolwiek przeszła do historii. Dziś nawet bogaczami stają się dżentelmeni bez matury.

Wszystko robi się inne. Ale spójrzmy na to ze stoicyzmem: świat zawsze stawał się inny; może tylko tempo przemian było powolniejsze. Wracając zaś do krytyki literackiej: była, jest i będzie. Doskonale wyobrażam sobie taką sytuację za pięćdziesiąt lat, że ktoś napisze podobny felieton do mojego i będzie narzekał: gdzie się wzięli tacy krytycy jak Karol Maliszewski, Anna Łozowska-Patynowska czy Janusz Drzewucki?

Ta „teoria względności” mnie dobija. Ale i stawia na nogi, bowiem wciąż sobie powtarzam, że w matematyce dwa dodać dwa równa się cztery, a w humanistyce – niekoniecznie. Wszakże – zmierzając do końca – winien Wam jestem pointę: co z tą krytyką, co z tym recenzenctwem? Odpowiedź banalna: było lepiej, jest gorzej, a będzie jeszcze gorzej. Jednak zmieniają się punkty odniesienia i widzenia, i każde kolejne pokolenie będzie mogło napisać taki felieton jak ten.

No, istnieje jeszcze nadzieja utopijna: świat tak się nasyci dobrami, że weźmie zakręt w humanistyczną stronę. Poeci podniosą poprzeczkę, a krytycy będą brać ją z lekkiego rozbiegu. Zaś narody będą się tym wszystkim fascynować bardziej niż dzisiaj piłką nożną. Dożycia takiego dnia Wam życzę.

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.