W najnowszym numerze...

Recenzje

Przeczytałam dwie książki o Tomku Mackiewiczu, które ostatnio ukazały się na rynku wydawniczym. Wiele artykułów dotyczących jego osoby. Wpisów w Internecie. Czegoś szukałam? Nieświadomie pewnie tak? Życia? Zresztą, jego ostatnich dni nie zapomnę. Śledziłam na bieżąco akcję ratunkową. Tej pamiętnej nocy, co chwilę, budziłam się i patrzyłam w telefon komórkowy jaka sytuacja. Miałam nadzieję. Wiedziałam, że jest silny i liczyłam… chyba na cud. Jeszcze przez parę dni w głowie kołatała mi myśl, że znajdzie w sobie siły, zrobi wszystkim psikusa, takiego jak tylko on potrafi, i zejdzie. Bardzo emocjonalne były dla mnie te dni. Jakby Czapkins, bo tak na niego mówili, był kimś najbliższym. Należę również do tych ludzi, którzy poprzez crowdfunging pomagali mu w organizacji górskich wypraw. Dlatego czuję się z nim na zawsze złączona. Na lodówce przypięta jest kartka od niego, a obok niej przysiadła cisza. Spoglądam na nią i chcę zapomnieć o rzeczywistości.

Marcin Jurzysta swoją najnowszą książką proponuje literaturze poetycki serial lub też w świat seriali próbuje wciągnąć poezję wraz z bogactwem różnorakich nawiązań kulturowych. Mamy tu sześć sezonów zawierających łącznie czterdzieści dziewięć odcinków, a sezon pierwszy – zgodnie z prawami obowiązującymi w świecie fabularnych ciągutek – poprzedzony został pilotem. W dobie dużej popularności seriali, ale też w momencie ewolucji myślenia o serialu jako formie sztuki, taki pomysł wydaje się trafiony. Jasne, seriale to wciąż brazylijskie i tureckie telenowele, ale to też mocne fabuły, wyraziści bohaterowie i świetna gra aktorska. Czy Jurzysta zajął się reżyserią Mody na sukces czy skręcił raczej w stronę Breaking Bad? Czy Chata Morgana (mały biały domek) to miejsce zbrodni czy raczej przestrzeń dla rodzinnej sielanki? I czy w ogóle możemy tu mówić o poetyckim serialu? Karol Maliszewski zaznacza w blurbie, że „odpowiedź na pytanie, czy to się układa w całość, każdy czytelnik dośpiewa sobie sam”. Werdykt czytelników może nie być jednogłośny.

Jeden z moich znajomych, zapytany o to, dlaczego chciałby wybrać się w podróż po Azji, odpowiedział: Bo jest to zupełnie inna kultura. Stwierdzenie nie było może szczególnie odkrywcze, jednak całkiem dobrze podsumowywało ludzką naturę. Większość z nas lubi to, co nieznane. Jest coś osobliwie pociągającego i tajemniczego w świadomości, że jakaś kultura jest dla nas zupełnie obca, w stopniowym odkrywaniu cudzej tożsamości. Zwłaszcza, jeśli wiemy, że nie uda nam się nigdy w pełni zrozumieć niektórych zwyczajów, powiedzeń, drobnych niuansów, na których opiera się całe społeczeństwo. Przyznaję się, ja także lubię podglądać, nawet jeśli tylko cudzymi oczami. Być może dlatego kiedy tylko zetknęłam się z nowym zbiorem wierszy Jakuba Sajkowskiego, Zestaw do kaligrafii, natychmiast zabrałam się do lektury.

Lubicie zespół Big Cyc? Co, nie znacie takiego zespołu? Jakoś nie wierzę… Chociażby przebój Makumba musicie znać. Może jeszcze Impreza w Klubie Harcerza, Wielka miłość do babci klozetowej albo Berlin Zachodni wpadły wam w ucho? Różnie zresztą bywało z graniem piosenek Big Cyca w radiach, bo zbyt często kontestował otaczającą rzeczywistość. To zresztą była (i jest) cecha lidera – Krzysztofa Skiby niemal od zawsze. Już w latach 80. zakładał Ruch Społeczeństwa Alternatywnego (RSA) i był członkiem Ruchu „Wolność i Pokój” (WiP). W sierpniu 1985 r., podczas Festiwalu w Jarocinie, został zatrzymany przez Milicję Obywatelską po rozrzuceniu antypaństwowych ulotek i spędził w areszcie trzy miesiące. Warto też dodać, że w listopadzie 2013 roku został odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności za walkę z systemem komunistycznym w czasach PRL.

(…) Rozgrywam dziś kolejną partię szachów
poezja jest dialogiem pomiędzy życiem a śmiercią
czy znasz mimikę każdego wersu
przesuwając palcami po kartce
czuję się dotknięty. (…)
[1]

Debiutancki tom Grzegorza Skoczylasa Partia szachów podejmuje się problematyki związanej z istotą życia oraz jego sensem, a także relacji damsko-męskich, z których wynikają większe lub mniejsze rozczarowania. Czy to jest jednak wszystko, co chciał nam powiedzieć autor? Wydaje mi się, że nie. To nie jest przysłowiowa kropka nad i, zaś powyższa Partia szachów jest  przestrzenią, w ramach której odbywa się specyficzna gra autora z czytelnikiem – na zasadzie gry w monolog – w zależności od nastroju i możliwości poety. Niedomknięte drzwi/ponownie uczę się stąpać na rękach/pomnik postawiłem z marmurów/twardych wspomnień i żalu (…).[2] Operowanie słowami w przypadku debiutanta jest więc czasem intuicyjne (a zatem zdarzają się zbitki słowne, a nawet zdania na wskroś nieprzemyślane, warsztatowo nieobrobione, które można wytłumaczyć tylko dziką weną, która porwała poetę i kazała mu napisać tym podobne wersy), jednak z drugiej strony: wspomniana gra słów służy tu przede wszystkim nawiązaniu kontaktu z czytelnikiem – złapaniu go w sieć, z której czytelnik zostanie uwolniony tylko po zwycięstwie nad autorem w tytułowej partii szachów.