W najnowszym numerze...

Recenzje

(Damian Kowal, Najmniejsze przeboje z Tristan da Cunha)

O archipelagu Tristan da Cunha zrobiło się głośno na przełomie 2015 i 2016 roku. Wówczas różnego typu portale poświęcone tematyce podróżniczej zaczęły się prześcigać w publikowaniu ofert pracy na wyspie. Jej władze poszukiwały nauczycieli do tamtejszej szkoły (taka informacja znajduje się m.in. na stronie Faktu, więc nie śmiem wątpić). Damian Kowal zaś postanowił – z małym opóźnieniem – wskoczyć na listę przebojów radia Tristan. Szanse na sukces całkiem spore. Liczba ludności: 262 (Wikipedia – ufam tym danym). Rozrywki: wciąż niewystarczające, a za to sporo miejsc na organizację spotkań promujących Najmniejsze przeboje (pub, kawiarnia, nawet sala taneczna). Być może debiutant, niedawno nagrodzony w Kutnie, znalazł odpowiednią niszę na rynku. Ale jego książka ma widoki na najmniejszy sukces również u nas.

Głowa wywołała u mnie mieszane uczucia. Jest tam parę rzeczy, które każą mi powiedzieć, że jest to atrakcyjna i warta uwagi lektura, lecz kilka innych zmusza mnie do wyrażenia zupełnie innej opinii. Przede wszystkim warto wspomnieć, że książce próbującej być połączeniem kryminału z powieścią historyczną, niezbyt wychodzi bycie ani jednym, ani drugim. Ale po kolei…

Po raz kolejny potwierdziło się stare powiedzenie, że „podróże kształcą”. I że są takie książki, na które trafia się zupełnie przypadkiem, dzięki korzystnym splotom okoliczności, a które sprawiają ogromną czytelniczą frajdę. Szczególnie publikacje wydane przez niewielkie, lokalne oficyny, zwłaszcza jeśli dotyczą spraw regionalnych. Ostatnio, dzięki pobytowi w małym (acz z bogatą historią) Dzierzgoniu stałam się posiadaczką niewielkiej, ale bardzo interesującej książki.

Leciałem Aerofłotem do Irkucka i się dziwiłem, że obsługują stewardesy, a nie tresowane niedźwiedzie – tak o swoim wylocie poinformował Stasiuk Jerzego Pilcha, a było to kilka lat wcześniej i chociaż w 2010 roku spadł ten nieszczęsny, jak sam nazywa, samolot i powinienem siedzieć na dupie, to tym razem zapakował Osiołka i ponownie udał się w podróż. Gdzie? Cała wyprawa została dokładnie opisana w najnowszej książce Andrzeja Stasiuka Osiołkiem. Książki tego pisarza są inne. Wyróżniają się w bibliotece, nie każdy po nie sięga, ale mają swoich wiernych czytelników.

Pod koniec ubiegłego roku pojechałam do Łodzi na Puls Literatury. Udało mi się wówczas uczestniczyć w kilku spotkaniach poetyckich, a wśród nich było i takie z Witem Pietrzakiem oraz Teresą Radziewicz. Rozmowa wypadła ciekawie i sympatycznie; między autorami były spore rozbieżności, co uatrakcyjniło konwersację. To Pietrzak był osobą, która dbała o odpowiednią ilość anegdot, sypała żartami, rozluźniała atmosferę. Swoje wiersze czytał bardzo dobrze, dbał o właściwą intonację, o mrugnięcie do słuchacza w odpowiednim momencie. Podkreślał kilkakrotnie, że prawdziwą autorką tych tekstów jest jego wewnętrzna anglistka i faktycznie melanż tej poezji z językiem angielskim bez problemu daje się zauważyć. Podeszłam więc do lektury tomu Stabilne z pozytywnym nastawieniem i nadzieją na dobrą rozrywkę. Nie mogę powiedzieć, żebym się rozczarowała, jednak odczuwam spory niedosyt. Kilka rzeczy mi przeszkadzało, ale chyba przede wszystkim brakowało mi czytania przez autora. Bez tego głosu Stabilne wypadło nieco blado. Tak że – jak się okazuje – za dobrze swoich utworów też czytać nie należy. Tym niemniej książka, reklamowana na okładce odautorskim blurbem za anemiczność i masturbanctwo to ja dziękuję, wciąż godna jest polecenia.