W najnowszym numerze...

Recenzje

Wobec antologii poetyckich zawsze czuje się trochę bezradna. Niby rozumiem to, że są one przydatne, ponieważ pozwalają przyjrzeć się poezji z jakiegoś dłuższego lub krótszego okresu w sposób całościowy, prezentują najsilniejsze i najciekawsze (zdaniem redaktorów tych publikacji) głosy poetyckie, które w jakiś sposób dialogują ze sobą – warsztatowo, tematycznie czy światopoglądowo. Niby wiem, że warto współczesnym czytelnikom książek i czytelnikom in spe z uporem przypominać o obecności poezji w literaturze, podpowiadać nazwiska, pokazywać, że naprawdę mają z czego wybierać oraz uzmysławiać im, że wiersze dawnych czy najnowszych poetów i poetek są dla nich i o nich – nawet jeśli tłumaczą oni swoją niechęć rzekomą barierą komunikacyjną. Pomimo świadomości korzyści edukacyjnych i promocyjnych z publikowania antologii poetyckich mam jednak wiele wątpliwości za każdym razem, gdy dowiaduję się o kolejnej książce tego typu, choć nie ma ich przecież przesadnie wiele i każda wnosi coś nowego w postrzeganie poezji. Tak było też w przypadku Warkoczami. Antologii nowej poezji – publikacji wydanej w 2016 roku przez Staromiejski Dom Kultury w Warszawie.

Dwadzieścia osiem. Dokładnie tyle wierszy mieści się w Pogodnej bieli dobrego samopoczucia. Propozycja na luty roku zwykłego, nieprzestępnego, po jednym tekście na każdy dzień. Poetycka wersja kalendarza adwentowego – jeden biały chłodny utwór na codzienne rozpoczęcie białego chłodnego poranka, w oczekiwaniu na pogodną biel płatków śliwy (lub innych drzew kwitnących na biało). A ja za tę biel zabrałam się w pełnym rozkwicie wiosny i nie wiem, czy jest to na nią najlepsza pora.

Po długiej, długiej zimie i nieco „niedorobionym” początku wiosny przyszedł maj a wraz z nim – nowe tomiki do czytania. Jednym z nich był zbór Podpalam żyrafę autorstwa Małgorzaty Grajewskiej, autorki, z której twórczością miałam już okazję się bliżej zapoznać, recenzując jej debiutancki zbiór wierszy blisko bliżej za daleko. Teraz, po czterech latach, trzymałam w rękach jej drugi tomik i, zachęcona pozytywnymi wspomnieniami, z chęcią zabrałam się do czytania.

(Damian Kowal, Najmniejsze przeboje z Tristan da Cunha)

O archipelagu Tristan da Cunha zrobiło się głośno na przełomie 2015 i 2016 roku. Wówczas różnego typu portale poświęcone tematyce podróżniczej zaczęły się prześcigać w publikowaniu ofert pracy na wyspie. Jej władze poszukiwały nauczycieli do tamtejszej szkoły (taka informacja znajduje się m.in. na stronie Faktu, więc nie śmiem wątpić). Damian Kowal zaś postanowił – z małym opóźnieniem – wskoczyć na listę przebojów radia Tristan. Szanse na sukces całkiem spore. Liczba ludności: 262 (Wikipedia – ufam tym danym). Rozrywki: wciąż niewystarczające, a za to sporo miejsc na organizację spotkań promujących Najmniejsze przeboje (pub, kawiarnia, nawet sala taneczna). Być może debiutant, niedawno nagrodzony w Kutnie, znalazł odpowiednią niszę na rynku. Ale jego książka ma widoki na najmniejszy sukces również u nas.

Głowa wywołała u mnie mieszane uczucia. Jest tam parę rzeczy, które każą mi powiedzieć, że jest to atrakcyjna i warta uwagi lektura, lecz kilka innych zmusza mnie do wyrażenia zupełnie innej opinii. Przede wszystkim warto wspomnieć, że książce próbującej być połączeniem kryminału z powieścią historyczną, niezbyt wychodzi bycie ani jednym, ani drugim. Ale po kolei…