W najnowszym numerze...

Recenzje

Aspekt wizualny książki zwykle jest kwestią co najmniej drugorzędną i na ogół ogranicza się jedynie do okładki. Chwalebnym wyjątkiem od reguły jest Ogólnopolski Konkurs na Autorską Książkę Literacką rokrocznie organizowany w Świdnicy, w którym słowo i obraz mają iść ze sobą w parze, towarzyszyć sobie i tworzyć spójną całość. Forma konkursu pozostawia autorom dosyć dużą dowolność oraz szerokie pole do interpretacji tej kompatybilności wiersza i grafiki. Tegoroczny laureat – Rafał Skonieczny – proponuje czytelnikowi tom, w którym obie płaszczyzny wzajemnie się przenikają. Nie jest to współistnienie dwóch różnych materii twórczych, ale ich relacja, dopełnianie się, opowiadanie wspólnej historii. Duża część wierszy oraz zdjęć i ilustracji spokojnie mogłaby funkcjonować niezależenie od siebie (pamiętam Skoniecznego czytającego Jestem nienawiść podczas turnieju, to broniło się świetnie i było mocno slamowe), natomiast zbiór tych wszystkich elementów, cała Jestem nienawiść, to byt na tyle konkretny w kształcie, że należałoby mówić raczej o laureatach, autorach, współautorach, a więc również o Patrycji Rybaczewskiej i Krzysztofie Gałązce. Z całą mocą chciałabym podkreślić, że ta książka to w równej mierze wiersze, jak i zdjęcia oraz ilustracje, choć z tej recenzji pewnie nie wybrzmi to wystarczająco (w tym obszarze sztuki zdecydowanie czuję się laikiem). Poza wszystkim tę publikację naprawdę dobrze się ogląda.

Na pierwszy ogień po wakacjach idzie Marcin Zegadło i jego Zawsze ziemia – książka, która cytatem stoi. W tych wierszach mówi do siebie wszystko i wszyscy: ludzie, zwierzęta, inne niesprecyzowane podmioty. Tu znaczą słowa już wypowiedziane, który wywróciły świat do góry nogami; słowa, które dopiero zostaną wypowiedziane, ale wiadomo, że zmienią rzeczywistość; słowa potencjalne, ledwie na końcu języka, wkładane do innych jam ustnych i gardeł. W tej książce generalnie mówi się, teksty funduje cudzysłów-znak i cudzysłów-mowa innych. Wśród tych cudzych słów znajdują się takie, którym poeta przysłuchuje się ze szczególną uwagą. Należą do nich m.in. słowa lekarza czy najbliższych, ale do głosu dopuszczeni zostają też księża, mieszkańcy wsi czy Bóg. Co zatem usłyszał Zegadło?

W ten sposób Aneta Kamińska, poetka i tłumaczka poezji ukraińskiej, postanowiła pożegnać się z Honczarem, który zmarł tragicznie w Użhorodzie 21 maja 2009 roku. Jak się okazuje, pamięć o nim wciąż jest jednak żywa, mimo że od tragicznego w skutkach wypadku minęło ponad 9 lat. Autorka doskonale wczuła się w rolę tłumacza, a zrozumienie tekstu odbywało się niemal telepatycznie. Obydwoje byli pasjonatami języka, jego znaczenia oraz budowy. Jednocześnie Honczar jawił się jako performer, awangardzista, a więc tłumaczenie tego poety stosującego język metapoetycki, rozbijającego i łączącego sylaby oraz głoski, często prowadziło do wyeksponowania innego znaczenia danego słowa niż przy pierwotnym założeniu. Innymi słowy: wczucie się w myślenie Honczara nie należało zapewne do najprostszych zadań. Aneta Kamińska stanęła jednak na wysokości zadania.

Kolejna książka Jakuba Małeckiego zobaczyła światło dzienne. Autor ma na koncie kilka bestsellerów, nagrody, wyróżnienia – łącznie z nominacją do Nagrody Literackiej NIKE za Ślady. Rok 2017 przyniósł mu stypendium „Młoda Polska” przyznawane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Postanowiłam bliżej poznać jego utwory. Tym bardziej, że Dyskusyjny Klub Książki działający przy bibliotece, w której pracuję, czytał Dygot. Wszyscy byli książką poruszeni. Trwała burzliwa dyskusja. W październiku autor przyjedzie do biblioteki na spotkanie. Odpowie na pytania, które rozpoczęły swoje życie przy czytaniu książki.

Mając w dłoniach książkę poetycką Hanny Janczak odnoszę wrażenie, jakby okładka wstydziła się własnej zawartości. Ani zbyt wiele nie obiecuje, ani nie sugeruje czytelnikowi, co kryje się w jej środku. Tymczasem druga książka poetki mieszkającej we Wrocławiu jest solidnym walcem językowym. Janczak igra z czytelnikiem, gra mu na nosie, przewraca szklankę wody na stoliku, a nawet wsadza palce w imadło; żeby za chwilę usadowić go na krześle i poczęstować porcją sensorycznych opisów przyrody. Przyrody jako sacrum oraz rzeczywistości zastałej jako profanum.