W najnowszym numerze...

Recenzje

2016 – Trans. 2017 – Piosenki pikinierów. Joanna Lech nie próżnuje i rok po roku obdarowuje czytelników nową książką. Pisałam o Transie, postanowiłam więc też skomentować tegoroczną publikację. Byłam jej o tyle ciekawa, że tytuł wskazywał na wykorzystanie podobnych chwytów i zabiegów, jakie pojawiły się w Transie i rzeczywiście nie rozmija się to z prawdą. Piosenki pikinierów również mogłyby mieć swój soundtrack. Każdy wiersz to nowy utwór muzyczny, nowy wykonawca, nowy podkład. Inspiracje znów są bardzo silne, ale tym razem udało mi się nie angażować tak bardzo w związek piosenka-wiersz. Mam wrażenie większej samodzielności tekstów, ich niezależności, a tym samym większej świeżości. Nie wiem, czy to zasługa autorki, czy moja, czy może nas obu. Ważne, że działa. Działa dużo lepiej, niż wcześniej.

Mała epoka Daniela Madeja to trzeci tomik poetycki opublikowany przez poznańską Fundację Kultury Akademickiej, pierwszy wydany na papierze (wcześniej ukazały się następujące książki z wierszami, nie licząc antologii: Obcy język Jędrzeja Krystka, dostępny za darmo na platformie Issuu, i Drugie cesarstwo Karoliny Kułakowskiej, do zakupienia w wersji elektronicznej w formatach .pdf, .mobi i .epub). FKA buduje więc powoli swoją poetycką serię wydawniczą. Jednakże jej promocji nie sprzyja to, że tomiki są dostępne w różny sposób i osoby niefunkcjonujące towarzysko w środowisku literackim raczej mają problem, żeby się o nich dowiedzieć.

Świat nam się skurczył – coraz trudniej znaleźć miejsce, którego nie możemy odwiedzić. Egzotyka się dewaluuje – pod palmami tłok, w bazie pod Mount Everestem podobno jest wi-fi i kawiarnia. Spitsbergen? „Mamy dla Was niesamowitą ofertę podróży w to magiczne miejsce za 1364 PLN od osoby!”. Gdzie więc najtrudniej pojechać? Pomijając miejsca typu Korea Północna, pozostaje nam chyba tylko przeszłość…

Jeśli poeta czy pisarz napisze wulgarny, dosadny, mówiący „jak jest” tekst literacki, to chwali się go za siłę przekazu, nowoczesność formy, odwagę dzielenia się swoimi trudnymi doświadczeniami i bolesnymi przemyśleniami życiowymi. Jeśli poetka czy pisarka w swojej książce użyje twardego, potocznego, zgrzytającego języka, aby zbuntować się przeciwko opresyjnej rzeczywistości, to traktuje się ją jak histeryczkę, rozkrzyczaną feministkę, osobę niepoważną, nieelegancką i śmieszną. Oczywiście nie zawsze tak jest, ale generalnie rzecz ujmując trudno wyjść mężczyznom zajmującym się literaturą ze swojej strefy komfortu, irytuje ich kobiecy krzyk skierowany w stronę męskich odbiorców. Dlatego recepcja Danke Dominiki Dymińskiej jest binarna – albo jednoznacznie aprobatywna, chwaląca za literacką artykulację społecznych absurdów (głosy żeńskie, z wyjątkami), albo całkowicie odrzucająca, zarzucająca drugiej książce młodej warszawskiej pisarki grafomanię i ekshibicjonizm (głosy męskie, z wyjątkami). Brak opinii wypośrodkowanych, ponieważ ocenia się Danke poprzez zawarte w niej poglądy i utożsamia podmiot liryczny (?) z autorką.

Pięknie napisana i wydana, poruszająca. Trudna i ważna zarazem. Mam wrażenie, że przymiotniki mogłabym jeszcze mnożyć, ale nie zastąpi to najważniejszego – by czytelnik osobiście spotkał się z tą książką. Czyta się ją jak list do bliskiej osoby, przy czym motyw główny jest w pewien sposób wspólny nam wszystkim. Każdy miał lub wciąż ma ojca, tak jak każdy wyszedł z jakiejś rodziny. W swój osobisty świat i tę właśnie relację książką Fałszerze pieprzu wprowadza odbiorcę Monika Sznajderman. Podtytuł „historia rodzinna” może sugerować, że jest to genealogiczny traktat złożony z suchych faktów. Nic bardziej mylnego. Przywołane postacie nie zaistniały w tej opowieści tylko jako imiona i nazwiska opatrzone datami. Każda z nich ma swoją aparycję, temperament, drogę zmagań i wybory, jakie stawia przed nią życie, lub właśnie – w pewnym momencie – ich brak. Linia matki i linia ojca oraz wszystko, co zawiera się w ich przeszłości, są jak dwie rzeki, które nie wypływają z tego samego źródła i przez całą opowieść się nie spotykają. Kolejne pokolenia tych rodów żyją ze sobą – w tym samym kraju, okolicznościach politycznych, społecznych, ale obok siebie. Czasem to „sąsiedztwo” odczuwalne jest w mniej dotkliwy sposób, innym razem nie da się nie zauważyć przepaści, jaka ich dzieli. Dwie różne historie, o których niewiele byłoby wiadomo, gdyby nie decyzja łączącej je w sobie autorki, by przodkom na chwilę przywrócić życie, opowiedzieć o nich, a potem – jak to sama ujęła – odprowadzić do grobu.