W najnowszym numerze...

Ukryte znaczenia

Jerzy Alski

Jerzy Alski o nieoczywistych związkach i znaczeniach procesów i zjawisk w sferze kultury oraz ich powiązaniach ze zdarzeniami w przestrzeni publicznej

 

Życie jest furią, pomyślał. Furia – seksualna, edypowa, polityczna, magiczna, brutalna – dźwiga nas na szczyty finezji i strąca w głębie ordynarności. Z furii rodzi się tworzenie, inspiracja, oryginalność, pasja, lecz także przemoc, ból, czysta nieustraszona destrukcja, wymierzanie i przyjmowanie ciosów, po których nigdy się nie podnosimy. Ścigają nas Furie; Śiwa tańczy swój wściekły taniec, by tworzyć, ale i niszczyć. … Oto jacy jesteśmy, co ukrywamy pod powłoką ucywilizowania – przerażające ludzkie zwierzę, zarozumiałego, nieprześcignionego, autodestrukcyjnego, nieskrępowanego pana stworzenia. Wynosimy się nawzajem na szczyty radości. Rozrywamy się na pieprzone strzępy.[1]

Skończyłem pisać powieść – kolejną. Jest w niej miłość i zdrada, śmierć i cierpienie, euforyczna radość i namiętna erotyka, zaawansowana nauka współczesna i jej nieoczekiwanie groźne konsekwencje, odpryski gier wywiadów, ślady palców możnych tego świata. Powieść kończy się tak:

„Późno w nocy, kiedy już niemal zasypiał utopiony, zatopiony, zagarnięty przez miłość, przez miłość raz jeszcze i tylko przez miłość, bo to Helena pokazała mu, jak się zagarnia, jak się tonie i jak się topi, ona zaczęła szeptać. – Pójdę za tobą do więzienia, na wygnanie, umrę z tobą, ale nie będę się litować. Będę dla ciebie bezlitosna żeby cię kochać, tylko po to”.

Lekcje języka polskiego nie są lekcjami języka polskiego – są lekcjami umiejętności porozumiewania się na poziomie właściwym istocie ludzkiej. W rozważanym przypadku – każdej, zamieszkującej ten kraj. Z okazji rozpoczynającego się roku szkolnego życzę nauczającym sukcesów – o tyleż większych niż dotąd, że mogą to być sukcesy na miarę przetrwania zbiorowości do tej pory uważanej za naród, a przekształcającej się na naszych oczach w hordę prymitywnych i egotycznych zwierząt, której członkowie coraz częściej realizują relacje pomiędzy sobą za pomocą pochrząkiwań, porykiwań, ewentualnie szturchnięć i popchnięć – sygnałów właściwych dla epoki przedwerbalnej. Podobno mamy dwudzieste pierwsze stulecie.

Jeśli udamy się na wschód… Jest to niesłychanie rozległe, bo wędrując na wschód napotkamy Ural, za nim step, potem znowu góry o przedziwnych kolorach i formach. Po drodze przeprawimy się przez rzeki, niektóre potężne, ale też przejdziemy pustynie. Na koniec staniemy na brzegu Oceanu, mając za plecami ośnieżony wulkan – nazywają go Kluczewska Sopka. Albo inaczej: pójdziemy bardziej na południe, przez mongolski step i pustynię, potem będą góry i szczytami jednego z ich pasm biegnący mur – ten Wielki. Będziemy w Chinach. Albo skręcimy jeszcze bardziej. Przez półpustynne wyżyny Afganistanu i potem karkołomnym przesmykiem między niebotycznymi Himalajami a Hindukuszem zejdziemy w żyzną zieleń Indii. Tak mogłaby się ta opowieść zaczynać.

Dlaczego tak? Bo wyobraźnia wymaga ograniczeń. Przecież wędrując na wschód jeszcze dalej możemy spojrzeć na falę w Kanagawa – może to będzie ta wielka? Na pewnej wyspie na środku Oceanu możemy zadać pytanie, teraz my: „Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?” Pytania są straszliwie banalne, ale obraz jest piękny: błękitny, granatowy i żółty, zastygły, zatrzymany na zawsze w momencie wystarczającym aby zadać pytania. Ciągle jeszcze na wyspie można znaleźć jego naturalny pierwowzór, a przynajmniej łatwiej jest tam go sobie wyobrazić. Potem trzeba będzie przemierzyć kontynent; Route 66 byłaby odpowiednia – tyleż w niej złego, co dobrego. Potem wsiąść w samolot i wrócić do domu – ciągle na wschód. Dlatego wyobraźnia wymaga ograniczeń – bez nich staje się nieokiełznana w swoim pragnieniu zagarnięcia wszystkiego, a to grozi utratą owego wszystkiego i powrotem do punktu wyjścia. Zatrzymajmy się zatem pod murami Delhi i niech będzie rok 1526.

Wszędzie istnieją jakieś zdarzenia mogące być zalążkiem kolejnych baśni z tysiąca i jednej nocy: wygrane czy przegrane bitwy, ukochane i znienawidzone kobiety, hymny pochwalne i zakazane czterowiersze, mauzolea i lepianki. Niejeden z nas, studiując dawne dzieje i minione kultury, spostrzegał, że oto z tego na przykład można stworzyć baśń – tego  zdarzenia, tej budowli, tego krajobrazu. Czasami jest to jeszcze bardziej zdumiewające: czasami już samo zdarzenie zawarte w opowieści jawi się nam niczym baśń – tak jest  niewiarygodne. Czasami piękne i przejmujące, czasami ponure i okrutne – prawdziwe baśnie są wszak dla dorosłych, dla dzieci przeznaczamy wyłącznie te, w których wszystko się dobrze kończy: książę pocałunkiem budzi księżniczkę, szambelan przynosi koronę, dwór wiwatuje, ognie bengalskie i salwy armatnie na zakończenie. W prawdziwej baśni cesarz przez dwadzieścia dwa lata wznosił pomnik wiecznej miłości dla zmarłej ukochanej, synowie mordowali się nawzajem i pustoszyli cesarstwo, dwór był pełen spisków i zdrad, a cała ta historia – prawdziwa baśń – skończyła się źle. A jak się zaczęła?

„Cesarstwo mogolskie doszło w tym okresie do tak niewiarygodnego bogactwa, że po pięciu miesiącach ważenia skarbów na czterystu wagach, czynnych dniem i nocą, zaniechano dalszych prób sporządzania inwentarza”.[1]

Treścią baśni, którą zamierzam opowiedzieć, są epizody z historii pewnego cesarstwa, oraz pewna budowla, wzniesiona w tym cesarstwie kilkadziesiąt lat później. Nie chcę opowiadać o faktach, natomiast chciałbym oddać niewiarygodną atmosferę jaką otaczały mnie opisy tych epizodów i obrazy tej budowli, kiedy je poznawałem – od jednego z tych obrazów ta baśń się zaczęła. W rozumieniu baśni dla dorosłych – pewnego zagubienia w realnym przecież świecie, pewnej niepojętości przenikającej rzeczywistość, obcości – tej obcości, która może towarzyszyć nam podczas lektury „Planu ucieczki” Adolfo Bioy Casaresa, albo „Baudolina” Umberta Eco, tej niepojętości która budzi się w nas podczas studiowania szalonej architektury Piranesiego, albo pustych placów z połamaną kolumną bądź skoczkiem szachowym na obrazach Giorgia de Chirico.

„… zobaczył, że Dara ustawia armię cesarską w szyku liczącym około ośmiu kilometrów szerokości. W pierwszym szeregu, na lawetach armat trzepotały szkarłatne chorągiewki. Za tą frontalną linią artyleryjską stało dwadzieścia pięć tysięcy muszkietników, wspieranych przez pięćset wielbłądów z obrotowymi armatkami; dalej sunął rząd opancerzonych słoni, a za nim ustawiona była kawaleria w sile dwudziestu ośmiu tysięcy wojowników. Dara dowodził strażą tylną, siedząc okrakiem na potężnym słoniu i mając za sobą liczny oddział słoni, które na grzbietach dźwigały doboszów, trębaczy i cały asortyment innych instrumentalistów. Prawe skrzydło armii następcy tronu składało się z piętnastu tysięcy radżputów, a na ich zewnętrznej flance stało dwa razy tyle Uzbeków… Lewe skrzydło Dary… składało się z piętnastu tysięcy konnych wojowników, a ich flankę zajmowało zgrupowanie kawaleryjskie o takiej samej sile, złożone przeważnie z radżputów. Ustawione tak wojsko wyglądało prześlicznie…”.

Ponad sto tysięcy ludzi szykujących się do bitwy – i tylko po jednej stronie! Bitwa pod Samurach – rok 1658. Przesada kronikarzy? Przesada Wenecjanina Manucciego który to spisał? Oto relacja z przygotowań do innej bitwy:

„We wczesnych godzinach rannych pamiętnego dnia 4 stycznia 1659 roku Aurangzeb przyjął defiladę kawalerii w nieprawdopodobnej sile dziewięćdziesięciu tysięcy koni, a punktualnie o ósmej udał się na wielkim słoniu dokonać inspekcji i dodać ducha swym oddziałom”.

Ale jak to się zaczęło – co zdarzyło się w roku 1526? W tymże roku Babur, potomek Czyngis-Chana, spokrewniony z Timurydami władca afgański, przez wspomniane ucho igły  wbitej między Hindukusz a Himalaje zszedł na równinę delhijską aby podbić istniejący tam Sułtanat. Armię miał nowoczesną, opartą o konnicę i ruchliwą artylerię, za nią ciągnęli urzędnicy organizujący system administracyjny, podatki, szkolnictwo. Po kilkudziesięciu latach niemal cały Półwysep Indyjski był pod władztwem Wielkich Mogołów – taką nazwę nadano dynastii zapoczątkowanej przez Babura. Był to złoty okres w historii Indii – państwo rozwijało się nadzwyczaj pomyślnie. Celowo niemal pomijam równolegle gdzie indziej dziejące się zdarzenia – pozostawiam to wyobraźni czytelnika. Dla Europy to czasy odkrywców i łupieżców: Kolumba, Vasco da Gamy – szczególnie ważnego w kontaktach z Indiami, bo oficjalnie on pierwszy dotarł drogą morską z Europy do Indii, konkwistadorów klasy Cortesa i Francisca Pizzara, czasy uwięzionego po bitwie pod Pawią króla Francji Franciszka I, czasy wojen chłopskich w Niemczech i złupienia Rzymu, czasy Leonarda da Vinci, Rafaela Santi, Michała Anioła: „Noc, którą widzisz w słodkim snu oprzędzie…[2] Szachdżahan – ten, który kochał Mumtaz Mahal, postawił w Delhi warowny pałac mający w obwodzie niemal trzy kilometry, nazywany dzisiaj Czerwonym Fortem, w którym toczyło się życie według wzorów żywcem przeniesionych z dworu szachów Persji a naznaczonych dekadencją, jako że każde powtórzenie jest wybujałą jesienią lata, które ta jesień naśladuje. Opium, alkohol, tancerki i haremy, ale też cytaty z Omara Chajjama i Hafiza obecne w codziennych rozmowach. Na dworze obowiązywała doktryna sufizmu. Ten jest wymagający, ale i pozwala na wiele. A wokół niewyobrażalne bogactwo, którego nawet zważyć nie dano rady.


Taj Mahal / fot. Arek Łuszczyk

Szachdżachan przekuwał żal po Mumtaz Mahal w najpiękniejszy symbol miłości i coraz mniej interesował się doczesnym światem, zaś jego synowie – jak najbardziej. Następców do  Pawiego Tronu (bo tak nazywano tron Wielkich Mogołów) było czterech, z czego dwóch znaczących: Dara Szikoh i Aurangzeb. Dwa przeciwieństwa: Dara Szikoh – lubujący się w metafizyce i mistyce, wielbiciel Platona i Arystotelesa, Aurangzeb – ortodoksyjny muzułmanin, szczycący się znajomością Koranu na pamięć i umiejętnością robienia szydełkiem czapeczek. Wojna sukcesyjna trwała kilka lat, obfitowała w teatralne, toczone z olbrzymią ilością wojsk bitwy, z rytualnym niemal fatalizmem przegrywane przez Darę i pozostałych braci Aurangzeba, aż ten pokonawszy wszystkich (dwóch braci skazał na śmierć, przyczynił się do śmierci trzeciego, uwięził ojca) zasiadł na Pawim Tronie. Odciętą głowę brata – Dary Szikoha nakazał postawić podczas posiłku przed ojcem Szachdżahanem i żoną Dary – Dżahannarą. Zgodnie z jego rozkazem głowę brata złożono – osobno od ciała – w Tadż Mahalu, grobowcu jego matki. Ból Szahdżahana patrzącego dzień w dzień na pomnik swej miłości do Mumtaz Mahal, gdzie teraz spoczywała również głowa jego najbardziej ukochanego syna, wzmógł się tak straszliwie, że wkrótce i on umarł. Aurangzeb zaś poprowadził państwo Wielkich Mogołów ku zmierzchowi. „Der Untergang des Aufganglandes” – jakiś suficki Oswald Spengler zapewne coś takiego napisał, a przynajmniej pomyślał, że mógłby. Ta piękna, okrutna i ponura baśń jest prawdziwa.

A teraz obraz, od którego moja opowieść się zaczęła. Jest to czarno-biała fotografia w wydanym przed wielu laty albumie o sztuce Indii. Widnieją na niej schody biegnące hiperbolicznie wznoszącą się, kamienną rynną. Konstrukcja ma wyraziście zarysowane krawędzie i jest pozbawiona jakichkolwiek ozdób. Powyżej ostatniego stopnia jest przestrzeń  – i nic więcej. Rozkład cieni powoduje, że patrząc na fotografię ma się wrażenie zaglądania do innego świata poprzez wycięty w kartce otwór – początkowo, bo po chwili wrażenie to zanika, widz po prostu znajduje się w świecie schodów biegnących hiperboliczną krzywą. Konstrukcja minimalistyczna, wręcz surowa, niesłychanie intensywnie przemawiająca do wyobraźni. Jak Chirico, jak Piranesi sprowadzony do tego, co absolutnie niezbędne, jak enigma monstrualnego miasta nieśmiertelnych Jorge Luisa Borgesa. Na co patrzyłem?

Podpis pod zdjęciem głosił: Jaipur, obserwatorium astronomiczne, XVIII w. Można było dojść do wniosku, że surrealizm (i to w architekturze!) narodził się w Indiach i dwa wieki wcześniej niż podaje historia sztuki. Nie mogłem nie dowiedzieć się czegoś więcej.

Obserwatorium (jedno z pięciu!) zbudował na początku XVIII wieku Sawai Jai Singh II, maharadża królestwa Amber. Królestwo było podporządkowane Cesarstwu Mogołów, a sam król cieszył się poparciem cesarza Aurangzeba (tak, tego Aurangzeba, który wymordował braci i uwięził ojca). Sawai Jai Singh był znakomicie wykształcony, znał między innymi sanskryt, a z zamiłowania był astronomem. Jantar Mantar (bo taka jest nazwa jaipurskiego obserwatorium) dysponuje największym na świecie zegarem słonecznym, z gnomonem (to ten patyczek rzucający cień) o wysokości prawie 23 metrów, ma urządzenie do wyznaczania dat zaćmień Słońca, wiele urządzeń do ustalania pozycji ciał niebieskich, ma też przedziwny instrument składający się z dwóch półkul o średnicy 5,5 metra, wewnątrz wypolerowanych, odbijających odwrócony obraz nieba. I ta architektura, dopełniająca w sposób niemal perfekcyjny jej przeznaczenie – jak z sennych rojeń, być może z natchnienia kosmosem, a z pewnością nie ziemska. Niezwykłym człowiekiem musiał być Sawai Jai Singh. Jeszcze jeden szczegół: zdjęcie w albumie było czarno-białe i dopiero po latach poznałem rzeczywiste kolory. Obserwatorium w Jaipurze zbudowane jest z jasnego, po części pokrytego miodowo złotą okładziną, piaskowcka. Dzieło Sawai Jai Singha w Delhi jest jeszcze piękniejsze. Jest czerwone – zbudowano je z czerwonego piaskowca.

Dlaczego tak pokrętna opowieść? Dlatego że drogi którymi dochodziłem do opowiedzenia tej baśni: pięknej, ponurej i okrutnej, były równie pokrętne. Na początku była pewna fotografia. I nic więcej.

Jerzy Alski

 


Jantar Mantar, Delhi


[1] Waldemar Hansen, Pawi tron, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1987. Jeśli nie będzie zaznaczone inaczej, kolejne fragmenty kursywą pochodzić będą z tego opracowania.

[2] Michał Anioł: „La notte, che tu vedi…”. Tłumaczenie i interpretacja: Leopold Staff. Z tomu: Leopold Staff. Michał Anioł i jego poezje. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1977r.

„Zatem to my tworzymy czas – my sami, dzięki umiejętności tworzenia opowieści, bo w nich właśnie zawarty jest czas, ten dla nas prawdziwy. Ten, w którym niektóre chwile potrafią trwać niemal wiecznie, inne zaś przebiegają zaledwie zostawiając ślad, że były. Nie jest nawet specjalnie ważne, że niektórzy opowieści opowiadają jedynie samym sobie, inni przy biesiadnych stołach, inni jeszcze spisują je i przedstawiają innym – wszyscy oni tworzą czas, tworząc w ten sposób daleko więcej niż czas tylko. A co? O tym, być może, następnym razem”.