W najnowszym numerze...

Ukryte znaczenia

Jerzy Alski

Jerzy Alski o nieoczywistych związkach i znaczeniach procesów i zjawisk w sferze kultury oraz ich powiązaniach ze zdarzeniami w przestrzeni publicznej

 

Historia, którą opowiem, nie zakończy się jednoznacznym dla wszystkich wnioskiem i wiem to już teraz – rozpoczynając ją. Są takie opowieści… Nie zawsze potrafimy ocenić: to jest dobre, to złe, to jest piękne, to nie. Oba człony świata zachodzą się na siebie nieustannie – jeśli wyobrazić sobie arenę turniejową i wstępującego od prawej w szranki rycerza białego, to nieuchronnym jest pojawienie się po lewej rycerza czarnego. A co będzie, jeśli rycerz odziany na biało i czarno stanie pośrodku areny? No, właśnie. To jest taka historia.

„Zbrodniarzu większy niż Barabasz
Rogaty jak diabelskie mości
Co Belzebubie tam wyrabiasz?
Jedz łajno żłopaj nieczystości
Nie pojedziemy na twój szabas”[1]

W pewnej opowieści Jorge Luis Borges relacjonuje znajomość rzymskiego oficera z Troglodytą, który twierdzi, że jest Homerem. Rzecz zdumiewająca, ale tylko na pozór. Gatunkowo zawiera się ona w tym samym zbiorze, w którym natrafiamy na relację o Atlantydzie, którą zdaje Solonowi nieznany z imienia kapłan egipski. Relację tę starannie odnotowuje Platon w Timajosie. Ba, Atlantyda! Jest przecież jeszcze Ziemia Mu – kontynent pacyficzny, po którego zatonięciu jego mieszkańcy przenieśli się na Atlantydę właśnie, o czym inny kapłan informuje kogoś innego. Całe kontynenty pojawiają się i znikają, ludy wędrują od Pacyfiku do Atlantyku, to cóż dopiero pojedynczy Troglodyta, podający się za Homera, najwyraźniej nie będący tym Homerem, którego znamy. Egzotyczna teoria Hugh Everetta III powiada, że ilość wszechświatów jest nieskończona, tym samym ilość Ziem jest nieskończona, tym samym wszystkie zdarzenia, które są do pomyślenia, zdarzają się koniecznie. Tym samym, wszystkie opowieści są możliwe.

Inspiracją do napisania tego eseju były dwie okoliczności. Pierwszą był zbliżający się koniec roku szkolnego, drugą natomiast dyskurs pod pewnym zdjęciem, które zamieściłem na Facebooku. Pierwsza okoliczność znajdzie swoje uzasadnienie w miarę rozwijania się tekstu. Drugą natomiast opiszę. Popadłszy w nastrój zdecydowanie zły, wskutek popełnienia uczynku w moich własnych oczach absolutnie niewybaczalnego, zamieściłem na Facebooku kilka fragmentów własnych refleksji ubranych w niedobre formy poetyckie, oraz parę fotografii przez siebie wykonanych. Jedna z nich jest ujęciem od wewnątrz bocznej ściany kaplicy w Ronchamp, jednego z najsłynniejszych dzieł Le Corbusiera. W sposobie ukształtowania wewnętrznej przestrzeni kaplicy zasadniczą rolę gra światło, wpływające do wnętrza przez, przypominające strzeleckie, otwory w ścianach. Są one nieregularnej wielkości i nieregularnie rozmieszczone, idą przez wyraźnie zaznaczoną grubość betonowej ściany, niektóre z nich zaopatrzone są w szyby nadające światłu kolor, który u dołu jest purpurowy i żółty. Dodałem komentarz: „Kiedyś myślałem, że światło istnieje. Teraz wiem, że to złudzenie.” Komentarz miał odzwierciedlać mój nastrój, naprawdę podły, ale też być nawiązaniem do Teorii kolorów (Farbenlehre) Goethego, której fundamentalnym założeniem jest proces postrzegania kolorów, a nie ich struktura fizyczna. Skoro widzę świat na czarno, to światło jest złudzeniem, kreującym proces postrzegania w zależności od stanu umysłu, nie zaś zjawiskiem fizycznym istniejącym niezależnie od tego, czy mam oczy zamknięte, czy otwarte. Facebookowa znajoma, fizyk (fizyczka) z wykształcenia, odpowiedziała tak: „Istnieje. Jako fala elektromagnetyczna i jednocześnie zbiór poruszających się fotonów.” Na co ja: „Kiedyś uczono, że Ziemia jest płaska i spoczywa na słoniach i kimś jeszcze – nie pamiętam. Nie przejmowałbym się tym specjalnie, ale też nie był aż tak kategoryczny. Diagramy Feynmanna znam.” I jeszcze raz znajoma: „Lubię tę definicję. Daje duże możliwości.”

W roku 1553 Joachim du Bellay, szlachcic z Anjou, opuszcza rodzinną Francję, towarzysząc swojemu wujowi i kardynałowi, Janowi du Bellay, w drodze na dwór papieski w Rzymie. Jako sekretarz kardynała będzie tam przebywać do roku 1557, pisząc, między innymi „Les Regrets” – „Żale”: zbiór 191 sonetów tworzonych z powodu miłości… nie, nie do kobiety, a miłości, tęsknoty i żalu za rodzinnym krajem. Wcześniej jeszcze spotyka Pierre Ronsarda, z którym i innymi nieprzerwanie od 1549 roku tworzy grupę poetycką, ostatecznie przyjmującą nazwę „Plejada”, a stawiającą sobie za cel stworzenie podstaw pod rozwój rodzimej – francuskiej sztuki poetyckiej. Corneille zjawi się dopiero za siedemdziesiąt lat – to on właśnie będzie budował następne piętra gmachu francuskiej poezji na fundamencie, który przygotuje mu du Bellay z „Plejadą”. Na marginesie: na tronie Francji zasiada wówczas Henryk II, ten od chronicznego afektu do Diany de Poitiers (patrząc na portrety Cloueta nie ma się co królowi dziwić). Zaiste musiał być to wielki afekt, jeśli mierzyć go skalą prezentów, skoro jednym z nich był zamek Chenonceau – a niewiele jest równie zjawiskowych chateaux. Taka to piękna Francja.