W najnowszym numerze...

Ukryte znaczenia

Jerzy Alski

Jerzy Alski o nieoczywistych związkach i znaczeniach procesów i zjawisk w sferze kultury oraz ich powiązaniach ze zdarzeniami w przestrzeni publicznej

 

„Poetów należy z państwa wygnać i nie dlatego, że uczą nieprawdy, ale dlatego, że uczą złego rodzaju nieprawdy” – mniej więcej takie sformułowanie wkłada Platon w usta Sokratesa w jednym ze swoich najważniejszych dzieł, traktującym o filozofii politycznej – w „Państwie”. Horrendalność tej tezy zajmuje komentatorów niemal od momentu jej upublicznienia i po dziś dzień budzi chęci… nie, nie jej uzasadnienia, budzi chęci usprawiedliwienia Platona, żywo widoczne w esejach prowadzących rozważania, dlaczego filozof uznał, że w idealnym państwie, w Kallipolis, o którym traktuje „Polityka”, poeci są nie tylko zbędni – są niepożądani. Tym ciekawsze to, że Platon sam zajmował się poezją.

Dwa tysiące trzysta lat temu Ateńczyk wybierający się do teatru mógł spodziewać się, że przechadzkę odbędzie w towarzystwie co najmniej kilku sąsiadów i znajomych, a na miejscu spotka wielu następnych. W około stutysięcznym wówczas mieście Likurg, bardziej pamiętany jako mówca niż dyrektor ateńskich finansów, postawił mieszkańcom przyzwoity, kamienny amfiteatr (poprzedni był w sporej części drewniany). Na siedemnaście tysięcy miejsc – co powodowało, że niemal co piąty Ateńczyk mógł się wybrać do teatru z gwarancją, że usiądzie. Współczesna refleksja nad tego rozmiaru przedsięwzięciem natychmiast podpowiada cynicznie: szwindel! Gigantomachia za państwowe pieniądze, aby ktoś, a sam Likurg przede wszystkim, obłowił się na zamówieniach. Co piąty obywatel idący do teatru? Przecież to schizofreniczna mrzonka. Siedemnaście tysięcy widzów na Królu Edypie Sofoklesa? Może tysiąc, a i to tylko dlatego, że przecież nie było jeszcze telewizji. Parę tysięcy na Lizystracie Arystofanesa ostatecznie jest wyobrażalne, w końcu temat całkiem zabawny i poświntuszyć trochę można, małżonkę poszczypać. Ale siedemnaście tysięcy ludzi walących do teatru w stutysięcznym mieście? Przecież to lipa.

Porfiriusz z Tyru głosił: Adversus christianos – i podobnie jak autor przywołanych rozważań trafię zapewne do gabloty z kopytkiem jednorożca  i koroną Fryderyka Barbarossy – tą samą, która razem z nim utonęła podczas wyprawy krzyżowej. Jeszcze bardziej prawdopodobne, że zostanę rzucony w kąt razem z duszą wieprza i refleksem oka Cyklopa, bo co można zrobić z takim elementem układanki, który przestał pasować? Z takim elementem? Melancholijne zacietrzewienie naznaczone fatalizmem – oto, co zapewne cechować będzie tekst ten, który istnieje w tej chwili jedynie jako zamysł do zrealizowania, chaotycznie dość poukładany na półkach poeźnianej garderoby, poukładany z rozpaczliwą świadomością, że nawet jeśli przybywa jakże modnych w ostatnich sezonach garniturów z krótkimi spodenkami i ciasnawymi marynarkami, przybywa kiecek we wzorki świnkoryjkowe oraz bluzek malowanych w przedłużane rzęsy, to przecież nadal niedościgły pozostaje smoking i muszka – ale też coraz bardziej nie do doścignięcia. I co z tego? Ano, niewiele.

Rozważając po raz kolejny teorię wieloświatów Hugh Everetta III, zauważam, że metafora – tak, jak rozumie i wykłada ją Arystoteles – może być powszechnie przyjętym określeniem jakiejś rzeczy czy zjawiska w którymś z niepoliczalnej ilości światów istniejących w metaprzestrzeni, określeniem przyjętym na taki sam sposób, na jaki w naszym świecie zaakceptowane do powszechnego użycia jest wyrażenie, które poeta zastępuje metaforą. Poeta byłby tym, który tam zagląda i więcej jeszcze! Jeśli w głębinach umysłu poety redukcja funkcji falowej odpowiadającej słowu „widelec” pożegluje w stronę wyrażenia „oręż zębaty” i jeśli ten poeta będzie pierwszym, którego nawiedziła taka metafora widelca, będzie on jednocześnie twórcą świata, w którym sztuciec z zębami i trzonkiem nazywany jest „orężem zębatym”, zaś „widelec” w tamtym świecie może stać się jego metaforą, jeśli tylko któryś z tamecznych poetów taką, niejako odwrotną, metaforę zrodzi. Następcy mają szansę zajrzeć do świata, w którym fragment naszej kroniki policyjnej: „ …w trakcie bójki, będąc pod wpływem alkoholu, zranił uciekającego współtowarzysza widelcem w pośladek”, zostanie tam oddany tak oto:

Kiedy Donald Trump zwyciężył w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych uwierzyłem, że historia naprawdę lubi powtórki, choćby dla żartu – niebywałego tym razem, jak wynika z analogii, którą przytoczę. Piszę ten esej przed głosowaniem Kolegium Elektorów, zatem różnie jeszcze może być, ale dotychczasowe obserwacje upoważniają mnie, jak sądzę, do przedstawienia owego  żartu. Donald Trump mieszka w Nowym Jorku, zaś siedzibą prezydenta jest Waszyngton. Około trzystu sześćdziesięciu kilometrów podróży do prezydentury – drogi, której każdemu etapowi towarzyszyły oczy świata, zaś obrazy z kampanii prezydenckiej i głosowania stawiały przed te oczy korporacje informacyjne, jak najbardziej światłe i absolutnie niezależne. Poniżej tytuły prasowe, które wyroiły się w mojej wyobraźni z chichotu historii.