W najnowszym numerze...

Ukryte znaczenia

Jerzy Alski

Jerzy Alski o nieoczywistych związkach i znaczeniach procesów i zjawisk w sferze kultury oraz ich powiązaniach ze zdarzeniami w przestrzeni publicznej

 

Niemal wszystkie wiersze są złe, ale jest to poezja. Siedzę tutaj jak szczur w norze z książek. Od sufitu Tzvetan Todorov, od podłogi Paul Ricoeur, ściany wyklejane Compagnonem, Hockem, dziury zaszpachlowane Rzemiosłem poezji Borgesa, posłanie na Duchu romańskim Ezry Pounda – i co? I nic. Brak dostatecznie wyrazistej koncepcji. U Compagnona znalazłem takie oto stwierdzenie Nelsona Goodmana (filozofa – ale cóż to za rekomendacja, szczególnie w dzisiejszych czasach): … „Gdyż, niestety, większość dzieł sztuki jest zła”. A dalej pojawia się następna sentencja Nelsona Goodmana – filozofa: „Zła interpretacja Dziewiątej symfonii jest sztuką z tego samego powodu, co dobra interpretacja tego utworu”.

„Wtedy właśnie odkryłem pojawienie się zupełnie nowego rodzaju literatury. Spotkałem grupę fascynujących osób i wielkich uczonych, z których wielu było autorami bestsellerów nie kwalifikujących się do żadnego ze znanych gatunków literackich. Ich książki nie były powieściami, popularyzacją nauki, dziennikarstwem czy biografiami – była to żyjąca nauka”.[1]

Historia, którą opowiem, nie zakończy się jednoznacznym dla wszystkich wnioskiem i wiem to już teraz – rozpoczynając ją. Są takie opowieści… Nie zawsze potrafimy ocenić: to jest dobre, to złe, to jest piękne, to nie. Oba człony świata zachodzą się na siebie nieustannie – jeśli wyobrazić sobie arenę turniejową i wstępującego od prawej w szranki rycerza białego, to nieuchronnym jest pojawienie się po lewej rycerza czarnego. A co będzie, jeśli rycerz odziany na biało i czarno stanie pośrodku areny? No, właśnie. To jest taka historia.

„Zbrodniarzu większy niż Barabasz
Rogaty jak diabelskie mości
Co Belzebubie tam wyrabiasz?
Jedz łajno żłopaj nieczystości
Nie pojedziemy na twój szabas”[1]

W pewnej opowieści Jorge Luis Borges relacjonuje znajomość rzymskiego oficera z Troglodytą, który twierdzi, że jest Homerem. Rzecz zdumiewająca, ale tylko na pozór. Gatunkowo zawiera się ona w tym samym zbiorze, w którym natrafiamy na relację o Atlantydzie, którą zdaje Solonowi nieznany z imienia kapłan egipski. Relację tę starannie odnotowuje Platon w Timajosie. Ba, Atlantyda! Jest przecież jeszcze Ziemia Mu – kontynent pacyficzny, po którego zatonięciu jego mieszkańcy przenieśli się na Atlantydę właśnie, o czym inny kapłan informuje kogoś innego. Całe kontynenty pojawiają się i znikają, ludy wędrują od Pacyfiku do Atlantyku, to cóż dopiero pojedynczy Troglodyta, podający się za Homera, najwyraźniej nie będący tym Homerem, którego znamy. Egzotyczna teoria Hugh Everetta III powiada, że ilość wszechświatów jest nieskończona, tym samym ilość Ziem jest nieskończona, tym samym wszystkie zdarzenia, które są do pomyślenia, zdarzają się koniecznie. Tym samym, wszystkie opowieści są możliwe.