W najnowszym numerze...

Ukryte znaczenia

Jerzy Alski

Jerzy Alski o nieoczywistych związkach i znaczeniach procesów i zjawisk w sferze kultury oraz ich powiązaniach ze zdarzeniami w przestrzeni publicznej

 

W pewnej opowieści Jorge Luis Borges relacjonuje znajomość rzymskiego oficera z Troglodytą, który twierdzi, że jest Homerem. Rzecz zdumiewająca, ale tylko na pozór. Gatunkowo zawiera się ona w tym samym zbiorze, w którym natrafiamy na relację o Atlantydzie, którą zdaje Solonowi nieznany z imienia kapłan egipski. Relację tę starannie odnotowuje Platon w Timajosie. Ba, Atlantyda! Jest przecież jeszcze Ziemia Mu – kontynent pacyficzny, po którego zatonięciu jego mieszkańcy przenieśli się na Atlantydę właśnie, o czym inny kapłan informuje kogoś innego. Całe kontynenty pojawiają się i znikają, ludy wędrują od Pacyfiku do Atlantyku, to cóż dopiero pojedynczy Troglodyta, podający się za Homera, najwyraźniej nie będący tym Homerem, którego znamy. Egzotyczna teoria Hugh Everetta III powiada, że ilość wszechświatów jest nieskończona, tym samym ilość Ziem jest nieskończona, tym samym wszystkie zdarzenia, które są do pomyślenia, zdarzają się koniecznie. Tym samym, wszystkie opowieści są możliwe.

Inspiracją do napisania tego eseju były dwie okoliczności. Pierwszą był zbliżający się koniec roku szkolnego, drugą natomiast dyskurs pod pewnym zdjęciem, które zamieściłem na Facebooku. Pierwsza okoliczność znajdzie swoje uzasadnienie w miarę rozwijania się tekstu. Drugą natomiast opiszę. Popadłszy w nastrój zdecydowanie zły, wskutek popełnienia uczynku w moich własnych oczach absolutnie niewybaczalnego, zamieściłem na Facebooku kilka fragmentów własnych refleksji ubranych w niedobre formy poetyckie, oraz parę fotografii przez siebie wykonanych. Jedna z nich jest ujęciem od wewnątrz bocznej ściany kaplicy w Ronchamp, jednego z najsłynniejszych dzieł Le Corbusiera. W sposobie ukształtowania wewnętrznej przestrzeni kaplicy zasadniczą rolę gra światło, wpływające do wnętrza przez, przypominające strzeleckie, otwory w ścianach. Są one nieregularnej wielkości i nieregularnie rozmieszczone, idą przez wyraźnie zaznaczoną grubość betonowej ściany, niektóre z nich zaopatrzone są w szyby nadające światłu kolor, który u dołu jest purpurowy i żółty. Dodałem komentarz: „Kiedyś myślałem, że światło istnieje. Teraz wiem, że to złudzenie.” Komentarz miał odzwierciedlać mój nastrój, naprawdę podły, ale też być nawiązaniem do Teorii kolorów (Farbenlehre) Goethego, której fundamentalnym założeniem jest proces postrzegania kolorów, a nie ich struktura fizyczna. Skoro widzę świat na czarno, to światło jest złudzeniem, kreującym proces postrzegania w zależności od stanu umysłu, nie zaś zjawiskiem fizycznym istniejącym niezależnie od tego, czy mam oczy zamknięte, czy otwarte. Facebookowa znajoma, fizyk (fizyczka) z wykształcenia, odpowiedziała tak: „Istnieje. Jako fala elektromagnetyczna i jednocześnie zbiór poruszających się fotonów.” Na co ja: „Kiedyś uczono, że Ziemia jest płaska i spoczywa na słoniach i kimś jeszcze – nie pamiętam. Nie przejmowałbym się tym specjalnie, ale też nie był aż tak kategoryczny. Diagramy Feynmanna znam.” I jeszcze raz znajoma: „Lubię tę definicję. Daje duże możliwości.”

W roku 1553 Joachim du Bellay, szlachcic z Anjou, opuszcza rodzinną Francję, towarzysząc swojemu wujowi i kardynałowi, Janowi du Bellay, w drodze na dwór papieski w Rzymie. Jako sekretarz kardynała będzie tam przebywać do roku 1557, pisząc, między innymi „Les Regrets” – „Żale”: zbiór 191 sonetów tworzonych z powodu miłości… nie, nie do kobiety, a miłości, tęsknoty i żalu za rodzinnym krajem. Wcześniej jeszcze spotyka Pierre Ronsarda, z którym i innymi nieprzerwanie od 1549 roku tworzy grupę poetycką, ostatecznie przyjmującą nazwę „Plejada”, a stawiającą sobie za cel stworzenie podstaw pod rozwój rodzimej – francuskiej sztuki poetyckiej. Corneille zjawi się dopiero za siedemdziesiąt lat – to on właśnie będzie budował następne piętra gmachu francuskiej poezji na fundamencie, który przygotuje mu du Bellay z „Plejadą”. Na marginesie: na tronie Francji zasiada wówczas Henryk II, ten od chronicznego afektu do Diany de Poitiers (patrząc na portrety Cloueta nie ma się co królowi dziwić). Zaiste musiał być to wielki afekt, jeśli mierzyć go skalą prezentów, skoro jednym z nich był zamek Chenonceau – a niewiele jest równie zjawiskowych chateaux. Taka to piękna Francja.

„Poetów należy z państwa wygnać i nie dlatego, że uczą nieprawdy, ale dlatego, że uczą złego rodzaju nieprawdy” – mniej więcej takie sformułowanie wkłada Platon w usta Sokratesa w jednym ze swoich najważniejszych dzieł, traktującym o filozofii politycznej – w „Państwie”. Horrendalność tej tezy zajmuje komentatorów niemal od momentu jej upublicznienia i po dziś dzień budzi chęci… nie, nie jej uzasadnienia, budzi chęci usprawiedliwienia Platona, żywo widoczne w esejach prowadzących rozważania, dlaczego filozof uznał, że w idealnym państwie, w Kallipolis, o którym traktuje „Polityka”, poeci są nie tylko zbędni – są niepożądani. Tym ciekawsze to, że Platon sam zajmował się poezją.

Dwa tysiące trzysta lat temu Ateńczyk wybierający się do teatru mógł spodziewać się, że przechadzkę odbędzie w towarzystwie co najmniej kilku sąsiadów i znajomych, a na miejscu spotka wielu następnych. W około stutysięcznym wówczas mieście Likurg, bardziej pamiętany jako mówca niż dyrektor ateńskich finansów, postawił mieszkańcom przyzwoity, kamienny amfiteatr (poprzedni był w sporej części drewniany). Na siedemnaście tysięcy miejsc – co powodowało, że niemal co piąty Ateńczyk mógł się wybrać do teatru z gwarancją, że usiądzie. Współczesna refleksja nad tego rozmiaru przedsięwzięciem natychmiast podpowiada cynicznie: szwindel! Gigantomachia za państwowe pieniądze, aby ktoś, a sam Likurg przede wszystkim, obłowił się na zamówieniach. Co piąty obywatel idący do teatru? Przecież to schizofreniczna mrzonka. Siedemnaście tysięcy widzów na Królu Edypie Sofoklesa? Może tysiąc, a i to tylko dlatego, że przecież nie było jeszcze telewizji. Parę tysięcy na Lizystracie Arystofanesa ostatecznie jest wyobrażalne, w końcu temat całkiem zabawny i poświntuszyć trochę można, małżonkę poszczypać. Ale siedemnaście tysięcy ludzi walących do teatru w stutysięcznym mieście? Przecież to lipa.