W najnowszym numerze...

Ukryte znaczenia

Jerzy Alski

Jerzy Alski o nieoczywistych związkach i znaczeniach procesów i zjawisk w sferze kultury oraz ich powiązaniach ze zdarzeniami w przestrzeni publicznej

 

W roku 1553 Joachim du Bellay, szlachcic z Anjou, opuszcza rodzinną Francję, towarzysząc swojemu wujowi i kardynałowi, Janowi du Bellay, w drodze na dwór papieski w Rzymie. Jako sekretarz kardynała będzie tam przebywać do roku 1557, pisząc, między innymi „Les Regrets” – „Żale”: zbiór 191 sonetów tworzonych z powodu miłości… nie, nie do kobiety, a miłości, tęsknoty i żalu za rodzinnym krajem. Wcześniej jeszcze spotyka Pierre Ronsarda, z którym i innymi nieprzerwanie od 1549 roku tworzy grupę poetycką, ostatecznie przyjmującą nazwę „Plejada”, a stawiającą sobie za cel stworzenie podstaw pod rozwój rodzimej – francuskiej sztuki poetyckiej. Corneille zjawi się dopiero za siedemdziesiąt lat – to on właśnie będzie budował następne piętra gmachu francuskiej poezji na fundamencie, który przygotuje mu du Bellay z „Plejadą”. Na marginesie: na tronie Francji zasiada wówczas Henryk II, ten od chronicznego afektu do Diany de Poitiers (patrząc na portrety Cloueta nie ma się co królowi dziwić). Zaiste musiał być to wielki afekt, jeśli mierzyć go skalą prezentów, skoro jednym z nich był zamek Chenonceau – a niewiele jest równie zjawiskowych chateaux. Taka to piękna Francja.

„Poetów należy z państwa wygnać i nie dlatego, że uczą nieprawdy, ale dlatego, że uczą złego rodzaju nieprawdy” – mniej więcej takie sformułowanie wkłada Platon w usta Sokratesa w jednym ze swoich najważniejszych dzieł, traktującym o filozofii politycznej – w „Państwie”. Horrendalność tej tezy zajmuje komentatorów niemal od momentu jej upublicznienia i po dziś dzień budzi chęci… nie, nie jej uzasadnienia, budzi chęci usprawiedliwienia Platona, żywo widoczne w esejach prowadzących rozważania, dlaczego filozof uznał, że w idealnym państwie, w Kallipolis, o którym traktuje „Polityka”, poeci są nie tylko zbędni – są niepożądani. Tym ciekawsze to, że Platon sam zajmował się poezją.

Dwa tysiące trzysta lat temu Ateńczyk wybierający się do teatru mógł spodziewać się, że przechadzkę odbędzie w towarzystwie co najmniej kilku sąsiadów i znajomych, a na miejscu spotka wielu następnych. W około stutysięcznym wówczas mieście Likurg, bardziej pamiętany jako mówca niż dyrektor ateńskich finansów, postawił mieszkańcom przyzwoity, kamienny amfiteatr (poprzedni był w sporej części drewniany). Na siedemnaście tysięcy miejsc – co powodowało, że niemal co piąty Ateńczyk mógł się wybrać do teatru z gwarancją, że usiądzie. Współczesna refleksja nad tego rozmiaru przedsięwzięciem natychmiast podpowiada cynicznie: szwindel! Gigantomachia za państwowe pieniądze, aby ktoś, a sam Likurg przede wszystkim, obłowił się na zamówieniach. Co piąty obywatel idący do teatru? Przecież to schizofreniczna mrzonka. Siedemnaście tysięcy widzów na Królu Edypie Sofoklesa? Może tysiąc, a i to tylko dlatego, że przecież nie było jeszcze telewizji. Parę tysięcy na Lizystracie Arystofanesa ostatecznie jest wyobrażalne, w końcu temat całkiem zabawny i poświntuszyć trochę można, małżonkę poszczypać. Ale siedemnaście tysięcy ludzi walących do teatru w stutysięcznym mieście? Przecież to lipa.

Porfiriusz z Tyru głosił: Adversus christianos – i podobnie jak autor przywołanych rozważań trafię zapewne do gabloty z kopytkiem jednorożca  i koroną Fryderyka Barbarossy – tą samą, która razem z nim utonęła podczas wyprawy krzyżowej. Jeszcze bardziej prawdopodobne, że zostanę rzucony w kąt razem z duszą wieprza i refleksem oka Cyklopa, bo co można zrobić z takim elementem układanki, który przestał pasować? Z takim elementem? Melancholijne zacietrzewienie naznaczone fatalizmem – oto, co zapewne cechować będzie tekst ten, który istnieje w tej chwili jedynie jako zamysł do zrealizowania, chaotycznie dość poukładany na półkach poeźnianej garderoby, poukładany z rozpaczliwą świadomością, że nawet jeśli przybywa jakże modnych w ostatnich sezonach garniturów z krótkimi spodenkami i ciasnawymi marynarkami, przybywa kiecek we wzorki świnkoryjkowe oraz bluzek malowanych w przedłużane rzęsy, to przecież nadal niedościgły pozostaje smoking i muszka – ale też coraz bardziej nie do doścignięcia. I co z tego? Ano, niewiele.

Rozważając po raz kolejny teorię wieloświatów Hugh Everetta III, zauważam, że metafora – tak, jak rozumie i wykłada ją Arystoteles – może być powszechnie przyjętym określeniem jakiejś rzeczy czy zjawiska w którymś z niepoliczalnej ilości światów istniejących w metaprzestrzeni, określeniem przyjętym na taki sam sposób, na jaki w naszym świecie zaakceptowane do powszechnego użycia jest wyrażenie, które poeta zastępuje metaforą. Poeta byłby tym, który tam zagląda i więcej jeszcze! Jeśli w głębinach umysłu poety redukcja funkcji falowej odpowiadającej słowu „widelec” pożegluje w stronę wyrażenia „oręż zębaty” i jeśli ten poeta będzie pierwszym, którego nawiedziła taka metafora widelca, będzie on jednocześnie twórcą świata, w którym sztuciec z zębami i trzonkiem nazywany jest „orężem zębatym”, zaś „widelec” w tamtym świecie może stać się jego metaforą, jeśli tylko któryś z tamecznych poetów taką, niejako odwrotną, metaforę zrodzi. Następcy mają szansę zajrzeć do świata, w którym fragment naszej kroniki policyjnej: „ …w trakcie bójki, będąc pod wpływem alkoholu, zranił uciekającego współtowarzysza widelcem w pośladek”, zostanie tam oddany tak oto: