W najnowszym numerze...

Wstępniaki Naczelnej

Dorota Ryst

Stała rubryka Doroty Ryst

No więc… I jeśli ktoś powie, że nie zaczyna się od „więc”, to przecież zaczęłam od „no”. Więc o czym miało być? Chyba o październiku. Jak dla mnie, to trudny miesiąc, ten październik. Niby jeszcze nie listopad i nie zima, ale już wiadomo, co się zdarzy za chwilę. Październik pochłania strasznie dużo energii, ale powtarzam sobie za Poniedzielskim:

To jak ja już sobie myślę,
to ja zrobię coś dla siebie
- sobie zrobię -
żeby tak nie październiczeć.

Wrzesień poza dość oczywistymi minusami, choćby tym, że uparcie rymuje się z „jesień”, ma też swoje uroki. Po wszystkich egzotykach, podróżach bliskich i dalekich wracamy do przytulnej, oswojonej codzienności. Ale bynajmniej nie szarej. Jak zwykle ubarwiamy ją sobie solidną dawką kultury, a w szczególności poezji.

W związku z aktualnym numerem SL tyle razy zadałam sobie pytanie „co to jest egzotyka”, że aż dziwne, że nie budzę się jeszcze w nocy z tym okrzykiem. No a co to jest? Jeśli poczytacie teksty, które udało nam się zgromadzić, przekonacie się, że nie ma chyba dobrej definicji. Bo pisząc o egzotyce, można opowiadać o Chinach, Japonii, Rumunii, Łemkowszczyźnie, Rosji, krajach polarnych, pustyniach. Ale można też wyruszyć w podróż w czasie, na biebrzańskie bagna lub po warszawskiej Ochocie.  A może jednak jest jedna prosta odpowiedź? Może najlepszym słowem jest „inne”?

Czerwiec… Ciepło rozleniwia, wszystko już kojarzy się z wakacjami, zwłaszcza tuż po długim weekendzie. Lipy i jaśminy pachną, ale my jeszcze nie ogłaszamy końca roku szkolnego i proponujemy, jak co miesiąc, solidną porcję tekstów. Wprawdzie Jerzy Alski o tymże końcu nieśmiało przebąkuje, ale i tak serwuje nam rozważania zatrącające nawet o fizykę.

Prędzej mi język uschnie, niż zawołam „komuno wróć”, ale za kiermaszami książki pod Pałacem Kultury (na którym chyba do dziś jest wykuty napis „im. Józefa Stalina” – choć trudno to stwierdzić, bo miejsce zasłonięte jest neonem) czasem tęsknię… Te stoiska pełne kolorowych książek, ci autorzy czekający na czytelników i rozdający autografy. A do tego obowiązkowo wata cukrowa i baloniki. A że maje bywały kiedyś ciepłe i słoneczne (naprawdę!), żadne targi książki (a już na pewno te na Stadionie Narodowym) tego nie zastąpią. Dodam jeszcze tylko, że z tamtych czasów mam takie autografy, jak Osieckiej, czy Newerlego.