W najnowszym numerze...

Wstępniaki Naczelnej

Dorota Ryst

Stała rubryka Doroty Ryst

Co tu dużo gadać – rok nam się kończy. Jaki był ten mijający? Jak każdy – trochę dobry, trochę zły. Coś się udało zrobić, czegoś nie. Zobaczymy jaki będzie kolejny. Mamy nadzieję, że będziemy trwać i razem z gronem autorów dostarczymy Wam wielu pozytywnych wrażeń. Dziękujemy, że jesteście z nami. Pisząc te słowa myślę o tych, bez których nie byłoby naszej Gazety – Arku, Marcinie, Sławku i wszyscy współpracownicy i autorzy, dziękuję za ten rok! I liczę na was w następnym…

Cóż – mogę tylko powtórzyć za Tuwimem: „Listopad: jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku”. Ale spokojnie, zacytujmy jeszcze Stachurę: „Wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija”. I róbmy swoje. Zwłaszcza, że wieczory długie, warto się schować pod kocem i czytać. Poezję – polską, amerykańską, ukraińską. Do tego haiku. I recenzje. I rozważania Alskiego o końcu poezji. I jeszcze relacje z wydarzeń – salonowych: promocji Pomostu i z Festiwalu Fala Poprzeczna, i nie tylko. Może chwilami popadamy w leciutką jesienną deprechę z Marcinem Kleinszmidtem, czy nostalgię z Leszkiem Żulińskim, ale zaraz Jowita Opyd każe nam się ubrać elegancko i gnać do filharmonii. A w ogóle to już wieszają na ulicach dekoracje świąteczne i pewnie trzeba ogłaszać początek sezonu na Jingle Bells. Cieszmy się więc listopadem – to najmniej komercyjny miesiąc w roku.

Dorota Ryst

 

No więc… I jeśli ktoś powie, że nie zaczyna się od „więc”, to przecież zaczęłam od „no”. Więc o czym miało być? Chyba o październiku. Jak dla mnie, to trudny miesiąc, ten październik. Niby jeszcze nie listopad i nie zima, ale już wiadomo, co się zdarzy za chwilę. Październik pochłania strasznie dużo energii, ale powtarzam sobie za Poniedzielskim:

To jak ja już sobie myślę,
to ja zrobię coś dla siebie
- sobie zrobię -
żeby tak nie październiczeć.

Wrzesień poza dość oczywistymi minusami, choćby tym, że uparcie rymuje się z „jesień”, ma też swoje uroki. Po wszystkich egzotykach, podróżach bliskich i dalekich wracamy do przytulnej, oswojonej codzienności. Ale bynajmniej nie szarej. Jak zwykle ubarwiamy ją sobie solidną dawką kultury, a w szczególności poezji.

W związku z aktualnym numerem SL tyle razy zadałam sobie pytanie „co to jest egzotyka”, że aż dziwne, że nie budzę się jeszcze w nocy z tym okrzykiem. No a co to jest? Jeśli poczytacie teksty, które udało nam się zgromadzić, przekonacie się, że nie ma chyba dobrej definicji. Bo pisząc o egzotyce, można opowiadać o Chinach, Japonii, Rumunii, Łemkowszczyźnie, Rosji, krajach polarnych, pustyniach. Ale można też wyruszyć w podróż w czasie, na biebrzańskie bagna lub po warszawskiej Ochocie.  A może jednak jest jedna prosta odpowiedź? Może najlepszym słowem jest „inne”?