W najnowszym numerze...

Wracacie czasami do starych lat? Chyba niejeden raz, więc i ja właśnie za chwilę zamierzam to uczynić. A w zasadzie będzie to kolejny felieton o moich młodych latach. Nie tyle oceniający własną twórczość, co jakoś podsumowujący „twórcze okoliczności startu”. I może dla niektórych pouczający.

Otóż zacząłem pisać wiersze na przełomie lat 60. i 70. – byłem już wtedy studentem warszawskiej polonistyki. Wielu nas tam pisało – to studia sprzyjające inspiracjom literackim. Albo też aspiracje literackie pchały nas na te studia. I chyba „nasz rocznik” był niezły; studiowałem na jednym roku m.in. z Janem Gondowiczem, Markiem Grzesińskim, Tomkiem Jastrunem, Maćkiem Krassowskim, Józkiem Kurylakiem, Andrzejem Lenartowskim, Antonim Liberą, Magdą Umer i kilkoma innymi kolegami, którzy dziś są „w obiegu publicznym”. Staszek Dubisz i Andrzej Zieniewicz – koledzy z naszego roku – pozostali na uczelni, dziś są profesorami.

Na polonistyce – wtedy i dziś zapewne – studiuje sporo osób o aspiracjach literackich. To nas pchało i pcha na te studia. Wtedy była jeszcze „stara profesura” wyposażona w wielkie nazwiska. Profesorowie: Doroszewski, Jakubowski, Lam, Libera, Sandauer, Sawrymowicz, Sudolski (który bardzo namawiał mnie na robienie doktoratu i na szczęście nie namówił, bo nie posiadałem „pasji naukowej”), małżeństwo Sławińskich… Nie sposób wręcz wszystkich wymienić. Ale to chyba były solidne lata warszawskiej polonistyki. My, aspiranci poetyccy, mieliśmy w kadrze przyjazne dusze. Np. ś.p. dr Jana Witana – on potem był naczelnym miesięczników „Nowy Wyraz” i „Poezja” – dzięki temu niektórzy z nas szybko trafiali na tamte łamy. Ja w „Nowym Wyrazie” debiutowałem jako recenzent. Dwa lata wyżej od mojego rocznika studiował Tadeusz Mocarski (na tym samym roku był także m.in. znany i ceniony dziś wielce Piotr Matywiecki), który debiutował grubo przed nami. Patrzyliśmy w niego jak w obraz. Ja masę jego wierszy znałem na pamięć. Potem Tadek długie lata pracował w „Poezji” jako sekretarz redakcji. Dziś, mocno zapomniany, prowadzi antykwariat na Żoliborzu – sic transit gloria mundi, czyli nigdy nie wiadomo jak potoczą się nasze losy.

Najsolidniejszy dorobek ma dziś chyba Antek Libera – autor powieści Madame i znakomity tłumacz Becketta. Marek Weiss-Grzesiński był dyrektorem teatrów operowych, w tym Opery Warszawskiej; kilka lat temu wydał znakomitą powieść Boskie życie. Inny kolega, Janusz Wiśniewski, zasłynął jako reżyser teatralny. Studiował też na tym samym roku Jacek Gąsiorowski, który zaczął swoją karierę jako asystent Andrzeja Wajdy przy filmie „Danton” – i chyba gdzieś „uwiązł” nad Loarą. Kariery, jak widać, toczą się różnie… Mieliśmy na roku Małgorzatę Bieżańską, która wyprzedziła nas swoim debiutem (czego strasznie jej zazdrościliśmy), miała talent osobny, świeży, oryginalny, pisała magiczne wiersze… Potem na stałe wyjechała do Paryża i gdzieś i nam, i literaturze przepadła… Był również Alek Zorkrot, samotnik i oryginał, który szybko po wydarzeniach 1968 roku wyjechał z rodzicami do Szwecji. Ale tam wydał kilka książek. No, ferajna studencka niezła, przyznacie…

Atmosfera artystowska była duszą tamtej polonistyki. Ale mieliśmy jeszcze jeden matecznik – był to sławny klub „Hybrydy” na ulicy Mokotowskiej. Ach, cóż to było za miejsce! Tam byłem na kilku spotkaniach autorskich wielkich już wówczas pisarzy (m.in. Przybosia, Białoszewskiego, Grochowiaka), tam słuchałem jazzu mało jeszcze wtedy znanego Michała Urbaniaka. Tam wciągał mnie do swojej ferajny poetyckiej Bohdan Urbankowski, który też zorganizował mi bodaj że drugie w życiu spotkanie autorskie w klubie „Ubab” – ta nazwa była związana z akademikiem żeńskim na ulicy Kickiego. Urbankowski żył od zawsze szlachetnymi „pasjami narodowościowymi”, jednak był w tej kwestii doktrynerem, więc szybko spod jego skrzydeł umknąłem.

Dwaj moi najbliżsi przyjaciele z roku to byli Marek Pieczara i Marek Zieliński. Pierwszy Marek od lat pracuje w PAP-ie, ale wydał kilka powieści. Bardzo dobrych. Zieliński natomiast pracował wiele lat w pismach kulturalnych, m.in. w „Nowych Książkach”, choć chyba najdłużej w miesięczniku „Więź”. Potem poszedł w dyplomację – był m.in. konsulem w Niemczech, w Szwajcarii, w rosyjskim Irkucku. Oto „co się stało z moją klasą”… Kilku innych kolegów (np. Krzysztof Dybciak, Zbigniew Mokołejko) znalazło stałą pracę w Polskiej Akademii Nauk. Piszą uczone teksty; są autorytetami.

No i zapomnieć nie mogę Krzysztofa Pysiaka, który przez wiele lat pracował w „Radarze”, czyli wylęgarni młodych poetów. Dziś mieszka kilka ulic ode mnie, z życia literackiego umknął gdzieś na bok…

Tamte lata młodości chyba każdy z nas wspomina z sympatią, wdzięcznością i… pewną traumą. Byliśmy przecież uczestnikami wydarzeń roku 1968. Ale większe problemy zaczęły pojawiać się później, kiedy drogi się rozchodziły, biografie rozmijały, wybory – mniej lub bardziej świadome – rozrzucały nas po ścieżkach życia i mapach aksjologicznych. Ja mocno pobłądziłem, jednak do dziś w zasadzie nie mam wrogów pośród starej kompanii.

Piszę powyżej o latach 70-tych. To był okres mojego wykluwania się i mojego startu. Cała ta przaśna PRL mimo wszystko nie była obozem koncentracyjnym. A jeśli już, to mówiono, że najweselszym – i coś w tym powiedzonku tkwiło celnego.

Z powodu funkcjonowania cenzury kształtował się tzw. drugi obieg literatury. Z latami zdeklarowana opozycja miała się coraz trudniej, no i stan wojenny przeorał nas wszystkich, jednak dziś – z lotu ptaka – widać, że żyliśmy w obozie typu „soft”. Może niektórzy oburzą się na tę łagodność mojej oceny, ale upieram się przy swoim. Przede wszystkim po roku 1989 racja została oddana najbardziej pokrzywdzonym i powracali oni nie tylko do swojej godności, lecz i doczekali się rozmaitych – i słusznie! – rekompensat za minione, trudne lata. To się w Polsce jakoś udało.

A mój rocznik polonistyki warszawskiej? Wydaje mi się, że wydał piękne plony. Tylu kolegów, tyle koleżanek z sukcesami. Kiedy 8 marca 1968 roku zaczęły się zamieszki na Uniwersytecie Warszawskim – byliśmy bardzo zdezorientowani. Na bramie Uniwersytetu zawisł wielki baner z napisem „Tylko «Świerszczyk» nie kłamie” – jeszcze nie kumaliśmy, o co chodzi. Potem pałowała nas milicja. Potem wlokły się represje. Dziś to już mały pikuś. Moje roczniki 1949/1950 zdążyły na swoją szansę i umiały ją wykorzystać.

Ech, młodości moja… Jakżeś była piękna. Zapewne tamte lata sporej grupie osób dały w kość, ale najważniejsze, że większość doczekała nowych czasów. Czy lepszych? Ech, to bardzo trudne pytanie, a oceny bardzo indywidualne. Jedno jest pewne: dla nowych roczników literackich start w PRL-u nie był łatwy, bowiem „przestrzeń publikacyjna” była o wiele mniejsza niż dzisiaj. Jednak zdeterminowani i utalentowani przebijali się łatwiej niż dzisiaj, bo tłum był mniejszy. A barwne postaci i gorączka debiutancka są zawsze piękne. Więc kocham cię, moja piękna, parszywa młodości!

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.