W najnowszym numerze...

Drugi plan

W rubryce „Drugi plan” prezentujemy sylwetki poetów i pisarzy nieznanych szerokiej publiczności, których twórczość znana jest głównie w środowiskach lokalnych, w „małych ojczyznach”, a  których warto pokazać szerszemu gronu odbiorców.

 

Był najstarszym, ciągle aktywnym polskim poetą, mieszkał w Wałbrzychu, dokąd w 1945 roku przeniósł się z Borysławia. Najwierniejszy akolita Przybosia, Marian Jachimowicz, żył samotnie w małym mieszkanku, skąd miał widok na upstrzone kominami zielone wzgórza. Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Wałbrzychu opublikowała „poetycką summę” Jachimowicza w postaci okazałego tomu pt. Jaskółki jutra. Lektura tego zbioru była dla mnie bardzo pouczającym zajęciem. Rozszerzyła się nagle perspektywa czasowa. Dzisiejsze spory, sprawy i wielkości przez chwilę wydały się urojeniem, niewiele znaczącym epizodem w historycznym ciągu. Oto ktoś, kto trwa, a tak wiele wokół niego zmienia się i przemija, cały ten gwar. Oto ktoś, kto przez siedemdziesiąt lat pisze wiersze, ocierając się o Schulza, Czechowicza, Przybosia, ktoś, kogo życie rozłożyło się szeroko i oparło o dwie wojny światowe, kto żył w cieniu różnokolorowych totalitaryzmów i patrzył na świat znaczony piętnami różnych mód, przekonań i ideologii – trwając jako poeta, choć to nigdy nie było, nie jest i nie będzie w cenie.

1.

Wrzesień 2015 roku. Warszawa. Po raz pierwszy słyszę nazwisko Jachimowicz od jakiegoś człowieka, z którym chwilę rozmawiam na jednym ze spotkań na Krakowskim Przedmieściu. Zaczynam szukać w internecie. Znajduję trochę przestarzałą stronę internetową, wpis w Wikipedii i garść informacji rozrzuconych po różnych lokalnych serwisach. Najważniejsze dla mnie stają się trzy hasła: data urodzenia (12 maja 1906 r.), przyjaźń z Brunonem Schulzem i przyjaźń z Julianem Przybosiem. Dopiero później udaję się do biblioteki w warszawskim Domu Literatury i przeglądam książki Mariana Jachimowicza. W międzyczasie piszę maila do Leszka Żulińskiego z pytaniem, czy pamięta takiego poetę. Pamięta słabo, ale coś tam pamięta. Pytam, czy warto przypomnieć szerzej – „oczywiście, że warto!” – odpowiada. Odnajduję wizytówkę wspomnianego pana i mówię przez telefon, że mogę się w to zaangażować, ale jeśli mielibyśmy coś z Jachimowiczem dla Wałbrzycha zrobić, to już, bo w przyszłym roku przypada 110. rocznica jego urodzin i warto ten fakt uczcić, choćby lokalnie ogłaszając Rok Mariana Jachimowicza. Lepszej okazji nie będzie.

Annę Kamieńską-Śpiewak poznałem w lutym 1984 roku. Ksiądz Jan Twardowski zdradził mi, że pani Anna będzie miała w zimowym semestrze cykl wykładów o Biblii na Wydziale Polonistyki UW, i że warto posłuchać jej przekładów z hebrajskiego, łaciny i greki. Jestem na wydziale, sala pełna. Czekamy. Pojawia się niziuteńka, białowłosa, korpulentna pani. Pierwsze jej słowa (po hebrajsku!) budzą poruszenie słuchaczy. Jestem oczarowany. Bereszit bara Elochim. Na początku stworzył Pan niebo i ziemię. Później pokłosie wykładów ukaże się w zbiorze esejów Na progu słowa.

Twórczość Mariana Jachimowicza w latach mojego debiutowania poetyckiego traktowano w regionie wałbrzyskim jako wręcz miarodajną, bo docenioną przez literacką centralę i namaszczoną przez samego Juliana Przybosia. Chciałbym przyjrzeć się rozproszonym śladom niejasnego związku między tymi postaciami i poddać pod dyskusję relację „mistrz Przyboś, uczeń Jachimowicz”. Zdaję sobie sprawę, że nazwisko Jachimowicza niewiele już znaczy w historycznoliterackich rachubach, co odczuwam jako pewną niesprawiedliwość. Dopóki żył Przyboś, potężny protektor tej twórczości, pisano o Jachimowiczu regularnie i na ogół z szacunkiem. Potem stopniowo zapominano o poezji samotnika z Wałbrzycha, którego twórczość wcale nie zatrzymała się w metodzie i czasie, ewoluując w bardzo ciekawy sposób. Dzisiaj zdaje się obowiązywać opinia ujawniona przez Ewę Kraskowską: „Powiedzmy wprost – w zakresie poetyki był to poeta wtórny, a wzorem, któremu przez całe życie pozostał wierny, stała się liryka Juliana Przybosia”[1].

Jak bardzo człowiek, świadomie, nieświadomie, staje się nosicielem znaczeń, twórcą kultury także samym swym życiem, losem, którego kowalem nie jest nig­dy do końca. Każdy, kto jeszcze nadto żyje w „ciekawych czasach“, niesie niejako na sobie ich blask i mrok, ich smak, doświadczenie osobiste, ale i to wspól­notowe, plemienną i pokoleniową empatię, tajemnicę nie tylko własnej tożsamości, również udział w doli człowieczej. Jeśli jest świadom daru mowy i obdarzony dyspo­zycją mówienia, w rozmaitej formie, różnymi językami funkcjonującymi w kulturze, jeśli jego umysł jest w stanie objąć sens wydarzeń, dramaty innych, zreflektować doczesność, odnieść się do interpretujących ją systemów wartości – jego świadectwo zys­kuje na przestrzeni, ogarnia większy jej obszar, zdolne jest dotrzeć do wielu innych ludzi, bardzo odległych od jego ścieżki życia.