W najnowszym numerze...

Sławomir Płatek w jednym z niedawnych swoich felietonów na własnej witrynie napisał, że podoba mu się pani w solarium, w Rumi, obok sklepu z węgierskimi winami. No, taki sklep i taka pani to jest kumulacja! Co najmniej czwórka w totolotka. Ale jego zachwyt jest niewiarygodny, bo Płatek jest kiperem od win, na co dzień chodzi pod ich „urokiem”, a w stanie takiego karygodnego zamroczenia każda pani może się podobać.

Mnie podobają się tylko poetki. Kiedy jeszcze nie stroniłem od alkoholu, podobały mi się wszystkie. Na stare lata zrobiłem się trzeźwy i kapryśny. Może dlatego piszę coraz gorsze wiersze. Bo wiersz bez Muzy jest jak dzień bez wschodu słońca lub jeszcze gorzej – jak golonka bez chrzanu.

A za dawnych, słusznie minionych czasów, mieliśmy mniej poetek. Lecz za to znakomitych. O Szymborskiej wiedzą wszyscy. Ja ją jeszcze czytałem oczywiście w jej czasach „przednoblowskich”, więc gdy dostała ten wyjątkowy laur, to na życzenie pewnego wydawcy w dwa tygodnie napisałem książeczkę o Pani Wisławie. Optymistyczny wydawca wydrukował nakład 10 tysięcy egzemplarzy. No i przejechał się na tym. Mówi, że do dzisiaj ma kartony z nie sprzedanymi egzemplarzami. Taką lichą książkę napisałem? Nieeee, po prostu w ciągu dwóch miesięcy od chwili powrotu Szymborskiej ze Sztokholmu ukazało się około 20 książek na jej temat. Rynek zareagował szybko i optymistycznie. Ale przesadził z tym zalewem, więc co zyskał, to zyskał, ale liczył na więcej.

Pośród krakowianek „otarłem się” także o Ewę Lipską. Była redaktorką mojego drugiego tomiku wierszy (pt. Przechodzień z Efezu) w Wydawnictwie Literackim. Po jego ukazaniu się wykonała także sympatyczny gest: na okładce tomiku była grafika Pani Wandy Masznicz i Ewa Lipska oryginał tej grafiki przysłała mi w prezencie. Wisi do dziś na ścianie pokoju, w którym piszę ten felietonik. Taki drobiazg – a jaki sympatyczny. I dla mnie bardzo ważny. Z Ewą Lipską potem długo nie miałem kontaktu, ale gdy prowadziła ośrodek kultury polskiej w Wiedniu, zagościłem tam w jej mieszkaniu ze dwa razy. Dziś Pani Ewa widoczna i czytana jest rzadziej niż dawniej. Pisze chyba mniej. Ale też prawdą jest, że wielu niemłodym już autorom coraz trudniej uczestniczyć w obecnym, bieżącym życiu literackim. Zupełnie innym niż dawnymi laty. Chociaż widzę, że świetny nowy tomik wydała Bogusława Latawiec. Lecz w głowie krąży mi od lat pytanie, co się dzieje na przykład z Krystyną Miłobędzką. To przecież wyjątkowa i bardzo ważna polska poetka.

Zażyłe kontakty miałem z Anną Świrszczyńską. Przyjeżdżała czasami z Krakowa do Warszawy i ze dwa, trzy razy gościła w moim domu na kolacyjkach. Ach, ale to były pogaduszki! A o Miłoszu ile się nasłuchałem! Oni się przyjaźnili jeszcze od lat przedwojennych. Świrszczyńska miała tę cudowną cechę, że nigdy nie musiała schodzić z cokołu, bo cokół ją brzydził. Chodziła twardo nogami po ziemi i rozmowy z nią to było „samo życie”. Ona mocno trzymała się ziemi i realu. Jej prostota i „zwyczajność” były ujmujące.

Ja z kolei kilka razy piłem kawkę u państwa Jastrunów. Żona Pana Mieczysława, niedawno zmarła Mieczysława Buczkówna, była cudowną i bezpośrednią rozmówczynią. Znajomość tę zawdzięczam temu, że na seminarium magisterskim byłem m.in. z Tomkiem Jastrunem. Oni mieszkali w takim „domu literackim” na ulicy Iwickiej. Naprzeciw Jastrunów przez kilka lat mieszkali także Państwo Sandauerowie, zanim przeprowadzili się na ulicę Madalińskiego. Artur Sandauer, jak opowiadał mi Tomek, był postrachem i gnębicielem dzieciarni. Gdy ta hałasowała na podwórku, on stawał w oknie i wydzierał się na małolatów co niemiara. Piekielnikiem był!

O Artura Sandauera raczej „ocierałem się” na niwie studenckiej, za to z jego żoną, malarką i poetką Erną Rosenstein, byłem w pewnej komitywie. Podarowała mi dwie miniaturowe grafiki, które też zdobią moją jaskinię.

Jeśli idzie o grafiki i obrazy, to mam jeszcze jeden rarytas. To niewielki pastel Vesny Parun – poetki chorwackiej. Miała ona mniej więcej na Bałkanach taką pozycję jak u nas Szymborska. Do Nobla kandydowała kilka razy. Nigdy się z nią nie zetknąłem, a ten obrazek podarowała mi Łucja Danielewska, która bardzo często jeździła na Bałkany, przekładała tamtejszych poetów i była z wieloma za pan brat. Nawiasem mówiąc z Łucją łączyła mnie zażyła przyjaźń. Bywały czasy, że mieliśmy kontakty niemal na co dzień.

Niektóre znajome poetki gdzieś przepadały po drodze. Mieliśmy tu, w Warszawie, na przykład Marię Aniśkowicz. Były lata, kiedy jej nazwisko chodziło gęsto po prasie literackiej. Wydała kilka dobrych tomików – na przykład w Wydawnictwie Literackim zbiór wierszy Na imię mi Nauzykaa. Maria była związana z ś.p. Tadeuszem Żółcińskim, znanym wówczas krytykiem, potem wyjechała do Niemiec i tam mieszka do dzisiaj. Nie widziałem jej od co najmniej 30 lat. Wiem, że pisze, ale stare lata były dla niej chyba najbardziej obiecujące. Może z literackiego punktu widzenia stało się źle, że opuściła Polskę? Ale nie mnie o tym sądzić…

No, takie ploteczki towarzysko-literackie tu opowiadam. Ale jak wspominki, to wspominki. Tyle osób poumierało, niektórzy wycofali się z literatury, jak chociażby Małgorzata Bieżańska, od lat paryżanka, o której wspominałem w poprzednim felietonie.

Ze zdziwieniem myślę, ile w czasie ludzkiego życia może nam się zdarzyć, ilu ludzi poznajemy i ile kolegów i koleżanek po piórze od nas odchodzi. Dziś coraz częściej ta sepiowa taśma przesuwa mi się przed oczami. Nie mogę uwierzyć, że to wszystko się zdarzyło i jak szybko minęło.

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.