W najnowszym numerze...

Wspominki tetryka

Leszek Żuliński

Leszek Żuliński wspomina, a ma co

Jak się ma 20-30 lat, to warto chodzić na spotkania autorskie kolegów, a jeszcze bardziej starszych pisarzy. Starszych dlatego, że oni lepiej wiedzą, co mówić, a gdy opowiadają o starych czasach, to częstokroć takie rzeczy, o jakich w żadnej książce potem nie przeczytacie. Macie też wtedy z pierwszej ręki relacje o tym, jak było te 30-40 lat przed nami, a nawet dawniej.

Debiutowało się niełatwo. Pierwsze kroki poetyckie stawiało się na łamach prasy literackiej. Przypominam, że w „tamtej” Polsce. życie literackie nie toczyło się w Internecie, tylko na łamach papierowej prasy literackiej. Było jej sporo. Głównie tygodniki i miesięczniki. Każde województwo miało swoje tytuły. Niektóre osiągały rangę ogólnopolską. Te najbardziej znane ukazywały się w Krakowie, Poznaniu, Warszawie i Wrocławiu.

Nie, nie będę zaczynał tej opowieści od hieroglifów i papirusów. Opowiem Wam jak powstawała książka za czasów mojej – ahoj, przygodo! – młodości. Nieustannie musicie zdobywać się na wysiłek pamiętania o fakcie, że wtedy nie było komputerów. To jest klucz do zrozumienia tego, co przeczytacie poniżej.

Zebrał się Zarząd Salonu Literackiego i wpadli (a już świtało) na pomysł, bym na tej witrynie opowiadał, jak było dawnymi, słusznie minionymi, laty. Kolega Płatek nalegał, choć z trudnością go rozumiałem. Ale w końcu zgodziłem się na cokolwiek. Wprawdzie mam daleko posuniętą demencję, mogą mi się mylić lata i nazwiska, tytuły i wydarzenia, ale przecież nie o to chodzi, tylko o aurę.