W najnowszym numerze...

Małgorzata Borzeszkowska

Do pary Beacie Golacik daję Małgorzatę Borzeszkowską, poetkę równie wyrazistą i także nie-debiutantkę, narciarkę bez nart i Kaszubkę z przekonania. Jej poezja jest  równie kobieca, ale zarazem inna w tonacji i tematyce od twórczości Golacik/Kowalskiej. Są w niej akcenty religijne, ale zarazem silne nuty związane z przyrodą, krajobrazem. Cóż – dobrze jest mieszkać w ładnej okolicy. Jednocześnie znajduje się tam miejsce dla refleksji nad przemijaniem, widać potrzebę, aczkolwiek nienachalną, podsumowań, bilansów. W końcu części z nas „tyle lat uzbierało się w kieszeniach”.

Zachęcam do lektury.
Paweł Podlipniak

 


 

Małgorzata Borzeszkowska. Na­uczy­ciel­ka hi­sto­rii i języka an­giel­skie­go, miesz­ka w Lę­bor­ku. Wła­ści­ciel­ka jed­no­okie­go kota, mi­ło­śnicz­ka Ka­szub oraz nor­dic wal­king. Zakochana w Gdańsku od urodzenia. Jak sama mawia o sobie: „Piszę wiersze od blisko 20 lat, a ponieważ wysyłam je na różne konkursy poetyckie zdarzało mi się być na­gro­dzo­ną  lub wy­róż­nioną  w  mniej­szych i więk­szych kon­kur­sach po­etyc­kich, m.in. im. Stry­jew­skie­go, Kul­ki, German czy Kra­szew­skie­go”.  Na­kła­dem Bi­blio­te­ki Miej­skiej w Lę­bor­ku wy­da­ła to­mik U Bramy, któ­ry otrzy­mał II na­gro­dę na Tar­gach Książ­ki Po­mor­skiej i Ka­szub­skiej Co­ste­ri­na.  Wiersze były drukowane w „Akancie” i „Autografie”, a także w internetowym „Helikopterze”. Obecnie w przygotowaniu jest drugi tomik wierszy.

 


 

Moja córka pyta o tęczę

tęcza wypływa z lewego lusterka samochodu,
tonie w prawym, jak w maleńkim stawie
moja córka ma długie włosy,
niekrótki rozum i wie wszystko,
a właściwie wie, że wie wszystko
albo prawie,
a mimo to pyta o tonącą tęczę

„kiedy Bóg zapala fajkę i wszechmocny
w swojej nieuwadze rzuca zapałkę
za siebie, jaśnieje tęcza”- mówię

moja córka wie wszystko,
czasem nawet, ze swoją nastoletnią wyższością
wie wszystko bardziej,
wie, że Boga nie ma i wykrzykuje to
prosto w tęczę, która płonie
wciąż
poza zasięgiem naszych rąk

„Boga nie ma”- mówi,
kiwam ze zrozumieniem głową,
anioł zza mojego ramienia też kiwa głową,
z lekkim zniecierpliwieniem
zakłada skrzydło za skrzydło,
wyłamuje palce

„Boga nie ma, to słońce oświetla krople wody,
to elementarne, Watsonie”– mówi moja córka,
a maleńki czort zza jej lewego ucha potakuje
radośnie, przez chwilę tylko, bo skoro Boga nie ma,
to co z wszystkimi czortami,
balansującymi nieskończenie długo
na czubkach szpilek?

Kiwam głową ze zrozumieniem
(tęcza wciąż rodzi się i umiera pomiędzy lusterkami);
 „zacznijmy raz jeszcze”- uśmiecham się –

„kiedy Bóg zapala słońce…”

 

Jeszcze jedno błogosławieństwo

Błogosławione błędy, które wiodą po zbyt wąskich ścieżkach,
pełnych pokrzyw i czarnych pomrowików,
ścieżkach, w poprzek których ktoś wykopał wilcze doły słów,
rozsypał ostry gres nienawiści,
Błogosławione te ścieżki, bo zawiodły mnie tam, gdzie być powinnam.

Błogosławione błędy, które unoszą mnie z nurtem cienistych rzek,
zarośniętych na wpół, mulistych, pozbawionych życia,
na których ktoś postawił tamy, poniszczył gniazda wodnych ptaków,
zadeptał miętę i tatarak.
Błogosławione te rzeki, bo poniosły mnie tam, gdzie moje miejsce.

Pochwalone niech będą ścieżki, rzeki i powietrzne prądy,
niech trwają w swych błędach, niech są nadal zbyt wyboiste, spiętrzone, gwałtowne za bardzo,
byle tylko wiodły mnie wciąż i wciąż tam
gdzie być powinnam, 
i gdzie, jak mówisz, jest moje miejsce

 

Okno

chciałabym mieć takie okno
okno – jak oko szeroko otwarte,
zdziwione urodą poranka,
z powieką koniakowskiej koronki

takie okno z pelargonią i miętą,
bazylią  w drewnianej skrzynce,
szeroko rozłożonymi skrzydłami okiennic
(czy widziałeś kiedykolwiek uskrzydlone oko?)

wkoło okna zbudowałbyś dla nas dom –
drewnianym ciepłem obłożyłbyś maleńkie szybki,
a każda jak kryształ, okruch baśniowy
z widokiem na las, łąkę, potok,
na gruszę wysoką do nieba,
a najważniejsza – mieniący się, srebrzysty kalejdoskop –
układałaby nasze dni w zawiłe wzory radości i smutków

chciałabym mieć takie okno
z modlitwą w doniczce, kotem na parapecie,
malwami, podpierającymi codzienny dom,
i nami, wyrzeźbionymi w świetle,
na ławeczce pod oknem
z tej, albo zupełnie innej bajki

 

Wiosna na Kalwarii

Na Wejherowskiej Kalwarii, za zakrętem zmierzchu przysiadła wiosna,
w głębokim parowie, wyłożonym rudym szelestem bukowych liści
przykucnęła zmęczona wiosna, w zawilce owita,
w przylaszczkach zbłękitniała.

W Wejherowie na Kalwarii wiosna zbyt wczesna
gładzi szczupłymi dłońmi ciekawskie pąki zrodzone z ciepłego wiatru,
z kaszubskiej ziemi zrodzone liściaste oseski,
ledwie zerkające na świat bladozielonym okiem.

Wędruje od Annasza do Kajfasza,
przeskakuje przez Cedron, wspina się po kamiennych stopniach
i zbiega bożymi ścieżkami na łeb, na przestrzał,
na sczerwieniałe pędy nadwodnych olch.

Wiosna po Kalwarii wędruje i gubi
to tu, to tam, między barokiem a współczesnością,
żółte cytrynki – skrzydlate okłady na przeziębienie dni marcowych,
na kwietniowe zranienia świtów,
na pokrętność ścieżek przed Domem Judasza

 

Czytam wiersze Gustafssona

czytam wiersze Larsa w lustrzanym odbiciu
i nie wiem, jak można,
jak można tyle ciszy wsypać między słowa,
z przestrzeni tyle dobra ulepić wśród wersów,
nasączyć strofoidy muzyką bezdźwięczną

podobno dzwoni łańcuch,
szczeka pies,
turkoczą koła pociągu
podobno, bo to wszystko w bezgłosie,
w blasku nieustannym, pod taflą lustra,
w mrozie, w rozcieńczonym, starym świetle lampy,
w reflektorach trwania

czytam wiersz Larsa,
sam mi się przekłada
równo czas w szufladzie stracony, nie stracony,
stracony,
w lustrze cisza płynie
pokarana lśnieniem

i trzymam pióro w górze

 

Wysnuwanie życia

nie umie odpiąć się od życia
sprawny krawiec przyszył go
do codzienności owerlokiem
supełkami splątał zapiął na zamek dokładnie
każdy guzik trzyma mocno
za mocno nawet
tyle lat uzbierało się w kieszeniach
wnuki dyplomy duchy żon i rachunki za obecność
a każdy z nich to sprzączka i zaszewka na istnieniu

nie potrafi wypiąć się z życia
szpilki pozostawione w kołnierzu
coraz częściej wbijają się w pamięć
uwierają boleśnie szyję

trzyma się prawie prosto nieruchomieje
nie może już nawet odmawiać Bogu
pokręcić głową prawo-lewo
nie może wzruszyć ramionami
w przyciasnym żywocie

nie jest w stanie zerwać siebie
z manekina na którym od lat wisi
lecz czasem gdy nów cisza
i żarówki kończą bieg
w tajemnicy przed krawcem
z ciemności wysnuwa nitki
jedna po drugiej

w ciszy
jedna po drugiej

 

O jedno słowo za wcześnie

odchodzą zawsze o jedno niewypowiedziane słowo za szybko,
odbiegają gdzieś o jeden rzeczownik, o czasownik zbyt wcześnie;
choćbyśmy mnożyli orzeczenia przez liczby czy przypadki
wynik jest zawsze jeden,
jedyny

nieważne, czy mianownik, czy wołacz –
powielone tysiącem ech
samotnie tkwią w krtani,
bez końca

ludzie przemijają zawsze o zdanie za wcześnie,
o jakiś słowo wbite w język,
trzepoczące miękko na podniebieniu twardym,
bądź zapisane w nie wysłanym liście

osamotnione, poronione słowa wiją gniazda
w gałęziach drzew,
są czasem tak głośne, że wabią wszystkich świętych
albo straszą stare kobiety z konewkami w dłoniach,

a czasem to kobiety w czerni
wabią bezpańskie czasowniki
przechodnie lub nie,
łowią siatkami na zakupy,
potem suszą i ubijają w moździerzach,
zażywają przed snem

wietrznym

 

Wiersz nie o tobie

śnił mi się dzisiaj wiersz,
wiersz o Bogu,
rudej, tłustej ziemi i Brueglu

wiersz był piękny, na pewno,
skoro płakałam czytając go moim uczniom,
a oni płakali słuchając mnie płaczącej
gdy czytałam wiersz,
już to uświadomiło mi, że śnię –
poza maturzystami nikt już nie szlocha słuchając wierszy,
a  i oni jedynie z bezsilności

tak więc śnił mi się wiersz,
którego nie pamiętam,
ale pamiętam, że gdy poszarzałam razem ze świtem
a on uleciał przepłoszony dźwiękiem budzika,
twoja ręka na mojej poduszce i te promyki wokół oczu
i ust, potargane włosy i twój lekko nieprzytomny wzrok
trzymały mnie za piętę w naszym własnym porannym wierszu,
pewnie lepszym od tamtego, w którym był Bóg,
ale nie było ciebie

 

Wrześniowe mgły

Wrześniowe mgły wtulone w ciężkie skrzydła ptaków,
unoszą cień wysoko nad jeziorną tonią,
niebo wciąż się oddala, a mewy wczepione,
wplątane w posiniałe szaleństwo obłoków.

Wrześniowe mgły tańczące z ptakami o zmierzchu,
jedwabne nitki snute przez bezgłos nadwodny,
łodzią płynie samotna cichość przedwieczorna;
powiela w wodzie, w niebie, schyłek dnia samotny.

Akwarele wrześniowe odbite w jeziorze –
krajobrazy wieczorne oprawione w cienie,
w trzcinowe ramy lata, które już za progiem,
zamyka dzień na kluczyk, w drodze ku jesieni.

Spróbuj je zapamiętać, nawinąć na wiersze
babie lato, wplecione w nici mgły najcieńsze.

 

Negocjacje z Panem B.

Jeżeli znajdziesz jutro,
albo w pierwszą niedzielę po świętym Szczepanie,
niewielką dziurkę w materii czasu, przetarcie
tuż przy kieszeni,
ocal mnie od pokusy złośliwości
i plucia na podłogę rozmiękłym cukierkiem

Jeśli usuniesz już wszystkim mrówkom 
kłody świerkowych igieł a termitowe zikkuraty
umocnisz światłem i kurzem, ocal mnie
od wysokich schodów i wąskich klatek
dłoni, kastanietów o nierównym rytmie

Gdy pozbierasz pyłki traw, pallasyty, kryształy
górskie osadzisz we właściwych miejscach,
ochronisz biedronki przed ptakami a ptaki przed głodem,
oddal mnie od pogniecionych rachunków za szarość,
błękit i farbę do włosów, odsuń gastroskopie, 
mole panoszące się w rękawiczkach i szklanki z miętą

Podejrzewam, że miewasz czasem chwile 
mlecznego spokoju, maleńkie ukłucia igły,
nanosekundy, nanometry 
drążone w kisielu naszego nicnierobienia, 
mogę dotrzymać Ci wtedy towarzystwa, 
tylko osłoń mnie przed czarną sukienką
zagnieżdżoną w szafie, pomarszczoną pamięcią
i ośmioma dioptriami na plusie.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.