W najnowszym numerze...

Wspominki tetryka

Leszek Żuliński

Leszek Żuliński wspomina, a ma co

Listopad miesiąc ponury (a dla Polaków nawet niebezpieczna pora), więc postanowiłem tym razem rozrzedzić co nieco tę atmosferę spleenu. Protesty nie będą uwzględniane. No to do dzieła…

Tym razem Dyrekcja w porywie ambicji naukowych poprosiła nas, skromnych felietonistów, byśmy skupili się na kilku zadanych tematach. Cytuję: życiopisanie, mit spójności autora z dziełem, sens konfesji w poezji, instytucja poetów przeklętych, autentyczność (i autentyzm), szczerość kontra kreacja

Musiał to być rok 1994. Wtedy to Krzysztof Teodor Toeplitz założył tygodnik „Wiadomości Kulturalne” (z łaskawości ówczesnego ministra kultury, Kazimierza Dejmka), a mnie zatrudnił w tym piśmie jako szefa działu literackiego. Redakcja mieściła się w cudnym miejscu – na ulicy Brzozowej, która biegnie za wschodnią ścianą warszawskiej Starówki. O rzut beretem był teatr Stara Prochownia prowadzony przez Wojciecha Siemiona, który niemal codziennie wpadał do nas na kawkę. Nie mówiąc już o innych znanych przyjaciołach pisma, jak chociażby Agnieszka Osiecka…

Dyrekcja Salonu zasugerowała, żeby w tej edycji poświęcić nasze felietony podróżom. No to miałem falstart, bo już wcześniej pisałem o swoich podróżach literackich po świecie. Ale jak Dyrekcja każe, to każe (a jak karze, to karze). Więc teraz powspominam moje podróże wakacyjne po Polsce. A że są to wspominki tetryka, to będzie o słodkich latach dzieciństwa, kiedy – o ile dobrze pamiętam – literatem chyba jeszcze nie byłem. Nawiasem mówiąc, dzięki temu dzieciństwo miałem szczęśliwe i beztroskie.

Miałem niedawno osobliwą chwilę słabości. Umościłem się w swoim przepastnym fotelu i nagle zaczął przesuwać mi się przed oczami film z czasów młodości…