W najnowszym numerze...

Zjednoczone stany poezji

Janusz Solarz

Janusz Solarz prezentuje tłumaczenia współczesnych poetów amerykańskich

Zaczynając, dzięki przychylności redakcji Salonu Literackiego, ten nowy comiesięczny dział poświęcony poezji amerykańskiej, czuję się zobowiązany powiedzieć kilka słów o poetach wybieranych do salonowych prezentacji. Próbowałem sobie wyobrazić jakieś wspólne podobieństwa, które miałyby hipotetycznie połączyć poetów, których zamierzam przedstawiać czytelnikom. Te próby zakończyły się porażką. Tematycznie, formalnie, światopoglądowo, biograficznie czy też w zakresie wpływu na kształt poezji amerykańskiej, autorzy ci będą się różnić, czasem diametralnie. Tak więc tym co ich łączy i równocześnie dzieli jest ich różnorodność. Są jednak dwie inne cechy, o których chciałbym wspomnieć.

Pierwszą jest mój zamiar by prezentować takich poetów, którzy nie zaistnieli jeszcze w opiniotwórczym młynie Literatury na świecie. Robert Lowell, John Ashberry, John Berryman czy Frank O’Hara znaleźli już swoich apostołów na naszym ryku. Ich wirus zainfekował już na tyle pokaźne grono młodszych i starszych poetów, że można mówić o epidemii. Czas na zmiany, na poznanie innych sposobów parania się poezją.

Drugim faktem, który wymaga podkreślenia jest to, że wszyscy poeci prezentowani w tym dziale są do pewnego stopnia związani z uniwersyteckim systemem nauki „creative writing”. Wielu z nich jest absolwentami takich programów, wielu z nich uczy w takich programach. To nie jest czas na ocenianie skuteczności lub jakości takiego sposobu kształcenia poetów. Ten fakt sam przez się stanowi ciekawy wyróżnik tej poezji, szczególnie jeśli rozpatrywać go w kontekście tego jak się zostaje poetą w naszym kraju. Mam nadzieję, że autorzy i wiersze prezentowani w moim comiesięcznym okienku dostarczą czytelnikom wzruszeń i powodów do refleksji.

Zapraszam.

Janusz Solarz

 

Joseph Stroud był dla mnie odkryciem przypadkowym. Dokonało się ono jakieś osiem albo dziewięć lat temu gdy mieszkałem jeszcze w okolicach Nowego Jorku. Wspaniała, mała, lecz świetnie zaopatrzona księgarnia Posnam na stacji Grand Central w samym środku Manhattanu była moim ulubionym miejscem oczekiwania na pociąg, który zabierał mnie z pracy do domu. Tam właśnie natknąłem się na wiersze wybrane Strouda, wydane przez fenomenalnych promotorów poezji, wydawnictwo Copper Canyon Press.

Tylko dziesięć lat młodszy od Czesława Miłosza, urodzony w 1921 roku Richard Wilbur zalicza się, tak jak Miłosz, do małego grona poetów-szczęściarzy, którzy dożywali późnego wieku w pełni sił twórczych. Ciągle jeszcze piszący Wilbur uznawany jest, w wieku 96 lat, za najwybitniejszego żyjącego amerykańskiego poetę. Zgodziły się w tej mierze dwie poetki, Heather McHugh i Catherine Bowman, pierwsza przedstawiana już czytelnikom Salonu Literackiego, a druga planowana jeszcze w tym roku. Wilbur jest poetą klasycyzującym, a więc w naszych czasach piszącym jakby poza czasem. Cechuje jego wiersze absolutna wirtuozeria formalna, plastyczność słowa, erudycja, muzykalność, dar nietuzinkowego opisu przyrody, wewnętrzne ciepło. Jego wiersze pisane są z miłości do świata.

Jednym z założeń przyświecających powstaniu mojej rubryki w Salonie Literackim była chęć prezentacji polskim czytelnikom współczesnych poetów amerykańskich. W wytycznych Redakcji dotyczących numeru wakacyjnego pojawiło się jeszcze jedno założenie, a mianowicie to, że materiały opublikowane w podwójnym lipcowo-sierpniowym wydaniu witryny Salonu Literackiego mają nawiązywać do egzotyki. Moja propozycja, kilka wierszy Emily Dickinson, musi się wydać problematyczna, bo można bez większego ryzyka twierdzić, że Dickinson, zmarła w 1886 roku, nie jest współczesna. Po drugie, po książkowych publikacjach tłumaczeń jej wierszy, które wyszły spod pióra Kazimiery Iłłakowiczówny, Stanisława Barańczaka, Ludmiły Marjańskiej i Andrzeja Szuby trudno ją uważać za autorkę egzotyczną dla polskiego czytelnika.

Samuel Menashe jest bohaterem jednego z najbardziej niezwykłych wydarzeń w moim życiu. W marcu 2010 roku wypożyczyłem z biblioteki w moim miasteczku w dolinie rzeki Hudson małą książeczkę nieznanego mi autora. Tym autorem był właśnie Samuel Menashe. Większość wierszy była bardzo krótka, kilka linijek zaledwie. Nic dziwnego, że, jak później przeczytam, Menashe żalił się, że urodził się w złej epoce bo Allen Ginsberg i jego kumple z „beat generation” spopularyzowali poezję gadatliwą, rozlewną, a poeci konfesyjni tacy jak Robert Lowell czy John Berryman też nie należeli do grona poetów lakonicznych.

Russell Edson (1935-2014) to poeta, którego chciałem przedstawić czytelnikom mojej rubryki w maju. Ale prezentacja kilku z jego wierszy będzie inna od dotychczasowych. Przyjmie formę krótkiego eseju, w którym pięć wierszy Edsona zostanie użytych jako ilustracje pewnych tez dotyczących tego rodzaju poezji, jaką tworzył Edson. Dlaczego ten zmieniony format? Jest kilka powodów. Po pierwsze, Oberlin University Press nie odpowiadała na prośby o pozwolenie na publikację kilku wierszy autora. Po drugie, sam Russell Edson zmarł trzy lata temu, w kwietniu 2014 roku, więc, co jest rzeczą oczywistą, nie mógłby mi udzielić takiego pozwolenia. Po trzecie, wydaje mi się, że typ wierszy pisanych przez Edsona wymaga jakiegoś wprowadzenia, tak by te wiersze miały dla siebie odpowiedni kontekst. W ten sposób, wplatając te wiersze w narrację dotyczącą „wiersza (pisanego) prozą”, możemy uniknąć komplikacji związanych z pogwałceniem praw autorskich.