W najnowszym numerze...

Zjednoczone stany poezji

Janusz Solarz

Janusz Solarz prezentuje tłumaczenia współczesnych poetów amerykańskich

Zaczynając, dzięki przychylności redakcji Salonu Literackiego, ten nowy comiesięczny dział poświęcony poezji amerykańskiej, czuję się zobowiązany powiedzieć kilka słów o poetach wybieranych do salonowych prezentacji. Próbowałem sobie wyobrazić jakieś wspólne podobieństwa, które miałyby hipotetycznie połączyć poetów, których zamierzam przedstawiać czytelnikom. Te próby zakończyły się porażką. Tematycznie, formalnie, światopoglądowo, biograficznie czy też w zakresie wpływu na kształt poezji amerykańskiej, autorzy ci będą się różnić, czasem diametralnie. Tak więc tym co ich łączy i równocześnie dzieli jest ich różnorodność. Są jednak dwie inne cechy, o których chciałbym wspomnieć.

Pierwszą jest mój zamiar by prezentować takich poetów, którzy nie zaistnieli jeszcze w opiniotwórczym młynie Literatury na świecie. Robert Lowell, John Ashberry, John Berryman czy Frank O’Hara znaleźli już swoich apostołów na naszym ryku. Ich wirus zainfekował już na tyle pokaźne grono młodszych i starszych poetów, że można mówić o epidemii. Czas na zmiany, na poznanie innych sposobów parania się poezją.

Drugim faktem, który wymaga podkreślenia jest to, że wszyscy poeci prezentowani w tym dziale są do pewnego stopnia związani z uniwersyteckim systemem nauki „creative writing”. Wielu z nich jest absolwentami takich programów, wielu z nich uczy w takich programach. To nie jest czas na ocenianie skuteczności lub jakości takiego sposobu kształcenia poetów. Ten fakt sam przez się stanowi ciekawy wyróżnik tej poezji, szczególnie jeśli rozpatrywać go w kontekście tego jak się zostaje poetą w naszym kraju. Mam nadzieję, że autorzy i wiersze prezentowani w moim comiesięcznym okienku dostarczą czytelnikom wzruszeń i powodów do refleksji.

Zapraszam.

Janusz Solarz

 

Benjamin Lerner (ur. 1979) przyszedł na świat w podupadłej mieścinie Topeka, na skraju płaskiego jak stół stanu Kansas. Musiał być zdolną bestią skoro przyjęto go na renomowany Brown University, gdzie ukończył studia z nauk politycznych i otrzymał tytuł magistra z kreatywnego poezjowania. Jest jednym z najbardziej obsypywanych nagrodami twórców młodego pokolenia. Jego pierwszy wybór wierszy, zbiór 52 sonetów zatytułowany Lichtenberg Figures, otrzymał nagrodę im. Haydena Carruth’a, jednego z pierwszych redaktorów wpływowego miesięcznika Poetry i mojego profesora z Syracuse University. Lerner był także stypendystą Fundacji Guggengeimów jak i zdobywcą „nagrody dla geniuszy” z MacArthur Foundation. W tej chwili jest profesorem poezji na Brooklyn College w Nowym Jorku.

Jim Carroll (1949-2009) był lokatorem wielu wcieleń. Był jest tu słowem kluczem. Urodził się na Lower East Side na dolnym Manhattanie, w irlandzkiej rodzinie. Ojciec był barmanem, który szydził z długich włosów syna i przez lata drwił sobie z kobiecego zajęcia za jakie uważał pisanie wierszy. Jim, niezwykle utalentowany, dostał stypendium do prestiżowej szkoły średniej, Trinity School, gdzie dostrzeżono kilka z jego talentów, najpierw ten do gry w koszykówkę, później smykałkę do pisania fantasmagorycznych tekstów. Jako nastolatek był dobrze zapowiadającym się koszykarzem; grał na asfaltowych boiskach w Nowym Jorku przeciw koszykarzowi, który nazywał się wtedy Lew Alcindor, a później zdobędzie sześć tytułów mistrzowskich NBA. Jim Carroll nie zostanie jednak koszykarzem, zawładną nim narkotyki, a pamiątką po tych czasach, w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, będą autobiograficzne Dzienniki koszykarskie, sfilmowane wiele lat później z Leonardo DiCaprio w roli głównej. Carroll wyzwolił się z czasem ze szponów nałogu i zaczął pisać wiersze. Stał się czołową postacią nowojorskiej bohemy artystycznej. Jego dziewczyną w tym okresie jego kariery była Patti Smith, a mieszkali razem ze skandalizującym fotografem i przyjacielem Smith, Robertem Mapplethorpem. To Smith namówiła swojego chłopaka by spróbował zająć się muzyką. Według wielu krytyków, Jim Carroll Band był ostatnią znaczącą coś grupą ze sceny punk rock’a.

We wrześniowym odcinku moich prezentacji poetów i poetek amerykańskich małe odstępstwo od reguły, zamiast jednej autorki udzielam głosu trzem poetkom. Należą one do jednego pokolenia, urodziły się na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Łączy je ponadto wrażliwość na język, jak i skłonności do eksperymentów formalnych. Wiersz Annie Finch jest wierszem okazjonalnym, napisanym by upamiętnić ofiary ataków terrorystycznych z 11 września 2001 roku. Catherine Bowman to bliska mi autorka, która często zaprasza mnie na wieczory poetyckie poetów przyjeżdżających do Bloomington. Sama jest zdeterminowaną eksperymentatorką. Jej dwa wiersze prezentowane dzisiaj opublikowano po raz pierwszy w renomowanym tygodniku New Yorker. Lia Purpura to jeszcze jedna amerykańska poetka, która kontynuuje tradycję krótkiego skondensowanego obrazowania zapoczątkowaną przez Emily Dickinson, gdzie słowa znaczą więcej lub inaczej niż przyzwyczaja nas ich codzienne użycie.

Długo rozmyślałem nad tym, czy znani mi są jacyś poeci amerykańscy, którzy mieliby jakiś bliżej określony związek z Chinami. I za Chiny nie mogłem znaleźć nikogo, żadnego poety czy poetki, o których mógłbym powiedzieć, że doskonale pasują do tematu wakacyjnego numeru Salonu Literackiego. Robert Hass przechodził okres fascynacji poezją japońską, a zwłaszcza haiku. Jack Gilbert, inspirowany przez swoją japońską partnerkę, również dość często odwoływał się do japońskich motywów. Thomas Merton, mnich , filozof i poeta, interesował się poezją dalekiego Orientu. Są też poeci młodszego pokolenia, dzieci emigrantów z Chin czy z Wietnamu, którzy coraz bardziej zaznaczają swoją obecność na amerykańskiej scenie literackiej. Tyle że ja nie wiem o nich za wiele...

Kay Ryan urodziła się w 1945 roku w San Jose w Kalifornii i spędziła większość swojego dorosłego życia w tym najludniejszym stanie. Przez wiele lat uczyła biedniejszych i gorzej przygotowanych studentów jak pisać wypracowania w College of Marin w Kentfield w Kaliforni. Żyła na uboczu i bez rozgłosu. Pierwszy zbiór wierszy wydała samodzielnie w 1983 roku, korzystając z finansowej pomocy przyjaciół. Krytyka zaczęła zauważać ją i doceniać dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Uznanie i względna popularność przyszło w 2004 roku, po tym jak jeden z wyborów jej wierszy nagrodzono Ruth Lilly Poetry Prize. Kilka lat później, w 2008 roku, została konsultantką do spraw poezji przy Bibliotece Kongresowej. W 2011 roku Fundacja MacArthur uhonorowała ją zaszczytną nagrodą „dla geniuszy”. W tym samym roku zdobyła nagrodę Pulitzera w dziedzinie poezji.