W najnowszym numerze...

Zjednoczone stany poezji

Janusz Solarz

Janusz Solarz prezentuje tłumaczenia współczesnych poetów amerykańskich

Zaczynając, dzięki przychylności redakcji Salonu Literackiego, ten nowy comiesięczny dział poświęcony poezji amerykańskiej, czuję się zobowiązany powiedzieć kilka słów o poetach wybieranych do salonowych prezentacji. Próbowałem sobie wyobrazić jakieś wspólne podobieństwa, które miałyby hipotetycznie połączyć poetów, których zamierzam przedstawiać czytelnikom. Te próby zakończyły się porażką. Tematycznie, formalnie, światopoglądowo, biograficznie czy też w zakresie wpływu na kształt poezji amerykańskiej, autorzy ci będą się różnić, czasem diametralnie. Tak więc tym co ich łączy i równocześnie dzieli jest ich różnorodność. Są jednak dwie inne cechy, o których chciałbym wspomnieć.

Pierwszą jest mój zamiar by prezentować takich poetów, którzy nie zaistnieli jeszcze w opiniotwórczym młynie Literatury na świecie. Robert Lowell, John Ashberry, John Berryman czy Frank O’Hara znaleźli już swoich apostołów na naszym ryku. Ich wirus zainfekował już na tyle pokaźne grono młodszych i starszych poetów, że można mówić o epidemii. Czas na zmiany, na poznanie innych sposobów parania się poezją.

Drugim faktem, który wymaga podkreślenia jest to, że wszyscy poeci prezentowani w tym dziale są do pewnego stopnia związani z uniwersyteckim systemem nauki „creative writing”. Wielu z nich jest absolwentami takich programów, wielu z nich uczy w takich programach. To nie jest czas na ocenianie skuteczności lub jakości takiego sposobu kształcenia poetów. Ten fakt sam przez się stanowi ciekawy wyróżnik tej poezji, szczególnie jeśli rozpatrywać go w kontekście tego jak się zostaje poetą w naszym kraju. Mam nadzieję, że autorzy i wiersze prezentowani w moim comiesięcznym okienku dostarczą czytelnikom wzruszeń i powodów do refleksji.

Zapraszam.

Janusz Solarz

 

Uważany za „najpopularniejszego poetę w Ameryce”, Billy Collins jest rzeczywiście pod wieloma względami fenomenem. Na jego wieczory autorskie przychodzą tłumy, jego wybory wierszy rozchodzą się w wielotysięcznych nakładach, a on sam z powodzeniem mógłby się całkiem nieźle utrzymać z honorariów, które wypłacają mu wydawcy. Jest już od ponad czterdziestu lat obecny na amerykańskim rynku literackim, a jeden z wyborów jego wierszy podbił nawet hołdującą innym gustom poetyckim Wielką Brytanię. Jak wytłumaczyć ten sukces? Trzeba zacząć od tego, że zanim Collins został maszynowym twórcą bestsellerów, przez kilka lat daremnie wysyłał swoje wiersze do wydawców. Do czasu, jak mi opowiedział znajomy poeta, Ron Price, który uczy w Juilliard School, renomowanym nowojorskim konserwatorium, aż James Dickey, popularny w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku poeta i redaktor, odpisał mu wskazując na jeden wiersz Collinsa i zaznaczając, że gdyby miał ze trzy tuziny podobnych byłaby całkiem niezła książka. Collins zabrał się do pracy i wkrótce nie musiał już prosić wydawców, to raczej oni zaczęli monitować go o nowe wiersze. Co jest źródłem tego sukcesu?

Elaine Equi urodziła się na zachodnich przedmieściach Chicago, w Oak Park, w 1953 roku. Ukończyła studia magisterskie na Columbia College, także w Chicago, gdzie pracowała przez kilkanaście lat po zdobyciu dyplomu prowadząc warsztaty poetyckie. W tej chwili Equi mieszka i pracuje w Nowym Jorku, gdzie uczy w programie kreatywnego pisania przy New School University. Jak sama podkreśla, cieszy ją to, że “jej wiersze są dość przystępne,” tym bardziej, że jej czytelnicy “to mieszanka ludzi o zainteresowaniach literackich i laików.” Wśród najważniejszych inspiracji, Equi wymienia surrealizm, poezję konkretną i klasyczną poezję z Chin. Nalega, że jej wiersze nie są “mało wyszukane, a raczej napisane w przewrotny, bezpośredni, minimalistyczny sposób.”

Joseph Stroud był dla mnie odkryciem przypadkowym. Dokonało się ono jakieś osiem albo dziewięć lat temu gdy mieszkałem jeszcze w okolicach Nowego Jorku. Wspaniała, mała, lecz świetnie zaopatrzona księgarnia Posnam na stacji Grand Central w samym środku Manhattanu była moim ulubionym miejscem oczekiwania na pociąg, który zabierał mnie z pracy do domu. Tam właśnie natknąłem się na wiersze wybrane Strouda, wydane przez fenomenalnych promotorów poezji, wydawnictwo Copper Canyon Press.

Tylko dziesięć lat młodszy od Czesława Miłosza, urodzony w 1921 roku Richard Wilbur zalicza się, tak jak Miłosz, do małego grona poetów-szczęściarzy, którzy dożywali późnego wieku w pełni sił twórczych. Ciągle jeszcze piszący Wilbur uznawany jest, w wieku 96 lat, za najwybitniejszego żyjącego amerykańskiego poetę. Zgodziły się w tej mierze dwie poetki, Heather McHugh i Catherine Bowman, pierwsza przedstawiana już czytelnikom Salonu Literackiego, a druga planowana jeszcze w tym roku. Wilbur jest poetą klasycyzującym, a więc w naszych czasach piszącym jakby poza czasem. Cechuje jego wiersze absolutna wirtuozeria formalna, plastyczność słowa, erudycja, muzykalność, dar nietuzinkowego opisu przyrody, wewnętrzne ciepło. Jego wiersze pisane są z miłości do świata.

Jednym z założeń przyświecających powstaniu mojej rubryki w Salonie Literackim była chęć prezentacji polskim czytelnikom współczesnych poetów amerykańskich. W wytycznych Redakcji dotyczących numeru wakacyjnego pojawiło się jeszcze jedno założenie, a mianowicie to, że materiały opublikowane w podwójnym lipcowo-sierpniowym wydaniu witryny Salonu Literackiego mają nawiązywać do egzotyki. Moja propozycja, kilka wierszy Emily Dickinson, musi się wydać problematyczna, bo można bez większego ryzyka twierdzić, że Dickinson, zmarła w 1886 roku, nie jest współczesna. Po drugie, po książkowych publikacjach tłumaczeń jej wierszy, które wyszły spod pióra Kazimiery Iłłakowiczówny, Stanisława Barańczaka, Ludmiły Marjańskiej i Andrzeja Szuby trudno ją uważać za autorkę egzotyczną dla polskiego czytelnika.