W najnowszym numerze...

Jak się ma 20-30 lat, to warto chodzić na spotkania autorskie kolegów, a jeszcze bardziej starszych pisarzy. Starszych dlatego, że oni lepiej wiedzą, co mówić, a gdy opowiadają o starych czasach, to częstokroć takie rzeczy, o jakich w żadnej książce potem nie przeczytacie. Macie też wtedy z pierwszej ręki relacje o tym, jak było te 30-40 lat przed nami, a nawet dawniej.

Ja jeszcze po literaturze rozglądałem się jak ślepe kocię, gdy byłem na spotkaniach autorskich np. Mirona Białoszewskiego, Krzysztofa Gąsiorowskiego, Stanisława Grochowiaka, Jarosława Iwaszkiewicza, Zbyszka Jerzyny, Juliana Przybosia, Tadeusza Różewicza, Romana Śliwonika… Z Gąsiorowskim, Jerzyną, Śliwonikiem potem się kumplowałem, ale przecież Przybosia mam do dzisiaj w oczach jako jakiś relikt historii literatury. Miałem też świetne relacje z Julianem Kawalcem, niezłe z Henrykiem Berezą, a o Jerzym Harasymowiczu, Tadeuszu Śliwiaku, Tadeuszu Nowaku napiszę tu osobne felietony, zakrapiane promilami.

Bo za komuny się piło. Nie, nie z rozpaczy, ale z powodów ponadczasowych i uniwersalnych. Być może jest to jedyny relikt tamtych czasów, który przetrwał do naszych. Ale, zdarzało się, trzeba było kombinować. W okresie stanu wojennego wódka była na kartki, meliny wprawdzie funkcjonowały nienagannie, lecz gdy znalazłeś się w innym mieście, to logistyka spotkań towarzyskich komplikowała się.

Poeci, jak i teraz, dzielili się na hedonistów i traumatyków. Ci pierwsi pili, bo lubili, ci drudzy – bo cierpieli. Ci pierwsi byli wesołkami, ci drudzy – alkoholikami. Wódka na pewno skróciła życie takim poetom, jak Grochowiak, Ratoń, Milczewski-Bruno, Wojaczek… Ale inaczej się nie dało. To były syndromy psycho-deliryczne – bez promili nie dało się napisać wiersza. Nie dało się żyć! Wchodziło się w rolę, poza którą był tylko strach przed życiem i światem, i tylko mateczka-wódeczka umiała nas głaskać po głowie.

Nie wykluczam, że niektórzy wchodzili w rolę i mocno jej się trzymali, bo tę rolę lubili odbiorcy. Jest taka niesamowita anegdota o Janie Himilsbachu. Co robi Himilsbach, gdy wraca z „Kameralnej” do domu? Jak to co? Zrzuca z siebie kufajkę i zakłada adamaszkową bonżurkę, podchodzi do adaptera i uruchamia płytę z Haendlem, nalewa sobie kieliszek markowego francuskiego koniaku, zapala hawańskie cygaro, bierze do ręki Rozprawę o metodzie Kartezjusza, zagłębia się w lekturze i dopiero wtedy jest sobą.

He, he – cudna anegdota, nieprawdaż? Himilsbach akurat w rolę nie wchodził, był naturszczykiem, ale jakże pięknym. Te naturszczyki zresztą to w ogóle sprawa niejednoznaczna. W roku 2012 Jan Z. Brudnicki i Magdalena Boczkowska opublikowali w Instytucie Mikołowskim książkę poświęconą Ratoniowi. Ratonia na ogół widywało się podciętym. Ale ta książka pokazuje Ratonia innego – niezwykle oczytanego, intelektualnego, myślącego, o formacie umysłowym, którego tzw. gołym okiem nie dostrzeglibyście. Oto wyimek z któregoś z tekstów Ratonia: Nie! Nigdy! Nie szukałem w antyku natchnienia ani tego, co zwie się inspiracją. Jeśli nawet istnieją w mej twórczości jakiekolwiek wpływy lub podobieństwa, to nie były one zamierzone i mogą stanowić jedynie przypadek natury. Wolałem pozostawać – może nawet i zbyt obojętnym – towarzyszem życia Greków i Rzymian, medytując nad jakże gorzkim często losem ich filozofów, rzeźbiarzy i poetów w tamtych zamierzchłych czasach, gdy w szczęku oręża, pieśni i bogatej retoryce rodziła się cywilizacja Zachodu. Proszę sobie zadać pytanie: czy tak pisze clochard? To jest właśnie ta największa zagadka Ratonia – ta ogromna rozbieżność między poziomem jego tekstów a jakością życia. To życie „głowy” i „ciała” w dwóch różnych wymiarach… No i właśnie nam, poetom, to się zdarza i wiecznie będzie się zdarzało.

W PRL-u sporo było imprez literackich. Wiele z nich kończyło się rautami. I to o wiele bardziej wystawnymi niż zdarza się dzisiaj. One potem kończyły się w podgrupach i pokojach hotelowych – zupełnie jak teraz. Niby nic się nie zmieniło. Choć tamten statek – nie uwierzycie – bujał się weselej niż dzisiejsze łajby. Widziałem na przykład Bruna, w Toruniu, w takiej akcji: otworzył puszkę z sardynkami, wylał ją na podłogę, wziął rozbieg i ślizgał się na tej ślizgawce. Rozkoszne, zawadiackie, dziecinne i beztroskie! Widziałem, jak Jerzyna leżał pijaniusieńki u wrót wejściowych do warszawskiego gmachu ZLP. Gąsiorowski „w stanie wskazującym” zachowywał powagę: wygłaszał tyrady intelektualne; skomplikowane. Śliwonik był niebezpieczny – brał się do bicia! Już nie pamiętam, czy na jakiejś imprezie w Kaliszu on dał w pysk Lebiodzie, czy Lebioda jemu. Śliwonik budował swój autowizerunek „boksera”. A młode koty, tak jak i dzisiaj, głównie rzygały.

Jak widzicie, było wesoło. Ale i inaczej. Ja na przykład blisko przyjaźniłem się z Tadeuszem Urgaczem, często zapraszał mnie do swego domu, zagadywaliśmy się na śmierć, upijając się na amen. Na którejś edycji Poetyckiej Jesieni Pogórza w Dworku Paderewskiego w Kąśnej Dolnej pałacyk aż huczał od zabawy, a ja do rana spędziłem noc w pokoju Jerzego Harasymowicza, gdzie zagadywaliśmy się do upadłego. Ale to było inne picie – umiarkowane. Więc nie myślcie sobie, że knajactwo miało tylko jeden wymiar.

Dziś, po latach, zastanawiam się, czy dużo się zmieniło? Nie umiem tego zdiagnozować. Hulankom końca nie ma i nie będzie. Myślę jednak teraz, że wtedy było weselej. Mniej mieliśmy, więc zabawa „w oparach” była najprostszym ekwiwalentem. Dziś chyba reżim życia trzyma nas bardziej w ryzach. Ale w ogóle to w sprawie promili niewiele się zmieniło. Taka karma artysty!

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.