W najnowszym numerze...

Boże Narodzenie… Tak, to chyba najpiękniejsze święto w naszym kręgu kulturowym. Co ciekawe: obchodzą je i wierzący, i niewierzący. To dobrze. Bo kultywowanie tradycji to bardzo ważna sprawa. Do źródeł można się dystansować, ale trzeba je szanować. Kulturowe DNA to niesłychanie ważna sprawa. Wyobrażam sobie życie bez wiary i bez tradycji, ale nie chciałbym takich czasów doczekać.

W literaturze, zwłaszcza w poezji, mamy prawdziwy skarbiec wierszy bożonarodzeniowych. A ja mam swoją „perełkę” wśród nich. W poprzednim felietonie wspomniałem o mojej długoletniej przyjaźni z Tadeuszem Urgaczem. Przyjaźniliśmy się z nim niemal rodzinnie. Któregoś roku, już nie pamiętam którego, przyniósł pod choinkę moim dzieciom, Kamili i Michałowi, łakocie i wiersz. Ten wiersz nosił tytuł Napisz mi gwiazdę. Zobaczcie jaki piękny:

– Napisz mi gwiazdę –
– Piszę – Gwiazda mruga.
– Czym gwiazda mruga?
– Siwymi rzęsami.
– A czy ta gwiazda jest krótka czy długa?
– Krótka jest bardzo i kończy się łzami.

– Kto płacze, komu zrobiło się smutno
w blasku choinki, w Boże Narodzenie?
Czy gwiazda świecić już nie będzie jutro?

– Jutro, dzieciny, to dla mnie marzenie –

Rozmowę taką mogłem mieć z Michałem,
rozmowę taką mogłem mieć z Kamilą,
ale jej nigdy – jak dotąd – nie miałem.
Dzieci jak gwiazdy podobne motylom.

Są. I już nie ma ich. Nim zaistniały
w mrok odlatują, w dorosłość, w mijanie.
Za Narodzenie Boże, za śnieg biały
śmigły renifer przeciąga ich sanie

lub delfin jakiś potworny cudownie
z łbem przytroczonym do ich kalendarza
jakby ktoś ciskał weń ogniste głownie
pędzi z ich łódką po śliskich wirażach.

– Napisz mi gwiazdę.

– Już jej nie napiszę,
zgasła, w kamienne wkopciła się ściany,
gdy usłyszała jak płacze wśród ciszy
ledwie Dzieciątko, już Ukrzyżowany.

Po kilku latach wiersz ten wydrukowałem, oprawiłem w ramkę i powiesiłem na ściance regału. Wisi tak do dzisiaj, choć Kamila i Michał przekroczyli już trzydziestkę.

Myślę o dzisiejszych świętach. Jednak to już nie to, co dawniej. Jakby się „zbanalizowały”, w każdym razie ich magia przygasa. Jest to symptom przemian socjo-kulturowych. Pragmatyzujemy się, technicyzujemy, racjonalizujemy. „Byt zmitologizowany” jakoś blednie i zmierza w stronę lamusa. Sądzę, że na ten temat napisano już sporo rozpraw naukowych. Ale jednak Wigilia i dwa dni świąt to nadal chwile magiczne. Marketingowy świat reklamy wielce je psuje, ale to jest właśnie objaw przemian, jakie się dokonały.

Ja pochodzę z rodziny kresowej. Najlepiej Święta pamiętam właśnie z dzieciństwa. Żyła jeszcze babcia, która ortodoksyjnie, pracowicie i świętobliwie przestrzegała rytuału. Zwłaszcza jeśli idzie o obowiązkowe menu. Barszcz z uszkami, pierogi z kapustą i karp w galarecie (najpierw pływający w wannie, potem na oczach dzieci zarzynany i patroszony). To były główne dania według obrządku kresowego, które poprzedzało łamanie się opłatkiem. Potem jeszcze inne frykasy, a ucztę świąteczną wieńczyła kutia. Wiecie, co to kutia? Ucierało się gotowany mak w makutrze albo mieliło w maszynce do mielenia. Do tego dochodził miód, rodzynki i tłuczona pszenica. Tłuczona? Tak! Normalną pszenicę, wsypywało się do płóciennego woreczka i tłukło czym popadnie, żeby ją „odłuskać”. Potem się ją gotowało. Przysmak był absolutnie słodki, właził między zęby… Kiedyś moja ukochana żoneczka zaterkotała: Ja kutii nie jem, bo mi mak włazi między zęby… Na co odparowałem: W tej sytuacji nie powinnaś także siadać na plaży… Rzuciła we mnie ścierką. Ech, tylko J.L. Borges, autor Księgi piachu, umiałby docenić moją filipikę…

Tak czy owak bez kutii (i licznych wypieków, z obowiązkowymi piernikami włącznie) Boże Narodzenie było nie do pomyślenia. Po kolacji wigilijnej zupełnie tak jak dzisiaj następował atak na prezenty enigmatycznie i kusząco spoczywające pod choinką. Pamiętajcie o zasadzie: wigilia obowiązkowo powinna być postna. Mięsiwa dopiero w drugi i trzeci dzień świąt. Golonka niemile widziana!

Aj, śpiewało się jeszcze kolędy. A polskie – przecież cudne. Potem, jak pojawiły się adaptery i płyty gramofonowe – kolęd raczej się słuchało. Teraz idą z telewizora. Dziś już nie umiałbym żadnej kolędy zaśpiewać. I na pasterkę już nie chodzę… I zapomniałem jeszcze o jednym: mój ojciec na Święta robił wódeczkę – cytrynówkę. Spirytus był ze sklepu monopolowego, a sok z cytryny prawdziwy. Ta cytrynówka wchodziła w cudny dialog z tym karpiem w galarecie – w ogóle się nie kłócili. Bo pamiętajcie: w Święta kłócić się nie można; lepiej zapchać usta smakołykami i z lekka się od-ateizować…

Mamy takie ładne powiedzonko: święta, święta i po świętach. Boy napisał: oto jak nas zwykłych ludzi rzeczywistość ze snu budzi. Obudzicie się więc w Nowym Roku. Śniło mi się, że będzie nerwowy. Ale byle do Świąt 2016!

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.