W najnowszym numerze...

Debiutowało się niełatwo. Pierwsze kroki poetyckie stawiało się na łamach prasy literackiej. Przypominam, że w „tamtej” Polsce. życie literackie nie toczyło się w Internecie, tylko na łamach papierowej prasy literackiej. Było jej sporo. Głównie tygodniki i miesięczniki. Każde województwo miało swoje tytuły. Niektóre osiągały rangę ogólnopolską. Te najbardziej znane ukazywały się w Krakowie, Poznaniu, Warszawie i Wrocławiu.

Najpierw co lepsze talenty rodziły się poprzez konkursy poetyckie, których też było sporo (choć bez porównania mniej niż dzisiaj), a potem trzeba było przedrzeć się na łamy prasy. Klimat był przyjazny. Na przykład krakowskie „Życie Literackie” lubiło młodych; tam też była prowadzona rubryka porad dla adeptów, którą prowadzili m.in. Tadeusz Śliwiak i Wisława Szymborska, wtedy jeszcze nie noblistka. Startowało się także poprzez obecność w grupach poetyckich. Np. tak dziś znane nazwiska, jak Józef Baran czy Adam Ziemianin wywodzili się z grupy „Tylicz”, kontynuującej program przedwojennych autentystów. No, kroczek po kroczku i stawałeś się poetą. Były też „pisma młodych”, np. „Radar” czy „Nowy Wyraz”, w których wielu z nas startowało. (w „Radarze” była stała kolumna pn. „Kawalkada”, na której ukazywały się co tydzień wiersze „nowych nazwisk”). I tu i ówdzie zdarzały się nagłe olśnienia. Na przykład w maju 1965 roku wyszedł pierwszy numer miesięcznika „Poezja” – w nim debiut nikomu nie znanego poety o nazwisku Rafał Wojaczek.

Jednym z ważniejszych konkursów był konkurs Łódzkiej Wiosny Poetów. Ja dostałem tam w 1973 roku trzecią nagrodę, którą wręczał mi Jalu Kurek. I chyba od tego się zaczęło. Zaś pierwsze wiersze opublikowałem w miesięczniku „Opole”, gdzie dział poezji prowadził Bogusław Żurakowski, dzisiaj poeta z Krakowa. Nabrałem dumy i pychy, po czym posłałem swoje wierszydła do Wydawnictwa „Iskry”. Tam poezją zajmował się red. Leszczyński. Wzywał mnie co tydzień do siebie i pokazywał palcem, co warto by poprawić. Trwało to długo, więc machnąłem ręką i zaniosłem te same wiersze do Instytutu Wydawniczego PAX. A tam zajął się nimi Stefan Lichniak. No i w 1975 roku wyszedł mój pierwszy tomik pt. Z gwiazdą w oku. Wtedy drugim i ostatnim debiutantem w tej samej oficynie i w tym samym roku był Stefan Jurkowski. Za swoich „akuszerów” uważam Lichniaka i Żurakowskiego.

Debiutantów ‘1975 było zaledwie 35. Sporo, jak podsumował w swych corocznych bilansach Andrzej K. Waśkiewicz. W Kordegardzie Ministerstwa Kultury na Krakowskim Przedmieściu, vis a vis dzisiejszego Pałacu Prezydenckiego, co dwa miesiące organizowano wystawy nowości wydawniczych – i tam mój tomik. O, rety, od razu stawałeś się „poetą”. No i jak wszedłem w te kapcie, tak już zostało. Za co nie wszyscy mnie chwalą, ale karawana jedzie dalej. Śpiewać każdy może, trochę lepiej, lub trochę gorzej…

Nie mamy pojęcia o tej górze lodowej, która wówczas nie mogła wyłonić się w całości nad poziom wody. Przypominam: nie było Internetu! Uwierzycie w to?

Andrzej K. Waśkiewicz razem z Jerzym Leszinem-Koperskim byli akuszerami i koszałkami-opałkami ówczesnego ruchu młodopoetyckiego. Corocznie wydawali almanach pt. Debiuty – tam rejestrowali debiutanckie tomiki, dając nam podsumowanie corocznych żniw lirycznych. Wiedzieliśmy: kto, co, gdzie i jak. Mieliśmy każdy „rok poetycki” podsumowany z buchalteryjną dokładnością. Dzisiaj stało się to po prostu niemożliwe, niepoliczalne, niewykonalne. Musimy też pamiętać, że „za komuny” nie można było wydawać własnym sumptem i w ogóle nie było prywatnych oficyn. Na dodatek każda książka, nawet poetycka, szła do cenzury. Z tą cenzurą to zresztą nigdy nic nie było przewidywalne. Tadeusz Śliwiak wziął się za drukowanie kilku moich wierszy w „Życiu Literackim” i cenzura zdjęła wiersz pt. Apel. Niebawem w Wydawnictwie Literackim ukazał się mój drugi tomik pt. Przechodzień z Efezu (nawiasem mówiąc redagowany przez Ewę Lipską), w którym ten sam wiersz cenzura puściła. Na cenzurę nie było mądrych. Aż w końcu w okresie „burzy i naporu” zaczęły się ukazywać samizdaty. I wreszcie ten underground zwyciężył, Bogu dziękować. Dziś to takie normalne, a wtedy było sensacyjne.

Ale wszystko ma swoje zalety i wady. Dzisiaj nie ma krytyka, który jest w stanie ogarnąć roczny dorobek poetycki. Wszystko to rozproszone na grupki, witryny, nisze i udzielne księstwa, których nie da się scalić w wyczerpującą panoramę. Ale nie szkodzi – co zdolniejsi jednak zwracają na siebie uwagę, przebijają się. Pytanie tylko: czy wszyscy?

Patrzę na to ze stoickim spokojem. Bałagan nadmiaru mnie nie martwi. Byłoby gorzej, gdyby publikowanie stanowiło rzecz wręcz nieosiągalną, a w PRL-u zdarzało się to wielu młodym autorom.

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.