W najnowszym numerze...

Wspominki tetryka

Leszek Żuliński

Leszek Żuliński wspomina, a ma co

W pierwszej połowie mojego życia literackiego, a więc za tzw. komuny, krytyka literacka miała się dobrze, a nawet nie przesadziłbym mówiąc, że znakomicie. Miała ona dwa mateczniki: akademicki i „gazetowy”. Ale ten akademicki nie był odizolowany – uczeni doktorzy, docenci i profesorowie drukowali recenzje i szkice także w prasie literackiej. Prasy tej było spektakularnie mniej niż obecnie, za to była ona chyba na wyższym poziomie niż teraz. Oczywiście doktorem, docentem czy profesorem nie trzeba było być. Na wydziałach polonistyki czy w Instytucie Badań Literackich obowiązywała inna dykcja i poziom wtajemniczenia, a na łamach prasy literackiej też inna.

To jest dwudziesty czwarty mój felieton w tym miejscu i w tym cyklu. Dwa lata tego pisania bzyknęły jak sen jaki złoty. Czas galopuje jak pijany zając po miedzy. I tak całe szczęście, że Salon Literacki jest miesięcznikiem. W pewnej gazecie (o niesłusznym z obecnej perspektywy profilu) dawnymi czasy prowadziłem felieton cotygodniowy – w sumie skończyłem na 592 odcinku. Sic! No więc policzcie sobie, ile to lat trwało. Potem wydałem wszystkie te felietony w książce pt. Czarne dziury. Liczy ona 468 stron. To moja najgrubsza książka. W życiu takiej nie napiszecie! A jak napiszecie, to gdzie znajdziecie wydawcę?

Uwaga!, nie, to nie będzie tekst o żadnej Małej Geni. To będzie tekst o pewnej piosence…

W życiu literackim, jak w każdym innym, zdarza nam się mieć kontakty zażyłe. One polegają na tym, że kogoś bliżej poznajemy, a potem z nim się spotykamy, kawkę pijemy, plotkujemy, geszefty załatwiamy itd. Niekoniecznie muszą to być wielkie przyjaźnie, ale po prostu ważne i sympatyczne znajomości.

Miałem ich trochę (i kilka jeszcze mam do dzisiaj), więc o niektórych kilka rzewnych słów.

To była mała wioska. Gdzieś na końcu świata. Za jej końcem przebiegała granica z Czechosłowacją. Ta granica wyglądała tak: szeroki, zaorany pas ziemi, a po jego obu stronach druty kolczaste. I co jakiś czas tablice z ostrzeżeniami, że granicy przekraczać nie można... Ale zanim dochodziło się do krańca wioski, było rozwidlenie drogi – w lewą stronę szlak na Przegibek, w prawą – na Wielką Raczę...