W najnowszym numerze...

Wspominki tetryka

Leszek Żuliński

Leszek Żuliński wspomina, a ma co

Nam, tutaj, w Warszawie, wydaje się, że mieszkamy w pępku Polski. Owszem, miasto jest spore, miejscami niebrzydkie, miejscami ładne, ma niezłą historię – itd., itp. Ale Warszawa nie „zasłania” Polski. Bo Polska jest piękna i ciekawa.

Ja urodziłem się i do matury wychowałem w Strzelcach Opolskich – to miasto (poniemieckie Gross Strehlitz) leży między Gliwicami a Opolem. Było i jest miastem powiatowym. Jeżdżę tam od czasu do czasu, bo mnie coś ciągnie. Coraz mniej znajomych, ale sentyment zawsze ten sam.

W roku 1986 z ramienia ZLP wyjechałem do ZSRR – tym razem do... Duszanbe, stolicy Tadżykistanu. Jedna gwiazdeczka zaświeciła nad moją głową – była to początkująca poetka, którą już wcześniej poznałem w Moskwie, gdzie ona studiowała w Instytucie im. Gorkiego.

Jestem literatem renesansowym! A co?! Uświadomiłem to sobie – he, he – kiedy rok po roku zdobywałem wiedzę w posługiwaniu się moim komputerem. Teraz w kompie niestraszne są mi różne zaburzenia, tąpnięcia, awarie, czy szpiegowskie podchody. Coś nie tak – to naprawiam. No? I co wy na to? Owszem, niedaleko mnie mieszka kolega Zbyszek i on przyjeżdża do mojego kompa zawsze, kiedy z czymś sobie nie radzę. I tak będzie zawsze, bo kombinują w naszych komputerach tyle nowinek, że wciąż trzeba się uczyć. Czy potrzebnie? Czasami mam wątpliwości.

Kolega Płatek, skądinąd Sławomir, zasugerował mi, żebym coś napisał o mojej znajomości z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Hm, nie była to znajomość zażyła, bo on był – w zestawieniu z moim wiekiem – postacią matuzalemową, a ja raczkującym ni to polonistą, ni to literatem.

Jakby nie zamiatać tego pod dywan, to jednak urodziłem się, dorosłem i wychowałem w epoce tzw. komunizmu. Epoki człowiek sobie nie wybiera i najczęściej na dobre zaczyna ją pojmować już post factum.