W najnowszym numerze...

Wspominki tetryka

Leszek Żuliński

Leszek Żuliński wspomina, a ma co

To jest dwudziesty czwarty mój felieton w tym miejscu i w tym cyklu. Dwa lata tego pisania bzyknęły jak sen jaki złoty. Czas galopuje jak pijany zając po miedzy. I tak całe szczęście, że Salon Literacki jest miesięcznikiem. W pewnej gazecie (o niesłusznym z obecnej perspektywy profilu) dawnymi czasy prowadziłem felieton cotygodniowy – w sumie skończyłem na 592 odcinku. Sic! No więc policzcie sobie, ile to lat trwało. Potem wydałem wszystkie te felietony w książce pt. Czarne dziury. Liczy ona 468 stron. To moja najgrubsza książka. W życiu takiej nie napiszecie! A jak napiszecie, to gdzie znajdziecie wydawcę?

Uwaga!, nie, to nie będzie tekst o żadnej Małej Geni. To będzie tekst o pewnej piosence…

W życiu literackim, jak w każdym innym, zdarza nam się mieć kontakty zażyłe. One polegają na tym, że kogoś bliżej poznajemy, a potem z nim się spotykamy, kawkę pijemy, plotkujemy, geszefty załatwiamy itd. Niekoniecznie muszą to być wielkie przyjaźnie, ale po prostu ważne i sympatyczne znajomości.

Miałem ich trochę (i kilka jeszcze mam do dzisiaj), więc o niektórych kilka rzewnych słów.

To była mała wioska. Gdzieś na końcu świata. Za jej końcem przebiegała granica z Czechosłowacją. Ta granica wyglądała tak: szeroki, zaorany pas ziemi, a po jego obu stronach druty kolczaste. I co jakiś czas tablice z ostrzeżeniami, że granicy przekraczać nie można... Ale zanim dochodziło się do krańca wioski, było rozwidlenie drogi – w lewą stronę szlak na Przegibek, w prawą – na Wielką Raczę...

Listopad miesiąc ponury (a dla Polaków nawet niebezpieczna pora), więc postanowiłem tym razem rozrzedzić co nieco tę atmosferę spleenu. Protesty nie będą uwzględniane. No to do dzieła…