W najnowszym numerze...

Wspominki tetryka

Leszek Żuliński

Leszek Żuliński wspomina, a ma co

Dzieciństwo dopadło mnie dopiero wtedy, gdy zostałem dziadkiem. Pisałem już tu i tam dużo o mojej wnuczce Natalce; teraz ona dobiega zaawansowanego wieku dwóch latek. Chodzi, biega, zaczyna coraz więcej mówić, wiecznie jest uśmiechnięta… Radość, czysta radość!

Czy my, tetrycy, jesteśmy obleśni? Hm, moim zdaniem umiarkowanie. Tak, po 50-tce zaczynamy się ślinić na widok ładnej panienki, a po 70-tce ta obleśność marnieje i na psy schodzi.

Nam, tutaj, w Warszawie, wydaje się, że mieszkamy w pępku Polski. Owszem, miasto jest spore, miejscami niebrzydkie, miejscami ładne, ma niezłą historię – itd., itp. Ale Warszawa nie „zasłania” Polski. Bo Polska jest piękna i ciekawa.

Ja urodziłem się i do matury wychowałem w Strzelcach Opolskich – to miasto (poniemieckie Gross Strehlitz) leży między Gliwicami a Opolem. Było i jest miastem powiatowym. Jeżdżę tam od czasu do czasu, bo mnie coś ciągnie. Coraz mniej znajomych, ale sentyment zawsze ten sam.

W roku 1986 z ramienia ZLP wyjechałem do ZSRR – tym razem do... Duszanbe, stolicy Tadżykistanu. Jedna gwiazdeczka zaświeciła nad moją głową – była to początkująca poetka, którą już wcześniej poznałem w Moskwie, gdzie ona studiowała w Instytucie im. Gorkiego.

Jestem literatem renesansowym! A co?! Uświadomiłem to sobie – he, he – kiedy rok po roku zdobywałem wiedzę w posługiwaniu się moim komputerem. Teraz w kompie niestraszne są mi różne zaburzenia, tąpnięcia, awarie, czy szpiegowskie podchody. Coś nie tak – to naprawiam. No? I co wy na to? Owszem, niedaleko mnie mieszka kolega Zbyszek i on przyjeżdża do mojego kompa zawsze, kiedy z czymś sobie nie radzę. I tak będzie zawsze, bo kombinują w naszych komputerach tyle nowinek, że wciąż trzeba się uczyć. Czy potrzebnie? Czasami mam wątpliwości.