W najnowszym numerze...

Wspominki tetryka

Leszek Żuliński

Leszek Żuliński wspomina, a ma co

U wydawcy „robi się” moja nowa książka pt. Moje podróże literackie. Letni alert Salonu prosi na lato o „teksty egzotyczne”. I ten poniższy tekst (który znajdzie się w ww. książce) jest w jakiejś mierze, na swój sposób, „egzotyczny”. Miłej lektury życzę…

Mój ojciec w latach przedwojennych był m.in. uczniem VI Gimnazjum im. Stanisława Staszica we Lwowie. Tam, w tym gimnazjum, miał ciekawe towarzystwo. O klasę wyżej był Stanisław Lem (1921-2006) – późniejszy pisarz o dorobku wyjątkowym i osobliwym. Znali się obaj z tej szkoły, przez jakiś czas po wojnie jakieś jeszcze kontakty utrzymywali. Natomiast w tej samej klasie ojciec miał kolegę Andrzeja Hiolskiego (1922-2000), który wyrósł na wspaniałego barytona operowego (wspominałem już o nim w jednym z wcześniejszych felietonów). Jego wykonanie arii Miecznika ze „Strasznego dworu” Moniuszki przez wiele lat uważane było za arcydzielne. Hiolski przez sporo lat pracował w operze w Bytomiu, ale potem wylądował w Warszawie i można go było przez kolejne lata słuchać w Teatrze Wielkim.

Jako tetryk z objawami demencji zawsze przed napisaniem kolejnego felietonu wspieram swoją wenę wypiciem 100-gramowej małpki soplicy na miodzie. No, wstyd pisać – smakosze z pobliskiej bramy by mnie wyśmiali. Jednak my, poeci, nie powinniśmy pić berbeluchy – noblesse oblige. Poza tym taka małpka kosztuje u nas 5,40 zł – i to zachęca. Od razu mam przypływ talentu i wena skacze mi w górę jak początkującemu poecie-licealiście, zwłaszcza gdy nowa koleżanka przychodzi do klasy. Tak czy owak, Muzę trzeba zaprosić do stołu, gdy siadamy do uczty pisania.

W pierwszej połowie mojego życia literackiego, a więc za tzw. komuny, krytyka literacka miała się dobrze, a nawet nie przesadziłbym mówiąc, że znakomicie. Miała ona dwa mateczniki: akademicki i „gazetowy”. Ale ten akademicki nie był odizolowany – uczeni doktorzy, docenci i profesorowie drukowali recenzje i szkice także w prasie literackiej. Prasy tej było spektakularnie mniej niż obecnie, za to była ona chyba na wyższym poziomie niż teraz. Oczywiście doktorem, docentem czy profesorem nie trzeba było być. Na wydziałach polonistyki czy w Instytucie Badań Literackich obowiązywała inna dykcja i poziom wtajemniczenia, a na łamach prasy literackiej też inna.

To jest dwudziesty czwarty mój felieton w tym miejscu i w tym cyklu. Dwa lata tego pisania bzyknęły jak sen jaki złoty. Czas galopuje jak pijany zając po miedzy. I tak całe szczęście, że Salon Literacki jest miesięcznikiem. W pewnej gazecie (o niesłusznym z obecnej perspektywy profilu) dawnymi czasy prowadziłem felieton cotygodniowy – w sumie skończyłem na 592 odcinku. Sic! No więc policzcie sobie, ile to lat trwało. Potem wydałem wszystkie te felietony w książce pt. Czarne dziury. Liczy ona 468 stron. To moja najgrubsza książka. W życiu takiej nie napiszecie! A jak napiszecie, to gdzie znajdziecie wydawcę?