W najnowszym numerze...

Wspominki tetryka

Leszek Żuliński

Leszek Żuliński wspomina, a ma co

Dementia praecox to według Wikipedii nazwa schorzenia psychicznego, polegającego na wycofaniu się ze wszystkich sfer działalności „zewnętrznej” i zatopieniu się w świecie wewnętrznym… Jako tytularny tetryk potwierdzam tę definicję. Na szczęście jestem chyba w fazie początkowej, bo jeszcze pamiętam jak się nazywam, gdzie mieszkam itd. Poza tym roszczę jeszcze nadzieję, że moje tu felietoniki są zrozumiałe. Ale liczcie się z tym, że z biegiem czasu ten ich walor zacznie słabnąć. I będziecie się zastanawiać: co on miał na myśli?

Adam Zieliński (1929-2010) to była postać szczególna. Urodzony w Drohobyczu, wychowany w Stryju, wylądował po wojnie w Krakowie, gdzie zaczynał swój żywot zawodowy jako radiowiec. Potem osiadł we Wiedniu na pozostałą część życia, czyli lat kilkadziesiąt. Tam został bogatym biznesmenem. I pisarzem. Wydał kilka książek – osobliwych, wspomnieniowych, opowiadających o „jego czasach”. Już nie pamiętam, kiedy się poznaliśmy, ale zostaliśmy – mimo 20-letniej różnicy wieku – kumplami. Adam był przyjacielem znakomitym. Dzięki niemu często bywałem w Wiedniu. Mieliśmy o czym rozmawiać… No więc przeczytajcie sobie moją unisoną i rymowaną opowieść o jego życiu…

U wydawcy „robi się” moja nowa książka pt. Moje podróże literackie. Letni alert Salonu prosi na lato o „teksty egzotyczne”. I ten poniższy tekst (który znajdzie się w ww. książce) jest w jakiejś mierze, na swój sposób, „egzotyczny”. Miłej lektury życzę…

Mój ojciec w latach przedwojennych był m.in. uczniem VI Gimnazjum im. Stanisława Staszica we Lwowie. Tam, w tym gimnazjum, miał ciekawe towarzystwo. O klasę wyżej był Stanisław Lem (1921-2006) – późniejszy pisarz o dorobku wyjątkowym i osobliwym. Znali się obaj z tej szkoły, przez jakiś czas po wojnie jakieś jeszcze kontakty utrzymywali. Natomiast w tej samej klasie ojciec miał kolegę Andrzeja Hiolskiego (1922-2000), który wyrósł na wspaniałego barytona operowego (wspominałem już o nim w jednym z wcześniejszych felietonów). Jego wykonanie arii Miecznika ze „Strasznego dworu” Moniuszki przez wiele lat uważane było za arcydzielne. Hiolski przez sporo lat pracował w operze w Bytomiu, ale potem wylądował w Warszawie i można go było przez kolejne lata słuchać w Teatrze Wielkim.

Jako tetryk z objawami demencji zawsze przed napisaniem kolejnego felietonu wspieram swoją wenę wypiciem 100-gramowej małpki soplicy na miodzie. No, wstyd pisać – smakosze z pobliskiej bramy by mnie wyśmiali. Jednak my, poeci, nie powinniśmy pić berbeluchy – noblesse oblige. Poza tym taka małpka kosztuje u nas 5,40 zł – i to zachęca. Od razu mam przypływ talentu i wena skacze mi w górę jak początkującemu poecie-licealiście, zwłaszcza gdy nowa koleżanka przychodzi do klasy. Tak czy owak, Muzę trzeba zaprosić do stołu, gdy siadamy do uczty pisania.