W najnowszym numerze...

No i minął nam rok 2017. Był to rok niedobry – pełen napięć politycznych, społecznych, trudnych polemik i przepychanek oraz podziałów. Często powoływano się na stan wojenny sprzed lat, aby przypomnieć nam, że w trudnych czasach już niedawno byliśmy. Ano tak. Ale co nam przeszkadza być w czasach lepszych? Na to sobie sami odpowiadajcie.

Dla mnie ten rok zaczął się licho, bo w pierwszym półroczu, po wyjściu ze szpitala, długo dochodziłem do siebie. Ale drugie półrocze toczyło już się normalnie, to znaczy sporo pisałem. A pisanie jest od zawsze moją jedyną „racją stanu”, i „powodem istnienia”, bo cóż mam innego?

Trzy rzeczy dobre mi się przydarzyły. Po pierwsze udało mi się wydać 33-cią książkę pt. Moje podróże literackie (pisałem o niej szerzej w poprzednim felietonie). W niej sporo relacji z moich wyjazdów (od Pekinu po Nowy Jork, od Tadżykistanu po Sycylię), dokumentujących wiele spraw i zdarzeń ciekawych. I przypominającej trochę nazwisk oraz książek, o których dzisiaj zapominamy.

Drugim zaskoczeniem było przyznanie mi przez Związek Literatów Polskich Nagrody im. Jarosława Iwaszkiewicza za tzw. całokształt dorobku. No, to była dla mnie duża niespodzianka. Zawsze w takiej okoliczności człowiek, który jest skromny, robi się nieskromny. Na szczęście na chwilę, tylko na chwilę…

Ale najważniejszą dla mnie sprawą ‘2017 było to, że po raz pierwszy zostałem dziadkiem. A dziadkiem – trzeba wam wiedzieć – jestem fanatycznym i wszystkie inne moje sukcesy niech się schowają. Już się doczekać nie mogę, kiedy wezmę Natalkę za rękę i pójdziemy na lody lub na karuzelę. A może najpierw do ZOO? Doradźcie dziadkowi!

Tak czy owak jestem zmęczony. Życiem, k-wa!, życiem! W zasadzie nachapałem się wszystkiego, na co mnie było stać. Sukcesy tak nie cieszą, gdy sporo się widziało, sporo przeżyło. Élan vital już nie podsuwa nam pomysłów dawniej atrakcyjnych i oczekiwanych; raczej robimy porządki, aby zostawić po sobie porządek. Ja patrzę się w komputer, w którym od lat prowadziłem skrupulatnie dowody swojej aktywności literackiej. Otwieram na przykład folder z recenzjami i co widzę? Ano widzę pliki napisanych szkiców i recenzji – jest ich niemal 930. Jakaś paranoja, czy co? A przecież mam też dokumentację innych aktywności literackich. Ot, chociażby drukowałem kilka cykli felietonowych. Ten właśnie cykl felietonów jest tego przykładem (to już 33-ci odcinek). No i mój blog prowadzony od 2005 roku… Liczy on niemal 900 stron maszynopisu. W sumie róg obfitości. Jestem wydajny? Ano jestem, co nie znaczy, że wbiło mnie to w dumę. Bo owa wydajność o niczym jeszcze nie świadczy.

Oczywiście ta wydajność mojej aktywności, ta masa materiałów, to drugorzędna sprawa. Nie byłoby tego, gdym większość życia zawodowego nie spędził w redakcjach pism literackich. A ja w końcu pracowałem w „literackich fabrykach”. Fajna robota – no i się uzbierało. Moje zarobki, moje pensje brały się z „zawodu literackiego” i redakcyjnego.

Cała ta branża powodowała, że także wygłaszałem prelekcje, prowadziłem spotkania autorskie kolegów, byłem jurorem dziesiątków konkursów poetyckich, zasiadałem w kapitułach itp., itd. Na przykład w minionym roku m.in. aż 10 dni spędziłem na warsztatach organizowanych już po raz 35-ty w Gorzowie Wielkopolskim i Garbiczu przez Czesława Gandę. Innymi słowy, imprezy to część naszego zawodu.

Dzisiaj wiem jednak, że żadna ilość nie gwarantuje jakości. Przecież nie należę do pierwszej gildii literackiej, jadę w peletonie, a nie w czołówce. Szczęście moje wynika stąd, że w Polsce życie literackie kwitnie. Niezbyt spektakularnie, bowiem co województwo, to inna gildia, więc to wszystko rozbite jest na lokalne „księstewka” – realny stan rzeczy. Jednakowoż każde z tych księstewek ma swoich bardziej znanych poetów (i prozaików), więc w sumie nie jest tak, że ta prowincja jest całkowicie prowincjonalna.

Niestety już sporo lat temu ze Związku Literatów Polskich (ZLP) wyodrębniło się Stowarzyszenie Pisarzy Polskich (SPP) – to był efekt ówczesnych podziałów politycznych. Z dzisiejszej perspektywy patrząc, na dobre nikomu to za bardzo nie wyszło, ale jest jak jest. Czy to zresztą ma większe znaczenie? Jakieś ma, jednak bym tego stanu rzeczy nie przeceniał.

Tak czy owak róg obfitości, zwłaszcza poetyckiej, się wysypał. Nikt chyba jeszcze nie policzył, ile na przykład tomików poetyckich ukazało się w roku 2017. W Bibliotece Narodowej można by zrobić takie podsumowanie (wymóg: książka musi mieć ISBN), sęk w tym, że większość nazwisk i tytułów niewiele by nam mówiło. Należę jednak do tych, którym to nie przeszkadza. Pisać każdy może trochę lepiej lub gorzej. Walec czasu wszystko to przesieje, uporządkuje i wyrówna. Wielokrotnie odwoływałem się do tego stanu rzeczy, że kiedy ja debiutowałem w 1975 roku, było nas 35-ciu książkowych debiutantów poetyckich. Ilu jest teraz? Może 350 okazałoby się liczbą konkretną, a przynajmniej wiarygodną? Jak to było możliwe? Ano po prostu otworzył się liczny i sprywatyzowany ruch edytorski.

No, kończę, bo mógłbym tak jeszcze długo… My, tetrycy, poza tym jesteśmy sentymentalni. Myślimy: a może jednak wtedy było lepiej? Karkołomna to teza, ale to się za pół wieku już do końca wyjaśni.

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.