W najnowszym numerze...

Co ma piernik do wiatraka, co ma tetryk do dzieciństwa? Otóż więcej niż byście sobie wyobrażali. Bowiem w pewnej fazie wieku bardzo dojrzałego wracamy z większą siłą do minionego dzieciństwa. W Ferdydurke Gombrowicza spotkacie Filidorfa i Filiberta – obaj na swój sposób byli „dzieckiem podszyci”. Ale Gombrowicz do niczego nam tu niepotrzebny, bo i bez niego wielu z nas do dzieciństwa będzie powracać.

To mi się ostatnio przydarza. Na przykład zamykam oczy i widzę swoich koleżków z podwórka – były to lata 50. To podwórko to było nasze Macondo – że posłużę się Márquezem. Lepszego porównania nie znajduję. A za podwórkiem były ogródki, zaś na ich końcu tzw. „zadek”. Tam bawiliśmy się w Indian i staczaliśmy wojny. Piwnice w kamienicach to była kolejna dżungla zabaw. Dziś mieszkam w kamienicy, gdzie o piwnicy nikt nie słyszał – pod parterem jest wielki parking samochodowy.

Moją podwórkową królewną była Ludka. Ech, raz w piwnicy szykowałem się do jej pocałowania, ale stchórzyłem. Tak marnuje się życie, no ale potem jakoś lepiej z tym sobie radzimy. Ja sobie radziłem, hi, hi…

Mógłbym tak o tamtych latach opowiadać i opowiadać. Jednak powstrzymuję się, aby nie popaść w melancholię i chorobę czasu utraconego. Opowiem wam więc tym razem o innych wrażeniach. Otóż moi rodzice mieli wakacyjną metę w Krościenku nad Dunajcem (o czym być może już tutaj opowiadałem, ale przywilejem tetryka jest nieustanne powtarzanie tego samego, więc proszę nie marudzić) – tam przez kilka długich lat spędzałem wakacje. To piękne miejsce o krok położone od Szczawnicy. Żeby do niej dojść lub dojechać, trzeba było pokonać most nad Dunajcem. Nie wiem, czy ładny, ale mający trzy wielkie, wysokie, pałąkowate przęsła. My, chłopaki, pokonywaliśmy je, wspinając się w górę, a potem schodząc w dół. Gdy sobie to przypominam, to ciarki przechodzą mi po plecach. Wystarczyło, by któremuś z nas powinęła się noga – i kaput!

W Krościenku było także cotygodniowe targowisko. Szwarc, mydło, powidło, ale też folklor, bo miejscowa ludność trzymała się swojej „stylistyki”. To byli prawdziwi górale; po górach nie chodzili, bo i po co, ale mieli swoje góralskie kubraczki (ładnie haftowane), swój język, swoją tradycję. Dla miastowego wczasowicza – atrakcja! Zupełnie jak Indianie dla Amerykanów.

A Pieniny były na wyciągnięcie ręki. Zdeptałem je wzdłuż i wszerz, a raczej w górę i w dół. Dwa najważniejsze szczyty to Trzy Korony i Sokolica. Zdobywałem je wielokrotnie. Zwłaszcza owa Sokolica miała szczególny urok – stojąc na jej szczycie, miałeś pod nogami pionową ścianę w dół, a tam wił się Dunajec (wprawdzie nigdy nie widziałem rzeki Orinoko, ale twierdzę, że Dunajce jest ładniejszy). To był obraz fascynujący. Zaś na samym szczycie rosła niewielka sosna. Pochylała się ona tak, jakby chciała skoczyć – niczym Ofelia –w dół, w fale Dunajca. Nie wiem, czy ona jeszcze, ta sosna, tam jest – jeśli nie, to byłaby poważna strata krajobrazowa.

My przez wszystkie lata ówczesnych wakacji mieszkaliśmy w domu listonosza Komorka. Strój góralski zakładał on rzadko, na co dzień nosił pocztowy uniform. Ale – bywało – że wieczorami siadał na naszym ganku, opowiadał miejscowe legendy, grał na akordeonie… Takie posiady były czymś, co z pamięci już potem nigdy nie ucieka.

Pewnego roku przyjechał do mojej siostry narzeczony. Z Opolszczyzny, na rowerze. Rozbił namiot na podwórku i w nim na dobry tydzień zamieszkał. No więc było weselej niż zazwyczaj, choć oni – siostra i jej amant – wiecznie mnie od siebie odganiali i nie wiedzieć czemu zakazywali wchodzić do namiotu, co mi boleśnie w pamięci utkwiło.

Jeszcze jedna okolica utkwiła mi w pamięci. Otóż za Szczawnicą jest wąwóz Homole – długi, staczający się z góry w dół, a po jednej stronie urozmaicony wartkim strumieniem. Kamienie, wszędzie kamienie, a po obu stronach las. Ponuro tam było, ciemno, ale dlatego właśnie zagadkowo.

Tamte pienińskie strony są cudowne. A trzeba jeszcze pamiętać, że niedaleko jest Czorsztyn ze swoim zamczyskiem, warty każdych odwiedzin. Do Nowego Targu też nie tak daleko, a tam z kolei było wielkie targowisko. Ach, jak paniusie z Krakowa, Warszawy, Gdańska tam buszowały, by przynajmniej nową apaszkę sobie kupić.

Nasze wakacje! Wakacje naszego dzieciństwa! Zaczarowany świat! Nie wątpię, że nadal wczasowiczów tam nie brakuje, ale turystyka zagraniczna się rozpasała. Zapewne wielu z nas woli latem pojechać do Hiszpanii czy nad Adriatyk niż do Krościenka. Głowę jednak daję, że nasi gastarbajterzy nad Tamizą czasami z łezką w oku wspominają sobie rodzime wakacje nad Dunajcem, w Borach Tucholskich, na Mazurach… Byle nie na molo w Sopocie, co uważam za czas stracony. A więc w poszukiwaniu straconego czasu starajcie się być wyrafinowani. I w tej aurze tetryczejcie jak ja.

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.