W najnowszym numerze...

Jakby nie zamiatać tego pod dywan, to jednak urodziłem się, dorosłem i wychowałem w epoce tzw. komunizmu. Epoki człowiek sobie nie wybiera i najczęściej na dobre zaczyna ją pojmować już post factum.

Pierwsza dekada mojego życia to były jeszcze czasy Bieruta, a potem buławę przejął Gomułka. Przez długi czas ani tamtych lat nie chwaliłem, ani nie kontestowałem – były dla mnie, jak dla większości obywateli, normalne. W latach 50. jeszcze odbudowywała się Polska po latach wojny. Strasznej wojny! Szło to zupełnie nieźle jak na tamte możliwości. Oprócz mieszkań doczekaliśmy się takich wynalazków jak pralka Frania, lodówka, telewizor, a nawet samochód Syrena lub motocykl WFM. Szło do przodu…

Do podstawówki trafiłem w roku 1956. Moja szkoła była dobra, bo miała jeszcze solidnych, przedwojennych nauczycieli. A my, uczniowie, nosiliśmy na plecach tekturowe tornistry, w nich podręczniki i zeszyty, piórniki z piórem ze stalówką, kałamarze z atramentem. Trzeba wam także wiedzieć, że przez jakiś czas istniał przedmiot pn. kaligrafia. Obowiązywały granatowe mundurki (chyba były one satynowe), a na ich jednym rękawie mieliśmy dumną tarczę szkoły.

W liceum był już większy luzik (i niemundurowy). Liceum to była szkoła czteroletnia, wieńczona maturą. A więc, jak widzicie, pewne sprawy do dzisiaj przetrwały.

Liceum skończyłem w roku 1967, a że mój ojciec został przeniesiony służbowo do Warszawy, to już tam był i urządzał nam mieszkanie. A więc przyjechałem w sam czas – zaraz po maturze prosto na studia. Na polonistykę Uniwersytetu Warszawskiego dostałem się bez problemu i szybko poczułem na skórze politykę, ponieważ jako student pierwszego roku byłem świadkiem i poniekąd uczestnikiem tzw. wydarzeń Marca ‘68. Niewiele jeszcze wtedy z tego pojmowałem, ale można by powiedzieć, że to było moje pierwsze zderzenie z polityką i historią.

Tamten Marzec został szybko stłumiony; niektórzy koledzy ze studiów (zwłaszcza ci o korzeniach semickich) wyemigrowali, bowiem tamta Polska stała się dla nich nieprzyjazna. Ten exodus był traumatyczny, do dzisiaj dla nas wstydliwy. Panoszyło się wtedy hasło wymyślone przez władzę: Studenci do nauki, literaci do pióra, syjoniści do Syjonu. Odkrzykiwano: Pisarze do piór, pasta do zębów. Tak więc niby było wesoło, ale jednak w formule „pożal się Boże”.

Za czasów Gierka co nieco się uspokoiło, choć kolejne wstrząsy dawały znać o sobie. Z jednej strony było jakby „bogaciej”, z drugiej nadal przaśnie. Wciąż raczej trudno było pozyskać mieszkanie lub telefon domowy (komórek jeszcze nie było). Boom motoryzacyjny wybuchł później. Wieloletnie paszporty też nie tak szybko zostały nam dane. A Unii Europejskiej nie było, więc każdy wyjazd na Zachód wymagał wizy. Czasy Jaruzelskiego w jakiejś mierze były „cywilizowane”, choć z dzisiejszego punktu widzenia pies trącał taką „wolność”. W roku 1981 rzeczywistość znowu stanęła – nie bez powodu – okoniem. Powstała NSZZ Solidarność, pojawił się Wałęsa. Ale pamiętajmy, że 13 grudnia ogłoszono stan wojenny. Dalej tę historyjkę dopowiedzcie lub doczytajcie sobie sami.

Tak czy owak jednak przyszły lepsze czasy. No i co mamy? Ano kolejne wykroty, zakręty, meandry, spory. W Polsce żyje się obecnie dyskomfortowo. Pojednania nie widać. Choć ponoć z gospodarką nie jest tak źle.

Bodaj byś żył w spokojnych czasach… Kiedy to nastąpi, które pokolenie doczeka się tego? Tym bardziej, że w niemal całej Europie coś „niedomaga”.

Jeśli historia układa się w kształt sinusoidy, to obecnie jesteśmy po raz kolejny w dolnej fali. I to nie tylko my. W Europie ten trend nie sprowadza się tylko do Polski.

Dla mnie wzorem spokojnej, życzliwej ojczyzny są kraje skandynawskie. Dlaczego nasza Europa tak właśnie rządzić się nie umie? Gdybyśmy chcieli, to byśmy mogli, ech. A co mamy? Moim zdaniem dorastamy do kultury społecznej i politycznej po grudach – my, „łagodni Słowianie”, a jednak mało racjonalni. Bardziej uczymy się władzy i geszeftu niż rządów usłużnych społeczeństwu.

Stare powiedzonko głosi: Historia magistra vitae est. A guzik prawda! Doświadczenia pokoleniowe też – moim zdaniem – niewiele są warte. No więc co – na Boga! – ma nas uczyć? Być może dobrobyt? Bowiem teraz dominuje walka o ten dobrobyt, a więc przepychanki do skarbonki. Tu chyba jest pies pogrzebany. Bogacić się, bogacić, bogacić! A gdy już wszyscy będziemy bardzo, bardzo bogaci, to będziemy tacy spokojni, mili, empatyczni! Głównym naszym zajęciem będzie bujanie się na hamaku. I wtedy ogłosi się Eldorado, Eden i Raj na Ziemi. Ja nie doczekam, ale ty, Droga Młodzieży, masz szansę. Znikomą wprawdzie, więc wszyscy liczmy na nasze wnuki i prawnuki.

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.