W najnowszym numerze...

Dementia praecox to według Wikipedii nazwa schorzenia psychicznego, polegającego na wycofaniu się ze wszystkich sfer działalności „zewnętrznej” i zatopieniu się w świecie wewnętrznym… Jako tytularny tetryk potwierdzam tę definicję. Na szczęście jestem chyba w fazie początkowej, bo jeszcze pamiętam jak się nazywam, gdzie mieszkam itd. Poza tym roszczę jeszcze nadzieję, że moje tu felietoniki są zrozumiałe. Ale liczcie się z tym, że z biegiem czasu ten ich walor zacznie słabnąć. I będziecie się zastanawiać: co on miał na myśli?

Na razie zauważyłem, że wielu spraw i zdarzeń oraz ludzi nie pamiętam. Ktoś zaczyna od zdania: …a pamiętasz?… A ja ni cholery nie pamiętam. Czy to się będzie nasilać, Panie Doktorze?

Swoją drogą czasami lepiej kogoś lub czegoś nie pamiętać. Jednak to słaba pociecha. Niestety, doszedłem do wniosku, że czasem sam sobie jestem winien. Na przykład: od lat jestem przyspawany do samochodu. Dawnymi czasy poruszałem się autem po Polsce i Warszawie (lub każdym innym mieście) normalnie; teraz nawet po stolicy, w której mieszkam od 1967 roku, nie umiem jeździć bez GPS-a. Może to on mnie tak zdegenerował, ten GPS, a może Warszawa tak się zmieniła – trudno powiedzieć, ale widzę, że bez GPS-a jeździ zdecydowana większość kierowców. Tak czy owak moje tetryczenie staje się coraz bardziej oczywiste.

Genialnym wynalazkiem byłby taki chip, wszczepiany chirurgicznie pod skórę, rejestrujący ważniejsze wydarzenia życiowe, przeczytane książki, poznanych ludzi itd., który w razie potrzeby podawałby impuls przypominający, kto, co i jak. Np. spotykasz na ulicy dawno niewidzianą Jolę, a on – ten chip – z góry uprzedza cię: uwaga!, to nie Jola, to Krysia. A ta Krysia potem myśli sobie: – Boże, dwadzieścia lat mnie nie widział, a pamięta! Może aż tak się nie postarzałam? No co? Warte opatentowania?

Wyliczanka moich „przygód z niepamięcią” byłaby długa, czasami zabawna, czasami ponura. Szkoda gadać!

Wróćmy jeszcze na chwilę do tej definicji z Wikipedii, że demencja prowadzi „do zatopienia się w świecie wewnętrznym”. Wydaje się, że jest w tym nawet coś pięknego. Sęk w tym, że nie dla naszego otoczenia. Bo wtedy wpadamy w taką immanentność, że tracimy kontakt ze światem. Wszystko staje się immanentne i raczej irracjonalne. Pełny odlot!

Jednak znakomicie wyobrażam sobie osobnika, który minusy ujemne zamienia na plusy dodatnie. Na przykład gdyby taki gość był literatem, to może – ho, ho – stworzyć dzieło niepowtarzalne. Pomyślelibyśmy sobie: ale on ma talent! A to nie talent, tylko ułuda. Dla lekarzy – choroba!

Teoretycznie rzecz biorąc wszystko jest możliwe, a w swej niemożliwości może być fantastyczne. Mój ojciec miał takie powiedzonko: szanujmy głupich, ich jest więcej. Ale to nieładna, trywialna maksyma (choć cudnie sarkastyczna). Ponadto nauczył nas przed laty profesor Antoni Kępiński (1918-1972), psychiatra i humanista, że w szaleństwie można znaleźć perły. Nie zapomnę, z jakimi wypiekami na twarzy czytałem przed laty m.in. jego książkę pt. Melancholia.

Twórcy „lekko szurnięci” czasami trzymają skarb w ręku, chociaż o tym nie wiedzą. Znałem co najmniej kilkoro ludzi pióra, którzy wylądowali w psychiatryku, ale życia twórczego nie zmarnowali.

Brnąc w te dywagacje, trzeba na bok – moim zdaniem – odsunąć literaturę typu fantasy. To zupełnie inna para kaloszy. W fantasy wszystko jest wymyślone, ale według algorytmu probabilistyki, czyli teorii prawdopodobieństwa. Ono, to prawdopodobieństwo, jest najczęściej nieweryfikowalne, ale to właśnie mieści się w kategorii science fiction. Bo też każda fikcja literacka ma swoje osobne prawa. Fikcja to fikcja – i już! Może być naukowa, baśniowa, irracjonalna itp. Fikcja jest zmyśleniem. Fenomen „zmyślenia” jest jednak czymś znakomitym. Czy bez niego byłaby możliwa literatura? Hm, literatura faktograficzna – tak! Ale tzw. „literatura piękna” – nie!

O czym ja miałem pisać ten felieton? Cholera, już nie pamiętam… To tak bywa: jak się rozerwie sznurek z koralikami, to trudno je potem pozbierać.

Uogólniając: literatura jest jedną wielka baśnią. Owszem, może być także faktograficzna – bo może być taka, jaką chcecie.

No więc już zapomniałem, o czym ma być ten artykulik, ale uczciwie uprzedzałem: mam symptomy demencji. W przebłyskach jaźni mam tego świadomość, ale może ona jednak niewiele daje. I tu może powinno paść nazwisko Zygmunta Freuda?

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.