W najnowszym numerze...

Urodziłem się na Opolszczyźnie w poniemieckim miasteczku Gross Strehlic – tam po prostu wyrzuciło z repatriacyjnego pociągu moich rodziców (i babcię), którzy dopiero w Strzelcach Opolskich się poznali. A że przyszedłem na świat dopiero cztery lata po wojnie, to pierwszych „lat osadnictwa” nie doznałem. Choć pamiętam jeszcze tu i tam ruiny. Jednak odbudowa postępowała szybko.

Społeczność strzelecka była mieszana. Zostali w miasteczku ci, którzy przeżyli wojnę – rodowici Ślązacy. Niektórzy spolonizowani, inni o korzeniach czysto niemieckich. Poza tym miasto nieco zaludnili repatrianci ze wschodu no i ludność napływowa z całej Polski. Nie było wiele tej wspólnej, mieszanej populacji – kilkanaście tysięcy. Mieszkaliśmy sobie w Strzelcach pomiędzy Gliwicami a Opolem. To były nasze „metropolie”.

Z „kultury poniemieckiej” zostało trochę budynków i budowli, ale przede wszytki ogromy park. Park ze starymi drzewami, z których m.in. wyróżniały się tulipanowce. Między tym parkiem a centrum miasteczka stała i stoi do dzisiaj ruina niemałego zamczyska niemieckich grafów. W jej bliskości przetrwały jeszcze przypałacowe stajnie i kilka innych budynków.

Może was zanudzę, ale przytaczam obiekty, które się zachowały: ruiny zamku książąt opolskich z XIV-XV wieku, neobarokowy kościół św. Wawrzyńca (1904-1907; w którym zostałem ochrzczony), mury obronne (XIV wiek), baszta z XV wieku, park w stylu angielskim założony w roku 1832, ratusz zbudowany w latach 1844-1846, dworzec kolejowy z 1880 roku, stara wieża ciśnień, Mauzoleum rodu Renardów, stara masztalarnia, zabytkowy i piękny pomnik myśliwca stojący przed ratuszem na rynku, stara kapliczka z przełomu XVIII i XIX wieku, barokowa rzeźba św. Jana Nepomucena, zabytkowy dom z połowy XIX wieku, Grupa Ukrzyżowania (rok 1900), pomnik hrabiego Andreasa Renarda, Grota Lurdzka (podoba, choć większa, znajduje się w pobliskiej Górze Św. Anny)…

A ten Andreas Renard (1795-1874) to była postać nie lada. Wstukajcie sobie jego nazwisko w googlach, to sami się zdziwicie.

Ta moja wiedza o mieście, w którym się urodziłem i wychowałem przyszła dopiero teraz, no, niedawno. Gdy jesteśmy młodzi, guzik nas to obchodzi. A gdy się starzejemy (w moim przypadku: tetryczejemy) zaczynamy dryfować ku źródłom. Moja dusza jest rozdarta, bo jednak pochodzę z rodziny kresowiaków, ale mimo to moim gniazdem pozostaje Śląsk opolski. Ot, standardowy wyrok migracyjnych zdarzeń. Ale też z migracji rodzą się wszelkie koktajle kulturowe – arcyciekawe! Już w którymś tu felietonie wspominałem, że jak Mama wysyłała mnie do najlepszej strzeleckiej piekarni po pieczywo, to mówiłem: Frau Pawelek, ein brot…

W moim tomiku pt. „Suche łany” trochę miejsca poświeciłem tym doświadczeniom i doznaniom. Przytaczam wam wiersz pt. Lotta: wszystko w moim miasteczku / było poniemieckie: szkoła, ulice, / cmentarz, dwa kościoły, szpital, / park, ratusz / moja kamienica była z lat pięćdziesiątych – toporna / jak wszystko z lat pięćdziesiątych // od strony podwórka odgradzał nas mur, / za nim lichy, przedwojenny domek. / w tym domku mieszkała Frau Lotta, / której wypowiedzieliśmy wojnę // hałasowaliśmy, kopiąc nieustannie / piłkę, kradliśmy z jej ogrodu jabłka i morele. / Lota, Lota, wsadź se kota – wrzeszczeliśmy w jej stronę / i pokazywaliśmy, gdzie się zgina dziób pingwina // Pani Lotto, chcę Panią przeprosić./ przecież mogliśmy pomagać Pani w grabieniu ogrodu, / w pieleniu grządek, czasami wyskoczyć po zakupy / lub chociażby mówić Pani guten Tag // teraz męczy mnie pytanie, czy ktokolwiek // jest Obcy? i dlaczego wojny plemienne / wysysamy z matryc historii? // dziś przeglądam się w lustrze pamięci, / widzę obcą twarz; robię się odludkiem; / unikam własnego wzroku / za to Lotta śni się i tak dziwnie patrzy / w stronę Weimaru. ja jestem tutaj / i niczego już piórem nie wskóram.

Ten wiersz – jak widzicie – jest wyrazem mojej ekspiacji. Mieszkając w Strzelcach w ogóle nad takimi sprawami się nie zastanawiałem. Dzisiaj mam wyrzuty sumienia.

„Migracyjna Polska” jest dla mnie tematem arcyciekawym. Tematem wywołanym przez bieg historii. Na szczęście przyszło mi żyć od początku do końca w innych czasach (co nie znaczy, że spokojnych). Ale popatrzcie: dobiegam powoli 70-tki i tamte śląskie lata nagle mocno się odzywają. Jednak gdy pojechałem do Lwowa i stałem pod kamienicą, w której wychował się mój Ojciec – poczułem się kresowiakiem. Tygiel, tygiel, tygiel… Niestety, chyba już nie wybiorę się do Stanisławowa (dzisiaj Iwano-Frankowsk), w którym wychowała się moja Mama…

Moje dzieci są już dorosłe – przekroczyły 30-stkę. Niedawno zostałem dziadkiem – po raz pierwszy wżyciu. Ich życie to zupełnie inna historia, a historii mojej wnusi w ogóle nie da się przewidzieć.

Każde pokolenie ma swoją historię. Oby tym razem była ona w miarę stabilna – bez migracji, bez przesiedleń, bez „obowiązkowej zmiany poglądów”. Choć jeśli idzie o tygiel kulturowy (w moim przypadku polsko-kresowo-śląsko-niemiecki) to nie był on w żaden sposób dramatyczny. Ale jednak trudny do mądrego uporządkowania.

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.