W najnowszym numerze...

Magdalena Gałkowska

Dziś na Salonie prezentujemy Magdalenę Gałkowską poetkę z Poznania, laureatkę nagrody głównej w XIV konkursie im. Jacka Bieriezina, a ostatnio, bo pod koniec 2013 r., laureatkę I miejsca w konkursie Czerwonej Róży i całkiem "na świeżo" -  zwyciężczynię obecnej edycji Tyskiej Zimy Poetyckiej.

Magdalena Gałkowska to kolejny mocny, wyrazisty i ostry głos w poezji kobiecej - jeśli takie "genderowe" podziały poetyckie mają jakikolwiek sens. A ponieważ ja z zasady dzielę poezję wyłącznie na dobrą i niedobrą, zapraszam Państwa do lektury dobrej poezji autorstwa Magdaleny Gałkowskiej.

Paweł Podlipniak

 


 

Magdalena Gałkowska – rocznik 1975, autorka dwóch książek poetyckich "Fabryka tanich butów" Wydawnictwo Kwadratura 2008 (w ramach nagrody głównej w XIV OKP im. Jacka Bierezina) i "Toca" Zeszyty Poetyckie 2012. 
Laureatka kilku konkursów literackich, publikowała w prasie literackiej i w internecie. Jej wiersze znalazły się także w Antologii Poezji Kobiet „Solistki” SDK Warszawa 2009. Współpracuje z półrocznikiem kulturalnym INTER, gdzie prowadzi rubrykę „Pogotowie poetyckie”. Prowadzi blog literacki www.fabrykatanichbutow.blogspot.com. Pracuje i mieszka w Poznaniu.

 


 

plastic jesus

Dominikowi

na tle witrażu z Jägermeister prawie nie widać
jej twarzy, patrzy w bok i tak jest
lepiej. wyobraź sobie kim może być kobieta
naprzeciwko? pije wino, tłucze kieliszek i milczy,

kiedy mogłaby coś powiedzieć. zamiast zostać -
odchodzi w roztopioną noc, niosąc w sobie dźwięk
didgeridoo jak prezent - niespodziankę. dostała
wszystko, prócz spokojnego powrotu. do rana

siedzi na sofie obejmując dłonią pierś, jakby była
jabłkiem, którym można kogoś skusić. kopią
Ewy w wersji light, powtarzalną jak litania
do błyszczącego różowo, najświętszego serca.

 

deklinacje

"czas [...] pomiędzy północą a świtem
kiedy przeszłość to kłamstwo"
T.S. Eliot

mijam drzwi z karteczką: "dział męski nieczynny
z powodu choroby". kobiety porzucone aż do
odwołania rządzą na dziesięciu metrach kwadratowych.

czas pustych witryn i przestronnych wnętrz
skończy się, gdy przypadkowo znajdziesz wypełnienie.
twoją lub cudzą wolę, gotowość poddania wszystkiego

w wątpliwość. czas decyzji, gdy zamienię dworce
na lotniska, czerwień na cokolwiek - byle ruszyć
z miejsca, oderwać od zaschniętej ziemi. pamięć

jest przekleństwem gdy trwa dłużej niż chwilę
czas, kiedy mnie zawiedziesz
na próg, za próg, nigdzie?

 

Dziennik I

nie umrę, jeszcze nie dzisiaj, nie
na ulicy. przede mną dziewczyny
z bladymi, tłustymi udami. prawie słyszę
jak skwierczy wytapiany tłuszcz.

upał, nie drgnie nawet zastałe powietrze.
chodzę, patrzę, by mieć o czym myśleć, by móc
napisać o ich pewności, plamach tłuszczu
na chodniku i spoconym facecie

z punktu ksero pod rondem. wyłaniam się
jak z katakumb. z chłodu i cienia
przeobrażam w jasność i upał.
nienawidzę tych chwil, w których jest

zbyt gorąco by umrzeć. trzeba poczekać
na wieczór, a kiedy znikną roje much
i pretensje ludzi, ułożyć się,
tak po prostu - wzdłuż krawędzi łóżka.

 

Dziennik V

bierzcie i jedzcie z tego wszystko, to jest szaleństwo moje,
jak dwudaniowy obiad w modnym kurorcie.
pokażcie mi kogoś, kogo nie kręcą tropiki, last minute?

na portalu randkowym śledzi nas kilka par niewidzialnych oczu,
być może szkodzą  nieodpowiednie lektury i bezkompromisowa muzyka?
to nas nie wyleczy, nie zasklepi dziur po kulach.

przeciekamy coraz bardziej, swobodnie mój słodki,
zrobię sobie fotkę, dzięki której przesiedzisz dwie noce
przy google earth w poszukiwaniu mojego miejsca zamieszkania.

tego, co mam w środku nie da się przełknąć bez skrzywienia.
przygotuj usta, bierz i pij, za nas będzie wylane
na odpuszczenie. jedna doba w tę czy w tę już nie zrobi różnicy.

 

Dziennik VIII

stało się, leżymy i nikt nie wie czyje
są ręce i nogi, przypadek nas podrzucił
do gniazda. jest pięknie. słońce
jak żółta kulka na obrazku dziecka

zmienia położenie, zaraz będzie pełnia
szczęścia nie mieliśmy, jedynie palące
potrzeby i nieograniczoną zdolność
do czynności prawnych. jest nieźle

trawa sprężysta jak materac z Ikei,
więc po co się ruszać? odbierać smsy
od pozostawionych gdzieś tam przypadkowych
bliskich? mamy swoich bogów, od godziny

szczękają nożycami do cięcia metalu, krzyczą
jakby nie można było ciszej. master, master,
master of puppets. kukułeczka kuka, chłopiec
usiłuje nas poskładać we właściwy obrazek.

 

the face on the piecyk

Sylvii Plath

matko wszystkich poetek, które nic nie wiedzą
o sobie, oraz o tym, o czym chcą powiedzieć
rozwieś nad ich głowami transparent z napisem:
"tota tua everyday always and together".

błogosławioną szminką na tej świętej szybce
wyraźnie zaznacz poziom, od którego głowa
napęcznieje i pęknie. jak w tanim horrorze
śnięte białka, rys twarzy, krew i spalenizna.

matko wszystkich wariatek, poetko nadobna
uwolnij nas od siebie, byśmy nigdy więcej
nie musiały pobierać lekcji gotowania
w samotności i w parze, na zwolnionym ogniu.

 

DNA

jestem jedynie dnem, nad którym krążą ryby.
pochłaniam kamienie ze źle puszczonych kaczek
i maski tlenowe niedoświadczonych nurków.
zapadają we mnie jak zmrok nad taflą wody,

zalegają warstwami, wciąż głębiej i głębiej
w ulotnym łożysku. całkowite skostnienie
jest blisko i czeka na zamianę temperatur.
jestem nożycami do rozbierania drobiu,

dzielę białe mięso na piersi, uda. kości
odkładam osobno na upiorny naszyjnik
dla tutejszych szamanów. niczego nie znaczę
- jak ślad płynnej stali, jak przytępione ostrze.

 

eskapizm

powiedz tylko słowo, a zamienię się w sukę:
zaszczekam na amen, porozrywam na wersy
i porzucę jak psa pod przygodną parafią.
do chwili wskrzeszenia zdążysz się porozkładać

jak plansza do scrabble, łatwiejszy we fragmentach,
do odnalezienia. wystarczy cię umieścić
na właściwych polach, zmienić imię na inne
i czekać na efekt - eksplozję erudycji.

baby run, baby run, bo nie wiesz, co cię czeka,
że z trójcy jedyny - gdy już zechcesz uwierzyć
- staniesz się ekstraktem. nim ktoś zechce wydobyć
choćby okruch sensu z twojego umierania

zdążysz się rozłożyć pars iridica retinae.
powiedz tylko słowo, a zapomnę o wszystkim,
co wyczytałam z ksiąg i przed czym mogę zadrżeć
gdy światło odejdzie na wieki wieków amen.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.