W najnowszym numerze...

Adam Zieliński (1929-2010) to była postać szczególna. Urodzony w Drohobyczu, wychowany w Stryju, wylądował po wojnie w Krakowie, gdzie zaczynał swój żywot zawodowy jako radiowiec. Potem osiadł we Wiedniu na pozostałą część życia, czyli lat kilkadziesiąt. Tam został bogatym biznesmenem. I pisarzem. Wydał kilka książek – osobliwych, wspomnieniowych, opowiadających o „jego czasach”. Już nie pamiętam, kiedy się poznaliśmy, ale zostaliśmy – mimo 20-letniej różnicy wieku – kumplami. Adam był przyjacielem znakomitym. Dzięki niemu często bywałem w Wiedniu. Mieliśmy o czym rozmawiać… No więc przeczytajcie sobie moją unisoną i rymowaną opowieść o jego życiu…

 

Prologomena do curriculum vitae Mistrza Zielińskiego
w formie eposu spisane
i przez durszlak autocenzury przecedzone,
acz imaginarium o żywocie tym rubasznym i pożywnym dające

 

Trzech u nas w Polszcze było Adamów-banitów.
Jeden – przepędzon z raju. Nie lubił kobitów
on już potem. Aczkolwiek ta ojcowska kara
sprawiła, że w narodzie nie wymarła wiara.
To praojciec nasz wielki, a jeszcze do tego
nauczył Pana Boga języka polskiego,
bo w paradizie ponoć po polsku gadali,
frukta soczyste jedli, w karty co dzień grali,
i końca by nie było tym uciechom męskim,
gdyby Ewa nie zwiodła Adama do klęski.

Drugi – ten od Maryli – z Judahu zeskoczył,
zanurzył się w zieloność i dzieci napłodził
oraz wierszy. Nie kumał na paryskim bruku
z tego świata zbyt wiele. Dziś ty spomnij, wnuku,
ile się nakrzyczeli, ile krwi wylali,
a Moskal rósł w potęgę, a oni wciąż łkali
na narodową nutę. No, Adam z umiarem
podżegał do zajazdów, sam raczej nad miarę
nerwy koił u panien. Miał przywarę brzydką:
na starość mylić zaczął kobitkę z kibitką.

Trzeci, o, trzeci to jest wędrowiec niestały,
co pyszni się haremem niczym cesarz chiński,
w zmiennej lektyce losu przemierzył świat cały…
Któż on? Znacie go przecież: maestro Zieliński!
Dzieckiem będąc w kołysce podglądał hucułki,
młodzieńcem w mieście Stryju wzniecał dziewcząt piski,
uległaby mu każda za sera pół gomółki,
lecz on szukał ponad nie większej odaliski.
Wyruszył. I macając noc ciemną przed sobą,
szedł spotkać się z tą jedną, najdroższą osobą.

Pierwsza jego kochanka – Ukraina dzika,
mlekiem i krwią płynąca od Zbrucza do Dniestru,
czarnooka, ognista i jurna podwika,
co gdy dotkniesz jej lasów – wzbudzisz spazm szelestu.
W jej stepowych bezkresach i kruczych warkoczach
Adam zostawił duszę. I serce zagubił
w porochach Czeremoszu, w karpackich zakroczach…
Byłby ją może nawet na zawsze poślubił,
lecz wichr zmiótł połoniny. I przyszła zatrata,
i uciekał lud z wszystkich Anatewek świata.

Druga jego kochanka – Polska – trudna Pani,
co między Wschód i Zachód siadała okrakiem,
jej figle nazbyt często okraszone łzami
Adam ćwiczył na sobie, lecz groził kułakiem,
gdy zdradzała go ona z wąsatym Gruzinem,
puszczała się z Bierutem i z trójką murarską,
wracała z wielkich budów z okiem na wpół sinym,
słaniając się na nogach. Adam wierzył dziarsko,
że nabierze rozumu. Lecz mijały lata,
a w alkowie łut szczęścia jakoś nie przysiadał.

Zerwał się wieszcz nasz z cugli, powstał, trzasnął drzwiami
i pojechał w nieznane – szukać nowej Pani.
Stała na mocnych nogach – krzepka i dostojna,
w ten cesarsko-monarszy swój rodowód hojna.
Austria! O, piękna, o, dorodna, o, Fräulein bogata,
jej pierś – to kiść winogron, łono – jasność lata,
włosy jak walce Straussa, śmiech – perły Mozarta,
oczy – głębia Mahlera… A dumna!, a harda!…
Przygarnęła Adama zaborczo, obcasem,
i raj mu zgotowała. Gdzie? Na Ohmanngasse!

Końca harcom nie widać… A śpiewał, a ćwierkał,
lecz z latami na boki coraz częściej zerkał,
bo to w naturze wieszczów leży, trzeba baczyć,
więc też Adam ciął batem i zaczął kulbaczyć
nową miłość. A była to szalona Azja.
Ach, dosiadł ją na oklep, wbił ostrogi w zadek,
grzywę krótko przytrzymał i klepnął w pośladek…
Rżała cicho. W mandżurskim pogrążona spleenie,
śniła mu się w Hongkongu, Szanghaju, Pekinie.
W wymianie komplementów byli znakomici –
On do niej: tai-tai…; ona mu: tyci-tyci…

Lecz gdy wracał bogaty w laury i dywany,
na Bałkany go niosło, w ramiona Lublany,
Dubrownika, Zagrzebia, nawet Sarajewa,
gdzie kochanki się nowej rozkoszy spodziewał.
Jugosławia jej było. Ciałko – jagnięcina,
krew – rakija, żar – z rusztu, lica pełne wina;
z mało którą jej przegrać przyszłoby kobitą,
tak ją pięknie ulepił z krwi dziejowej Tito,
lecz w krew się obróciła. I swego kochanka
wypędziła precz nędzna, znów zwodna wybranka.

Dni płyną, lata pełzną, w życia czas ponury
wciąż szukamy miłości, która nas odmłodzi
i tak trafił nasz Adam do literatury
zamtuza występnego. I na to wychodzi,
że skończyć nie zamierza z tą bezwstydną dziewką
co mu szepcze: bądź sprawny!, zbierz siły! A krewko
rusz z posad bryłę garbatego świata,
patrz: niedaleko Wiednia demon wojny wzlata,
w cichym Dunaju potop drani i kanalie.
Powrót twój widzę z tarczą. Oddam ci się cała,
Lecz nie tutaj… w Sztokholmie… tam, gdzie twoja chwała.

Już dnieje. Nad Świtezią mgły wstają półsenne,
Niemen leniwie płynie. Stryj wody podawa,
od Polesia, Wołynia wiatry wciąż niezmienne
przynoszą melancholię. A na ganku – zjawa!
W bieliźnie wprost od Diora jak sen jaki złoty
Ptactwo karmi domowe…
Głowy wnuków przytula, rękopisy gładzi,
ach, to ona mu rękę w pisaniu prowadzi?
Adam oczy przeciera, palce na skroń wznosi…
Czy to sen mej miłości? Czy to obraz Zosi?

Tu już spuśćmy kurtynę na intymne sprawy.
Jedno pewne: to do niej powracał z Warszawy,
Krakowa, Vence, Wenecji, New Yorku, Kantonu;
tam ciągnął, na ten ganek wiedeńskiego domu.
Cicho mruczy komputer, mysz klika szczęśliwa,
Zosia kawę podaje… Mistrz nagle się zrywa
olśnieniem poruszony: Freud wiele miał racji,
kobiety inspirują – w akcie sublimacji!
Nie ruja, nie porubstwo, nie inne uciechy,
lecz rozpusta przy piórze. Ta wiedzie pod strzechy!

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.