W najnowszym numerze...

W październiku ukazała się moja książka pt. Moje podróże literackie. Bardzo – jak na mnie – nietypowa. Owszem, jest w niej także rozdzialik całkiem literacki, ale tzw. clou odnosi się rzeczywiście do mojego wojażowania.

Nie wypada, abym się reklamował, ale chciałbym „ocalić od zapomnienia” pewien zupełnie błahy momencik, jaki tam zapisałem. No więc cytuję go poniżej, ale bez kursywy, żebyście nie myśleli, że sam siebie cytuję, choć cytuję.

Otóż mój pierwszy „romans rosyjski” zdarzył się chyba w drugiej klasie licealnej. Naszą nauczycielką rosyjskiego była pani Irmina, Polka, która repatriowała się z Ukrainy dopiero w latach 60., będąc już mniej więcej trzydziestoletnią panną. Tak: panną! Nie lubiliśmy jej. Nie była ładna, nie była sympatyczna; dużo wymagała i robiła to jakby bez uroku osobistego, który zawsze amortyzuje kobiece przywary. No więc nikt Irminy nie kochał. Ja pokochałem ją chyba pierwszy. Na lekcjach przyszedł czas na Lermontowa. Irmina chciała – co zresztą uczyniła – załatwić to wykładem. Klasa znudzona i co raz przez nauczycielkę dyscyplinowana wierciła się i ziewała, a zwłaszcza, gdy Irmina odwróciła się do okna i – wbiwszy wzrok w ulicę – snuła, plecami do klasy, swój monolog, aż do momentu, kiedy to Lermontow „pagibł na duele” (czyli: zginął w pojedynku). Potem zapadła dziwna cisza. Po paru długich chwilach nasza nauczycielka rosyjskiego odwróciła się do nas i zobaczyłem coś, czego nie zapomnę nigdy: po jej zaczerwienionej, podpuchniętej twarzy płynęły wielkie, powolne łzy.

Mam te łzy do dziś w swoich oczach. Jakież życie wewnętrzne musiała mieć ta samotna, oschła, kostyczna osoba? Ileż godzin musiała „rozmawiać” z rosyjską poezją i rosyjskimi pisarzami, że śmierć Lermontowa była dla niej nie do wymówienia? Jakie sublimacje i kompensacje musiały szaleć po jej poranionej duszy?

Umarła w dwa, trzy lata potem, już po mojej maturze. Wtedy jeszcze nie umiałem tamtego „incydentu” opowiedzieć tak jak teraz, ale będąc pacholęciem wrażliwym, przeczuwałem, co się kłębiło w Irminie i latami o tym myślałem. Myślę o niej do dzisiaj. I od tamtego momentu nigdy już wobec literatury rosyjskiej nie byłem obojętny. Bo jeśli ktoś płacze „przez literaturę”, to trzeba, tak, koniecznie trzeba się przyjrzeć, co dokładnie czyta.

Tak, literatura nas formuje. Sam zostałem przez nią trafiony jak kulą z pistoletu. Byłem uczniem liceum imienia Władysława Broniewskiego. Akurat była jakaś rocznica z Broniewskim związana i mój ukochany polonista, profesor Stanisław Tubek wybrał grupę uczniów, która w szkolnej auli miła wystąpić z recytacją wybranych wierszy. Najpierw były żmudne próby tego spektaklu. I nagle, podczas jednej z prób, w moim ego wybuchła mina: poczułem jak łzy płyną mi po policzkach. To było młodzieńcze wzruszenie, to była żmija poezji, która mnie ukąsiła. Albo coś jak granat, który detonował. W jednym z wierszy, który zupełnie niedawno, po latach napisałem, jest taka pointa: tego samego dnia, wieczorem, / napisałem swój pierwszy wiersz // Profesor chyba nie wie, że przestawił / zwrotnicę w moim życiu // być może niepotrzebnie // mógłbym być teraz inżynierem, listonoszem, / lekarzem, biznesmenem – byle z dala od tekstu, / w którego wnykach tłukę się jak nietoperz / po strychu, słowo bez desygnatu / lub łza bez powodu.

Sentymentalny się robię, czy co?

Ale starczy sentymentalizm jest lepszy niż starcza zgryźliwość, abnegacja lub frustracja. No i istnieje jeszcze problem emocjonalizmu. Emocjonalizm wydaje się naturalny, lecz zbyt często bywa nieopanowany, a wtedy potrafią dziać się z nami rzeczy dziwne i „niepożyteczne”.

Ja wiem, młodzieży polska (a nawet „wszechpolska”), że guzik was to obchodzi, ale sięgnijcie po ten felietonik za pięćdziesiąt lat, to przyznacie mi rację.

Czy to by znaczyło, że ja wiem, jak ładnie i mądrze żyć? No, na to się nabrać nie dajcie. Ale z drugiej strony też nie tetryczejcie z goryczą, sarkazmem, cynizmem czy tumiwisizmem. My, tetrycy, mamy skłonność do pouczania (co powyżej robię), a najczęściej sami niczego się nie nauczyliśmy.

Mnie nauczycielka Irmina nie pouczała – ona mnie nauczyła. Czego? Dokładnie nie wiem, ale gdyby nie ona i profesor Tubek, to od lat nie sięgałbym po pióro. Warto było sięgać? A diabli wiedzą, dlatego kończę ten felietonik, bo będę się kręcił jak gówno w przerębli lub jak ta łza bez powodu.

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.