W najnowszym numerze...

U wydawcy „robi się” moja nowa książka pt. Moje podróże literackie. Letni alert Salonu prosi na lato o „teksty egzotyczne”. I ten poniższy tekst (który znajdzie się w ww. książce) jest w jakiejś mierze, na swój sposób, „egzotyczny”. Miłej lektury życzę…

*

Nie tak dawno, bo w 2005 roku, Związek Literatów Polskich wysłał mnie do Rostowa nad Donem na Dni Słowiańskiego Piśmiennictwa i Kultury pod wezwaniem Cyryla i Metodego. Jest to impreza organizowana przez Rosjan od ponad dwudziestu lat (zawsze w innym mieście); co osobliwe: impreza państwowo-cerkiewna. Wtedy patronowali jej minister kultury Aleksander S. Sokołow oraz metropolita Juwenalij i – jak raz (gdzie jak gdzie, ale w tym felietonie mogę pozwalać sobie na rusycyzmy) zbiegła się ona ze stuleciem urodzin Michaiła Szołochowa oraz dwustuleciem założenia miasta Nowoczerkask, położonego niedaleko Rostowa.

Imprezę zostawmy na boku, opisałem ją w innym, wcześniejszym tekście zaraz po powrocie; teraz kilka impresji z tego wyjazdu. Przyjechałem tam w okresie „gorących dni” między Rosją a Polską. Przyjechałem z centrum antyrosyjskiej psychozy, jaka panowała w Polsce. Przypatrywałem się więc jakby na nowo Rosjanom i wiem jedno: ci „zwyczajni” są, jak zwykle „zwyczajni”. Ci „państwowi” nie wyszli ze swej roli, zwłaszcza z języka oficjalnej propagandy. Rosja jest trochę jak Chiny: rozwija się i liberalizuje gospodarczo, ale trzyma dawny „polityczny fason”. Jest nadal wielka i zachowała mentalne poczucie swej wielkości. Tego jednak nie można mieć jej za złe – to są wieki tradycji i odmienne proporcje w widzeniu innych narodów czy krajów. Musimy, niekoniecznie zgadzając się z językiem Putina, nauczyć się słyszeć głos Rosji.

Był koniec maja. Chodziłem po Rostowie tonącym w upale i zieleni. Byłem w soborze na prawosławnej mszy i na kawie w iście europejskim kasynie gier. Zwiedziłem dwa muzea butnego kozactwa i widziałem bazar z tanimi ciuchami. Jadłem na śniadania świeży czerwony kawior i piłem niezłe rosyjskie piwo. Połaziłem sobie po głównej rostowskiej ulicy – Balszoj Sadowoj – przypatrując się ludziom. Szczególnie w tym akademickim mieście rzuca się w oczy młodzież. Sympatyczna, miła, ubrana i zachowująca się tak samo jak nasza młodzież. Choć Rostów podług naszych standardów to miasto nieco zapyziałe, prowincjonalne. Jeśli wyjdziesz kilka uliczek poza centrum, uderzą cię w oczy rudery. Wiele, bardzo wiele starych domów, czasami z resztką dawnej świetności, lecz ledwo trzymających się na fundamentach i pełnych odrażających liszajów na pękających ścianach. Budziły we mnie mieszane uczucia: zdradzały biedę, ale czarowały malowniczym powidokiem przeszłości. Patrząc na to, nie można zapominać, że w tym samym mieście, gdzie żyje ponad sto tysięcy mieszkańców, jest dziesięć wyższych uczelni, cztery teatry i dwa muzea oraz wielka, bardzo nowoczesna biblioteka.

Rostów ma swoje polskie „incydenty”. Tu osiedlali się Polacy migrujący po dawnej carskiej Rosji i tu w 1915 roku podczas wojny światowej został ewakuowany Uniwersytet Warszawski, zwany wtedy Cesarskim.

W wolnych chwilach chodziłem nad Don. Jest on tu wielki, szeroki, majestatyczny, z dostojną powolnością toczący swoje wody w stronę niedalekiego Morza Azowskiego. I wcale nie jest cichy. Pełno tu małych stateczków i wielkich barek dźwigających swoje towary.

Nie zapomnę wyjazdu do pobliskiego Nowoczerkaska. To miasto założył w 1805 roku kozacki ataman Płatow i stało się ono „stolicą” dońskich kozaków. Akurat trafiłem na uroczystość otwarcia wyremontowanego pałacu atamana. Widziałem prężący się przed pałacem nowoczerkaski, dzisiejszy, korpus kozacki przypominający raczej wiejską straż pożarną, ale dumny i hardy. Wieczorem pod Katedralnym Wozniesienskim Soborem Wojskowym (trzecia co do wielkości cerkiew w Rosji) brałem udział w wielkim koncercie, przypominającym akademię ku czci pabiedy z 1945 roku – ale koncercie fenomenalnym pod względem artystycznym. Rosjanie, wiadomo, jak zaśpiewają i zatańczą – nie mają sobie równych!

No i duch Szołochowa, a raczej kult absolutny, widoczny tu na każdym kroku! Pozazdrościć Rosjanom ich wierności swoim mistrzom i wiary w nie przemijalną moc dawnych dzieł. Jednak w kilka dni potem w Moskwie na lotnisku znalazłem pismo „Argumenty i fakty”, a w nim wielki artykuł Igora Izgarszewa o Szołochowie. Artykuł przypominający pomówienie o plagiat – ponoć Mistrz pisząc sławne dzieło skorzystał z pamiętników kozaka Kriukowa. Autor artykułu posądza o nadanie rozgłosu tej sprawie Sołżenicyna. Szołochow był członkiem komisji, która odmówiła wystawienia kandydatury Sołżenicyna do Nagrody Nobla i dalszy bieg sprawy to już tylko zemsta autora Archipelagu GułagNo comment – relata refero!

Tak czy siak w trakcie naszej imprezy odsłonięto na nabrzeżu Donu pomnik Mistrza. Bo też prawdą jest, że tutaj, nad tą rzeką, wszystko z nim się kojarzy i nie byłoby magii tego miejsca, gdyby nie wielka, tragiczna miłość Aksinii Astachowej i Grigorija Melechowa…

Leszek Żuliński

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.