W najnowszym numerze...

Izabela Fietkiewicz-Paszek

Poetka, autorka tekstów piosenek, recenzji, felietonów. Poezję i recenzje publikuje czasopismach literackich. Redaktorka magazynu sZAFA i Gazety Literackiej Migotania, związana także z nowym magazynem literackim EleWator. Należy do Stowarzyszenia Salon Literacki, pełni funkcję sekretarza w Stowarzyszeniu Promocji Sztuki Łyżka Mleka. Jurorka konkursów poetyckich.

Wydała 2 książki poetyckie: Portret niesymetryczny [2010] i zbiór sonetów Próby wyjścia [2011]; jej wiersze ukazały się w dwujęzycznej antologii Free over blood [2011], były także wydane we Francji - Voix d'encre [2008] i Czarnogórze - Quest [2011], a artykuły krytyczne w pracach zbiorowych - Dlaczego Suchanek? Spojrzenia i interpretacje [2011] oraz W kręgu literatury i języka. Analizy i interpretacje. Tom 2 [2011]. Ostatnia publikacja - Rozmowy z piórami [2012] - wywiad udzielony Beacie Patrycji Klary.

W październiku 2010 r. wydała debiutancką książkę poetycką Portret niesymetryczny. Poniżej prezentujemy kilka wybranych wierszy z tej książki.

 


 

esprit d'escalier

w gazetach znów pieprzą o końcu świata, bardziej się boję
o twój poziom prolaktyny i wrośnięty paznokieć
marcina (osiem szwów!). ale jeśli chcesz, zbudujemy schron
dla naszych słabości. pismami dyżurnych profetów uszczelnię
drzwi. gorzka czekolada i wyliczanki z przedszkola ułatwią

czekanie. skąd spokój? od zawsze noszę w sobie ziemię. zresztą
i ja dałam się kiedyś strącić w nowe milenium. miał być koniec, był
skorpion malowany na skroni i szampan w wannie. na balu
spotkałam czwórkę przyjaciół z dzieciństwa – czy potrzeba
jaśniejszego znaku? ale to śnieg i wódka topniały nam w ustach,

nie świat. została plama na skroni, kieliszek z napisem „2000” i ból.
jakby w głowie kiełkował nowy strach, jakby się skradał niepewnie
po noworocznym śniegu, zaskakujący jak myśl, że już czas

mieć dziecko. i stało się
ważniejsze od końca świata,
którego nie było. którego nie ma. którego nigdy nie będzie.

 

Ul. Kościuszki 16

Od ulicy
jedynie żyłka pod gzymsem zdradza
heraklitową konieczność. Z daleka
nie widać zmarszczek. Prawdziwie
zaczyna się za bramą.
Czas demaskuje. Nieuchronnie
wygląda stąd nędza.

Kolejne dzieciństwo zwinnie przewija się
przez trzepak. Tutaj dojrzewa się szybko.
Jak wino, które rozcieńcza wieczory.

Wiosna nie wygrywa ze smrodem
śmietnika. Kilka brudnych gołębi
to nie dowód, że można tu żyć.

Przed wojną wołano stąd na boga
różnymi imionami. Podobno
na każde się stawiał. Dziś trudno uwierzyć,
że w ogóle tu bywał.

 

24.09.2005, Wiatraki, Orzechowo k/Olsztynka

Im trudniejsza droga, tym wolniej
mijamy

W trawie grzęzną szpilki, komary
uparcie nie pozwalają być
z klasą. Jesień nie zagląda jeszcze
zbyt odważnie. Aż chce się w drogę,
do tego kościoła, bryczką przez pole,

z orszakiem, co jak tren ciągnie się,
kurzem pokrywa widoki. Młodemu
aż szumi w skroniach od lasu i dreszczy -
tak dreszczy, że nie wie, czy to naprawdę

konie wozem trzęsą. Ze strachu,
może z zimna - palce bieleją pieszcząc
brzegi, to sukni, to surduta. To znów
wyplatają nie wiedzieć czemu wspólne 
mudry.

Droga zakłóca świat, dzieli go
na dwoje.

 

dla S.

Białko podgrzane tchnieniem - z góry
niby wiadomo: musimy
w końcu. Jak wszyscy.

Dzień pierwszy: umyć, ubrać, wybrać
trumnę. Wieńce, urzędy. Ksiądz.
Krzyczała na sąsiadkę, co w łapciach
wyszła przed dom pytać. Więcej
nie pamięta. Jak i dnia ślubu.

Jego śmierć była od dawna
jak ta lwica leniwa – stała naprzeciw,
wytwornie czyhała na pożywny kotlet
z białka i kosmicznego pyłu*

Mówią, że lepiej, że wreszcie
nie boli. Tak mówią. Może
źle kocha – ale niechby wciąż.
Do wtorku, do następnej zimy
albo chociaż do jutra – niechby
bolało.

Na drogę dała mu słonia, z trąbą do góry.
Na szczęście. Będą gadać, będą
pamiętać dłużej niż kolor oczu. Co tam...

*Tadeusz Konwicki

 

Rzecz o poezji, koszykach z wikliny, śmierci i innych ważnych

gdzieś pomiędzy kramami
z warmińskim chlebem i porcelaną
ciotka Alicja wspomniała mimochodem:
mój nieżyjący od ćwierć wieku dziadek
wyplatał koszyki z wikliny
i prowadził wiejską bibliotekę

czy w scenariuszu jest spacer
który oświeci mojego wnuka że byłam
przez chwilę poetką piłam
gorzką kawę miałam błękitne oczy i kłopoty
z zasypianiem?

*
jeśli jest cisza nie ma nic

chudego jedenastolatka o blond włosach
który wygrał z chłopakami z bloku zakład ale
nadział się na gałąź spadając z drzewa

ani wyjącej w noc siwej kobiety
- jego matki

smutnej dziewczynki chwytającej w dłonie wiatr
która pewnej jesieni nie wiedziała jeszcze
że przestanie milczeć i kiedyś będzie
poetką

ani żadnej z naszych jedynych miłości żadnej
promocji w H&M kłótni z siostrą przechadzki na molo

ucieczki w zręczną metaforę
niecierpliwego pukania

*
dziejemy się pomiędzy
kramami wierszami ustami

kurz w snopie światła cień po śladach
samolotu bolesna pręga to znaczy chwila
za którą nie ma już nic

jeśli o tym cisza
nie ma nawet śmierci

 

nie przemawiają do mnie obrazy realistów

czarno białe fotografie na których jesteś
odwrócony plecami ledwie widoczny
z daleka – te są najwierniejsze
mojej pamięci przeszkadza
kiedy rozpraszasz się w szczegółach
jesteś wtedy śladem
po maszynce do golenia śladem
piwnego spojrzenia zmarszczką
na czole klamrą od paska
przysłaniasz mi siebie


nieostre chwyta się z poruszeniem

 

Nasza belle époque. Finał.

dla Andrzeja Kühna

zamiast listu zostawiłeś drzewo
genealogiczne. korzenie sto lat w głąb,
sto imion. suchych, szeleszczących

jak liście pod tamtym drzewem w górach,
gdzie złożyłeś z kolegami dzwon i
przysięgę, że po niego wrócisz. pół wieku

później, w dniu pogrzebu, głośno było
o dzwonie znalezionym w górach. uderzył

we mnie ten kontrapunkt jak mocna kontra,
jak kontrast: najpiękniejszy dzień lata i ja
obleczona w czerń - zasłaniam lustro.

*
czas rozdać obrazy, szable, książki, zbierane
na ulicy, pod ostrzałem, kartka po kartce.

czas przetopić dzwon, zmienić kształty,
znaleźć inne wymiary, pozbawić świat
jego dawnej struktury.

*
w rocznice chodziłeś na groby przyjaciół
napić się z nimi wódki. teraz ja

będę spotykać się z tobą, gdzieś
pośrodku czasu, przyjdę z breuglem,
opowiesz mi o triumfie śmierci

 

Tetraplegia. Rekolekcje 2007

szklanka na stole, pilot w prawej ręce.
tyle z pamięci.

potem imadło na skroniach, szarpanina, wkłucia,
męczące pytania, czy może dotknąć do nosa,
oddychać. nie mógł.

*
życie rodzinne ulokowało się na szóstym piętrze
szpitala. przewody, rurki, przyssawki, cisza. coś piszczy,
przybiega pielęgniarz. znów cisza. tygodniami

rysują się oddechy na monitorze. bezmyślnie
poruszam w ich rytmie palcem w bucie. opowiadam.

już kwiecień. marcin będzie jednak musiał
nosić okulary. wczoraj przyjechał paweł z włocławka
(tylko na chwilę, śpieszył się).

*
przy łóżku obok kolejna rodzina.
nam ordynator z miną schrödingera każe czekać.

czekamy. będziemy czekać. rytualna cierpliwość
wypełnia pokój. jak dźwięk respiratora. słyszę go
w windzie, na parkingu,

we własnym łóżku.

*
siadam przy Tobie. śmiejemy się. gasimy światło.

finał jak z wittgensteina.

 

Czego nie ma w protokole

Markowi

Na przykład papieros. Może
gdyby zapalił. Na ławce
albo pod drzewem - w letnią noc
przyjemnie pobujać się, tak beztrosko,
na krawężniku. Cykady i późne szepty. Można
jeszcze inaczej - gdyby zgasił w połowie
(chciał przecież rzucić palenie). Mógł
zagasić w połowie. Albo w ogóle
palić wolniej. Albo szybciej. Albo jakoś
inaczej. Gdyby zgubił kluczyki, potknął się
gdzieś na schodach, dostał w mordę, zgłupiał
dla jakiejś dziwki - byłby
22:18 gdzieś indziej.

 

List Anny Frank, z datą 4 sierpnia 1944, godz. 11

droga kitty,

to niemożliwy list. obie już to wiemy: nie ma końca
wojny. jest po prostu koniec. a jeszcze w lipcu dostaliśmy
osiemnaście funtów zielonego groszku od von hoevena
i ponad dwadzieścia skrzynek truskawek od broksa, czyli

byliśmy dobrze przygotowani

na życie. życie. słowo, które zdołało się sprawnie wykadrować
do rozmiarów oficyny z brudnym oknem-obietnicą normalności.
kitty, czy jest normalność? i czym ona jest po dwóch latach zakazu
spuszczania wody w toalecie w godzinach, kiedy ktoś mógł słyszeć, że

my tu żyliśmy? my tu żyliśmy,

najdroższa kitty. mój język miał już nie dotknąć męskiej szyi
ani kropli letniego deszczu. zamknięta młodość miała wystarczyć
za całe życie, piasek pod powiekami za pustynię, drewno stołu
za las, a sól na policzkach za morze,

które tym razem miało się nie rozstąpić.

przyszłość kreśliła lekkim piórem obrazy, w których nie miałam się zmieścić.
jeszcze nie wiem, co szybciej zarasta - lej po bombie czy pustka
po człowieku? powiedz, jak nie przywiązywać się do swojego miejsca i
do nadziei? chciałam się na zapas śmiać, kochać petera, uczyć się algebry,

na zapas chciałam się opisać,
bo ta wojna miała się nie nigdy skończyć. droga kitty, czy nie zbyt strasznie wygląda
w dzienniku małej dziewczynki zdanie: dwa lata temu udało nam się szczęśliwie
pochować w oficynie? zresztą nieważne są słowa, odtąd śmierć ma nas

za nic. muszę kończyć. nie ma już czasu.

 

Recenzja tomu: http://salonliteracki.pl/portal/publicystyka/22-recenzje/88-izabela-fietkiewicz-paszek-portret-niesymetryczny

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.