W najnowszym numerze...

Rafał Rutkowski

W tym miesiącu zapraszam na „salony” dwóch poetów – poetyckich równolatków. Nie mam jednak na myśli wieku, ale prawie równoczesny debiut książkowy. Obu poznałem osobiście przy okazji konkursów poetyckich.

Jako pierwszego przedstawiam PP Czytelnikom Rafała Rutkowskiego. To poeta ciekawej frazy – nie przychodzi mi do głowy inne określenie. Jego wiersze pełne są mocnych obrazów i niebanalnych skojarzeń, powiązań słownych. Jest tu na pewno trochę okruchów „uwolnionej wyobraźni” – miejscami podobieństwo do poezji Majzla czy Honeta (z jego najlepszych tomów) narzuca się samo, ale przy tak soczystej frazie, jak „oczy które sam wyklułem w kołysaniu kroków”, warto zagłębić się w gęstwinę uwolnionych przez Rafała słów.

Polecam.
Paweł Podlipniak

 


 

Rafał Rutkowski (ur. 1988). Poeta. Laureat projektu Połów 2014. Absolwent filologii polskiej i kulturoznawstwa na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Wiersze publikował w „Odrze”, „Dwutygodniku”, „Zeszytach Poetyckich”, „Akcencie”, „Helikopterze”. Autor książki poetyckiej Chodzę spać do rzeki (Zeszyty Poetyckie 2015). Jeden ze zwycięzców konkursów: OKP O Granitową strzałę, Autoportret Jesienny w Krotoszynie. Laureat lubelskiej nagrody kulturalnej Żurawie, stypendysta Wydziału Kultury Urzędu Miasta Lublin. Uczestnik najważniejszych festiwali literackich w kraju. Prowadzi cykl spotkań poetyckich „Przystanek poetów” w Centrum Kultury w Lublinie. Żonaty. Mieszka w lubelskiej Kamienicy Cudów.

 


 

Moje oczy to ptaki

Kapie mną z urwiska im dalej wyciągnę ręce
w butach się rozpuszczam przez drzwi ledwo
wychodzę nadążam przed zatrzaśnięciem się
w którejś ze stron kapie mną na ziemie na jej

tors który pozostał i robię jej za głowę za coś
podobnego sobie wymyślam przy pęknięciu
wsadzam ręce w kieszeń łapię się za portfel
sprawdzam czy telefon stoję znów na światłach

mógłbym przecież pobiec lecz pękam tak
jak pękam sobie z kaprysu i dla urozmaicenia
wyleciały moje oczy wlatują pod bluzkę
dziewczyno z naprzeciwka taką już pozostań

może kiedyś z moich rąk wylecą jeszcze inne
oczy które sam wyklułem w kołysaniu kroków
zanim przejdę przez bramę wpuszczę je do
środka żebym nie wchodził na darmo niech
mnie tam już znają.

 

Stu

Było stu niewidomych podczas trzęsienia ziemi
jak w kopalni w której wybuch zawalił ściany
szli w bezładzie chociaż trzymali się za ręce
podnosząc głowy czując jednak słońce

zburzył się wschód i czeka aż zacznie zachodzić
bo śmierć dzieciństwo spędziła w fabryce płótna
nie wiedziała nic o wystających z ziemi swetrach
które obudziły piach i skończyły suszę.

 

Wnętrza mieszkańców

wszystkiego nauczyłem się od drzewa

Schodzę na parter między miastami
rozkładam manatki i widzę że ludzie
wywróceni na druga stronę to także drzewa
pełne gałęzi liści i owoców

czasem wywracam powieki żeby to zobaczyć
może właśnie tak widzą nas zmarli
kiedy nasze ubrania i przedmioty codziennego użytku
mamy ukryte za skórą

dwa światy różnią się pewnie też otoczeniem
niebo ulice wieżowce samochody wnętrza mieszkań
dla wywróconych są ukryte oni mają co innego
cały ten ich świat jest wewnątrz ich

napisany na którymś kawałku
zastygniętego spojrzenia z którego
tylko jedno oko jest ich drugie nasze

żeby to zobaczyć zakopałem w ziemi
połowę głowy i poczułem że przesadziłem

nie będę się już wysilał wyprzedzać
obrazy.

 

Wielkie pieprzenie

Zanim odlecą miasta i utworzą darń
zobaczę wszystkie ciemne i jasne portrety
ułożone w drobną mozaikę tworzącą
inną twarz znaną nam w jakiś sposób

obecną w naszych zabawach zakupach
gdy patrzymy głęboko w palec wierząc
że coś między ciałem ciągle jest trzymając
za ramie zakręcamy wodę i kładziemy krok

pomiędzy drzwi jak w akordy w zadaszenie
mijając latarnie tu nie zwiędniemy mamy piach
do którego idziemy znając leżankę znając bar
co na księżycu zszywa rany i zapominamy

o światłowodach środkach czystości patrzeniu
dorastamy do ran przyniesionych w korcach maku
chociaż jesteśmy z parafiny to sklejeni z ziemią
i marzymy o wielkim pieprzeniu które nas wskrzesi.

 

Pamir

Siadam na otomanie i wyobrażam
że siedzę na oku patrze przed siebie
budynki są odleglejsze a góry coraz
bardziej przezroczyste w oddali tylko

grupa na czarno świecących kropek
jak napstrzone na obrazie przedstawiającym
coraz piękniejszą saharę coraz odleglejszy
Pamir

niewielkim cedzakiem łapię do niewielkiej
szklaneczki jedną z czarnych świecących kropek
zalewam wrzątkiem piję i czuję
że to naprawdę bardzo dobra mocna herbata

ostra zerwana z krzewów które porosły
posągi kolosów zrywając z nich twarz i główny szlif
piję dalej kolejny raz zalewam wrzątkiem
drugą z czarnych świecących kropek

myślę coraz mniej moje przygniecione
tułowiem stopy wydają się pływać w źrenicy
zaczynam słabiej widzieć własne ręce
na początku zacierają się linie na dłoniach

i wszystko jest ok niczego się nie boję
naprawdę niczego więcej nie jest mi żal
tylko ten Pamir i rozbite rzeźby nie pozwalają mi zapomnieć

i jest mi bardzo smutno że staję się jedną
ze świecących w oddali na czarno kropek.

 

Sznurek

Codziennie rozwiązuje się i zawiązuję
i z powrotem aż bolą palce paznokcie
łamią się znowu mocniej
aby zacisnąć i trudniej było rozwiązać

nocą przez sen jestem liną
rozciągnięty zapleciony tylko
z podstawowych nici

rankiem węzełek pod wieczór plecionka
a w smutku i w radości
taki że jak pociągniesz to się sam rozwiąże

w zmęczeniu kulka z węzłów
albo bycie na kabestanie
na kołowrotku to raczej byłaby wojna
albo zmartwychwstanie

jestem zwyczajnym sznurkiem mam
swoje prawa i dwa końce
narodziny i śmierć spokojnie

idę podciągnąć żagle albo spuścić trumnę
zwiną mnie potem na ręce i tak ogólnie
prócz tego wszystkiego co potrafię

mogę być w na czyjejś szyi wariografem
chociaż wolałbym się wtedy urwać

jak patrzę czasem z góry na marionetki
to sobie myślę jaki jestem świetny
jak wiele potrafię i poprowadzić umiem

a teraz zawiązać się i rozwiązać tylko
to czuję.

 

Pronit

Było nas czterech podczas wybuchu prochu
uciekał kto mógł aż przed nami otworzyła się podłoga
wbiegliśmy więc do środka przez czarne pole
zdzierając z siebie za ciepłe ubranie

za gorąco aby przeżyć coś dziwnego czuję
kiedyś sobie uświadomię że nas już tutaj nie ma
to znaczy tam na górze przy maszynie jadąc rowerem
w głąb lasu szperając po rozstawionych stołach

cały las w stołach ktoś zaprasza na wino
ktoś prowadzi do rzeczki częstuje papierosem
zakłada ręce na szyję dotyka czule rany
zdejmuje buty rozbiera doprowadza do miejsca

z którego wszystko widać dół i górę
skąd nie zadzwonisz nie wyszukasz w necie
nie przeczytasz w książkach ani nie przyniesiesz
z podróży nawet śladu tego gdzie będziesz

i byłeś nie raz na swojej pajęczynie
jak we wnętrzu buta zawieszonego na strychu
jakby ktoś wstał i wyszedł albo go wynieśli
ustawiwszy się przy stole w samym sercu lasu.

 

Płody

Sine moje córy wygłodniałe z pamięci
wypełzły na ziemię i nocą dzwonią do mnie
ciągnąc za języki które wystają z głowy

pieśni córki moje ja przed telewizorem
otwieram się na kwiat na martwą stronę bycia
idę w stromych butach mijam stare miasteczka

grzebię między brukiem wyciągając korzenie
odwrócone kwiaty widzące nasz stary dom
gdzie jesteśmy wszyscy nie wołając idziemy.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.