W najnowszym numerze...

Recenzje

Dzięki legendzie literackiej, przez legendę literacką

Legenda literacka z jednej strony sprzyja autorowi, wokół którego powstała, z drugiej strony mu szkodzi, oddalając od obecnych i przyszłych czytelników. Dlaczego? Wspomaga promocję, sprawia, że dany pisarz lub poeta staje się rozpoznawalny, może dotrzeć do większego grona odbiorców, chętniej zaprasza się go na spotkania i festiwale (jeśli jeszcze żyje) lub dyskutuje o nim. Jednocześnie legenda literacka spycha rzetelną analizę dzieł legendarnego autora na dalszy plan, ważniejsza staje się opowieść o jego życiu niż to, co napisał. Może też dochodzić do sytuacji, gdy mniej lub bardziej profesjonalni czytelnicy na siłę doszukują się w wierszach lub prozie „legendy” elementów autobiograficznych. Stąd też recenzje i noty o autorze składające się w 3/4 z życiorysu, pełne nic niemówiących lub przesadnych określeń typu „głos pokolenia”, „jeden z najważniejszych poetów we współczesnej literaturze polskiej”, „nadzieja polskiej prozy”, pozbawione interpretacji, powtarzające to, co powiedział o nim bądź napisał któryś z krytycznoliterackich autorytetów (jeśli możemy dzisiaj mówić o krytycznoliterackich autorytetach), porównujące tego autora do innych młodo i tragicznie zmarłych twórców, uzależnionych od alkoholu lub narkotyków, postępujących i wypowiadających się kontrowersyjnie, zaplątanych w jakieś środowiskowe historie, o charakterystycznej, najlepiej miłej oku aparycji.

Wołynie i inne wiersze trafiły na moją półkę stosunkowo niedawno – jesień już nawet nie próbowała być ładna, zrobiło się zimno, a supermarketach zaczęły się pojawiać hurtowe ilości zniczy. Na przekór temu, na tle prostej, białej okładki nowego zbioru wierszy Roberta Kani uwagę przyciągał przyjemny dla oka, złocisty pejzaż. Dwadzieścia sześć wierszy i posłowie – to niewiele, nawet jeśli nie uwzględnimy typowej dla autora zwięzłości formy. Zaczęłam więc czytać nastawiając się na krótką, szybką lekturę. Przeliczyłam się… nawet bardzo.

Zastanawiając się nad tytułem mojej recenzji Ludzi na drzewach, nie wiem skąd przyszło mi skojarzenie z obdzieraniem ze skóry – byłaby to analogia adekwatna, gdyby nie ból, towarzyszący ofierze, i ból (psychiczny), towarzyszący wrażliwemu obserwatorowi tortury. Tymczasem Yanagihara odziera rzeczywistość ze złudzeń, ale robi to bezboleśnie, w niektórych miejscach anatomii powieści całkowicie beznamiętnie, w innych, bardziej newralgicznych, miejscach nawet z pewną wprawą i wirtuozerią (trzeba tu zaznaczyć, że jest to bardzo udany debiut powieściowy). Nie zadawanie bólu, nawet tego kojarzącego się z literackim katharsis, było chyba jej celem – wydaje mi się, że raczej pokazanie nie do końca oczywistych perspektyw, z jakich można patrzeć na pewne sprawy.

Należę do ludzi, którzy – mówiąc bardzo szeroko i oględnie, tym samym pewnie nieco krzywdząco – z literaturą, sztuką i filozofią Wschodu mają pewien problem. Nie mam żadnych złudzeń co do natury tego problemu, który ewidentnie wynika z moich własnych ograniczeń. Niezmiennie i nieustająco staram się te ograniczenia przezwyciężać, stąd m.in. wybór tematu pracy magisterskiej (haiku w Polsce). Skutek tych działań jest różny: nadal nie czuję, ale jakby więcej rozumiem; to wciąż obcy teren, ale rozpoznaję terytorium. Trudno zatem powiedzieć, czy najnowszy tomik Bartosza Suwińskiego padł na podatny grunt, czy wprost przeciwnie. Zbliżenie tych wierszy do haiku jest ewidentne, na co już zwrócił uwagę Paweł Dąbrowski. Zbliżenie nie znaczy oczywiście, że jest to realizacja gatunku, lecz może dawać pewien obraz tego, na co natkniemy się w Wyraju. Ale Wyraj – jak wskazuje tytuł – jest jednak tomem bardzo silnie osadzonym tutaj, w przyrodzie i przestrzeni Europy środkowo-wschodniej, w jej historii i krajobrazie.

Poezja Jerzego Suchanka niewątpliwie jest wymagająca, momentami nawet męcząca. To taki typ wiersza, który oczekuje od czytelnika maksimum skupienia i wytrwałości, cierpliwości i samozaparcia. Raczej wydusza siły z odbiorcy, niż je wdusza, choć nie ma to zupełnie związku z tytułem tomu sprzed dwóch lat. Na taką lekturę trzeba się przygotować, ale nie jest tak, że za swój cały wysiłek nie dostajemy nic w zamian. Może nie dostajemy tego na tacy, lecz poczucie dobrze wykonanej pracy podczas czytania jest uczuciem godnym docenienia.