W najnowszym numerze...

Jolanta Nawrot

Do pary Ewie Sonnenberg daję, jak zwykle w przypadku Salonowych „prezentacji”, poetkę mniej doświadczoną wydawniczo i konkursowo – Jolantę Nawrot. Jej wiersze stanowią dobry kontrast dla wierszy Sonnenberg, a to z racji przesycających je jaśniejszych tonacji poetyckich. W takim zestawieniu wydają się wręcz radosne i optymistyczne, po kobiecemu drobiazgowe i, hm, szczebioczące. One po prostu dopiero dojrzewają. Warto poobserwować dalsze kroki poetyckie Jolanty Nawrot. Warto.

Paweł Podlipniak

 


 

Jolanta Nawrot – ur. w 1992 roku. Doktorantka w Instytucie Filologii Polskiej UAM. Laureatka Konkursu Poetyckiego im. Klemensa Janickiego (2015), którego pokłosiem jest jej debiutancki tomik Płonące główki, stygnące stópki. Otrzymała za niego wyróżnienie w XII Konkursie Literackim im. Artura Fryza „Złoty Środek Poezji” na najlepszy poetycki debiut książkowy roku. Publikowała w „Wakacie”, „Autografie”, „2Miesięczniku. Piśmie ludzi przełomowych” i w „EleWatorze”. Członek redakcji czasopisma literacko-kulturalnego „Pro Arte Online”. Mieszka w Gółkowie i w Poznaniu.

 


 

Koziołek ofiarny

Koziołek ofiarował się pszczołom do zamieszkania i ma ich teraz pełne
nogi. Są jak ule. Od uli niedaleko do ulicy, więc koziołek pomyślał,
że przejdzie nią i dotrze do parku, gdzie są smaczne drzewa. A tam
lipa. Rośnie w pszczołach głód, jednak dla koziołka kwiaty lipy są za
wysoko. Pszczoły nie mogą wznieść się ponad nogi, bo nie umieją latać.
Koziołek zdziera korę z pnia, powoli tworzy się stos. Koziołek kładzie
się na nim, pszczoły szybko pocierają o siebie skrzydełkami, następuje
samozapłon. Koziołek pali się wewnętrznym ogniem i odpada mu
jeden róg obfitości. Pszczoły uczą się latać, aby uciec z płonącego ciała.
Tańczą wokół koziołka, aż zostaje z niego tylko róg, ten drugi, ale nikt
ich nie słyszy. I wtedy królowa mówi: „Lećmy szukać miodu w uszach
ludzi w Pacanowie”, a róg rozrasta się w świątynię.

 

Gwiazdorzy

Obudziłem się w tobie z zachrypniętym gardłem,
owinąłem w szmat czasu, w jedwabny szmat
głuchym dźwiękiem wabiący wciąż moje szorstkie pięty,
kiedy po wszystkich wyrazach byłaś jak bez krwi.

Czerwono na białym było widać atrament,
zostawiał na prześcieradle nam tylko znane słowa,
razy w dzikim języku, tak cichym, że meble
przesuwały się, żeby go usłyszeć. Nocne ciało

świeciło gwiazdami i śmiało się w nim dziecko
grzebiące w piaskownicy, wyciągało z piasku klepsydry,
do których od czasu do czasu wpadają po uszy
koty oraz psy. Wykopałem z niego mikrofon

i nagłośniłem rodzący się z ciebie świat.
Pohukiwały w nim sowy, wyły wilki i szumiały trawy,
mysz przemknęła na jego drugą stronę, zakopując się
w ciepłym mchu. Nadepnąłem na suchą gałązkę,

poruszyłaś się przez sen, zsunęła się kołdra
– na północy oswojony, lecz zimny,
lud wyruszył po ogień – na południu nieznane plemię
gotowało się pod kopułą dżungli. Chciałbym

wyrazić miejsca, w których mnie nie było.
W tobie jest tyle do odkrycia, budzę się w środku ciebie,
w środku nocy. Chciałbym założyć rodzinę
na nasze odsłonięte ramiona, chciałbym wciągnąć żagle.

 

Pchać, ciągnąć

Siwe włosy jak u mędrca albo hipstera,
w nich pióra, czerwona twarz, smak wiatru.

Jeszcze żyją w nim liście – przywialiście je,
schowaliście i interpretowaliście, biedne liście.

Bez drzew mają się naturalnie lica ulicy,
pędzą po nich mechaniczne konie i płaskie koty.

Nie płaczą nad rozlanym mlekiem, bo piersi
jest ci pod dostatkiem, wyciągasz brzęczącą dłoń

i jesteś superbohaterem w najlepszym pornolu.
Olu, z tobą zawsze, nawet świeżo po mszy.

Siwe włosy mieszają się ze śmiechem dziecka.
Tato, a jak będę duży, to pójdziemy razem

na wysypisko? Chciałbym bawić się w szukanie skarbu.
Odkopalibyśmy go spod przedmiotowych wspomnień.

O, synu, piję z ciebie i jem, jesteś moim życiem.
Dziecięcy wózek nosi ślady wielu spacerów.

Dobrze umocowane puszki, butelki i resztki po ludziach
nie wypadną, nie będziesz musiał ich zbierać.

Plac zabaw jest blisko.

 

Walentynki

Biedronki wciskają się w szczeliny,
chcą przezimować tak bardzo, że niedługo
pozbawią mnie dziewictwa.

Boję się zasnąć, pająki
wchodzą mi do ust i przełykają
ślinę tak bardzo, że język plącze się w sieci.

Są jeszcze przelatujące muszki owocówki,
leżące nago na stole połówki jabłka;
skąd i dokąd tak bardzo się biorą?

Mieszają się w moje zapasy tłuszczu
w piersiach i biodrach. Tak bardzo różowe i świeże
są trutki, w które wpadają ślepe szczury.

 

Noce i dnie, dnie i noce, coś pośrodku

Wydarzyło się pomiędzy palcami, pomiędzy serdecznymi
przyjaciółmi: Małym, Wskazującym, Kciukiem.

Wieczorem zmywam naczynia po moich umarłych,
zdzierając martwy naskórek, idealny na płytę cmentarną.

Pod nim pochowały się rozbite dusze i potłuczone ciała.
Na nim reszta serwisu, jest cała: piracka kopia błędnego rycerza.

Kurczę, dziadek z obwódkami wokół oczu.
Rosół, którym mnie karmił i przez który patrzy teraz, spłukany.

Gram palcami na naczyniach krwionośnych, ale brzmią
głucho. No to się zmywam. Do krwi. Topią się okruszki chleba.

Wyczesać je? Wyłowić? Tak z sercem? Rano wypływają
na powierzchnię pościeli. Wchodzą na szczyt

języka. I wiesz, co ci powiem? Język ci powiem.
Coś pomiędzy. Coś pośrodku.

Pomiędzy palcami wydarzyło się nic. I nic
nie mogę powiedzieć na ten widok doliny bez nich.

Liście spadają na płytę. Jest coraz cieplej.
Coraz głośniej. Coraz więcej. Coraz.

 

Znalezienie Jezusa w poznańskiej świątyni

Wznoszą się gołębie, wiara krzyczy: „Co ty robisz, tumanie
kurzu!”. Jeszcze otworzą się bramy ciała,
jeszcze zaleje nas wszystkich.

 

O miłości pacyfistycznej

Ja nie chcę być agresywna,
więc niech będzie pokój między nami,
między kuchnią a łazienką. Biała flaga
będzie biła jedynie po oczach.

Powtarzam – ja nie chcę być agresywna!
Ale co ja muszę przechodzić z tym pokojem.
Już się przeziębiłam od zimnych wiatrów,
które wieją pod wszystkimi drzwiami.

Ja nie chciałam, jednak zaślepiona bielą,
znalazłam siebie i ciebie pośrodku.
I uderzyła nas fala gorąca.
I chyba pogryźliśmy sobie wargi.

Ja tam nie wiem, ale ta fala
chyba nie pragnie wiele. Tylko otrzeć pianę
z ust, gdy rozbije się o skałę,
o którą niegdyś ostrzyliśmy pazury.

Może wpuścić ją do pokoju?

 

Dodaj tytuł

Gdy Pani Cogito
gotuje mężowi obiad
otwiera okno
aby przyprawić mięso

świergotem ptaków
skruszonym liściem pokrzywy

szczyptą szarej chmury
przywianej znad fabryki
produkującej ludzkie organy

aby lepiej ugnieść ziemniaki
osłodzić herbatę
spogląda na gołębia
który ulokował rodzinę
na parapetowej gałęzi

kiedy zmęczony zielonym tłumem
Pan Cogito wraca do domu
Pani Cogito zachęca go:
jedz kochanie bo ci wystygnie
świat zupełnie

Pan Cogito delektuje się
powoli i głęboko

 

Dziewczynka kupuje mleko

w markecie, obok którego pasie się krowa połatana.
Widać szwy, a między nimi ostrzem spalin
przebija się trawa. Ewy wyrzucają ogryzki za okna.
Ich długie rzęsy rytmicznie przecierają szyby.

Kluczyki do samochodu zakopane pod domem,
samochód stoi pod sklepem. Dziewczynka
musi donieść po litrze mleka na pierś. Ma pełne ręce
roboty, w uchu kolczyk, w ustach krówkę.

Ciągnie się jej i ciągnie, a musi donieść ciążę.
W łazience stara się wejść w ramy, ale dopada ją
głęboki vermeer. I jest mlecznym dzieckiem,
które zęby myje powoli, dokładnie. Nie omija dziur,

to nimi gryzie ból.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.