W najnowszym numerze...

Recenzje

Znacie Bukartyka? Jeśli tak, przeczytajcie tę książkę. Jeśli nie, tym bardziej przeczytajcie tę książkę. Bukartyk. Fatalny przykład dla młodzieży to wywiad-rzeka przeprowadzony przez Jakuba Jabłonkę i Pawła Łęczuka. Ale tym różni się od wielu podobnych wydawnictw, że nie ma tu typowej przeplatanki pytań i odpowiedzi – układa się to raczej w opowieść Bukartyka i formalnie bardziej przypomina autobiografię, niż rozmowę.  

Wydaje mi się, że za często w krytyce literackiej zatrzymujemy się na fasadzie, na tym co jest wokół wierszy, a niekoniecznie w samych wierszach (bo wiersze zawsze są same). Używamy mniej lub bardziej mądrych określeń wymyślonych przez siebie lub innych, wierząc, że one wszystko załatwią – stworzą przestrzeń oswojoną i bezpieczną, pozwolą na zbudowanie intertekstualnej sieci między utworami poetyckimi czy całymi tomikami różnych autorów. Tymczasem spokój i równowaga są niemożliwe, podobnie zresztą jak ciągła wybuchowość, zaskakiwanie, ironiczna gra. Co więc jest? Stan czujności, nieustanna gotowość. Tak jak w Minimum (Wrocław 2017), drugiej książce poetyckiej Urszuli Zajączkowskiej – poetki, którą za Dawidem Jungiem, redaktorem jej debiutu Atomy (Gniezno 2014), nazywa się „świadomą poetyką przyrody” czy „ekopoetką”.

O debiucie Macieja Topolskiego z wielkim entuzjazmem pisał Jakub Skurtys, zarówno w poetyckim podsumowaniu roku 2017 opublikowanym na łamach Małego Formatu, jak i w osobnej recenzji w ArtPapierze. W tekście Taka to krytyka. Podsumowanie roku 2017, obliczonym na 78 minut czytelniczej uwagi, Skurtys, oceniając ubiegłoroczne debiuty, zadeklarował: „najwyżej – wciąż i mimo wszystko – cenię sobie na koniec idą Macieja Topolskiego”. Rafał Różewicz w podsumowaniu zatytułowanym „Polska mistrzem Polskim” tom debiutanta ocenił jako „dobry, niepokojący”. Całkiem niedawno ogłoszone zostały wyniki tegorocznego Złotego Środka Poezji, gdzie Topolski doczekał się wyróżnienia. Jak widać tytuł wydany w serii „Biblioteka Arterii” przewija się w różnych zestawieniach, nie idzie na koniec stawki, a niekiedy nawet plasuje się w ewidentnej czołówce. Jestem daleka od niemal bałwochwalczej oceny Skurtysa, za to użyty przez Różewicza przymiotnik „niepokojący” wydaje się idealnie pasować do książki na koniec idą. Ale zanim pójdą na koniec, to muszą skądś wyjść (a w każdym razie byłoby to wskazane), więc poprzedźmy ten Exodus Księgą Genesis.

W czekaniu na pełnię wiosny jest coś z rozmowy z pięciolatkiem.

- Tam pod ścianą są pluszaki. Już się nie nimi nie bawię, to dla małych dzieci, oddam twoim.
- Ale ja nie mam dzieci, Bartusiu.
- Oddam, jak będziesz miała. Jak zaplanujesz.

Wszystko jest możliwe, trzeba tylko zrobić plany i poczekać. Jeszcze kwartał, miesiąc, dwa tygodnie, kilka dni. Ostatni weekend, który postanawiasz przespać, choć się nie udaje. Budzi jazgot dzwonka w telefonie. To numer, który zawsze odbierasz.

- Cześć, serduszko. Halo?
- [głos w słuchawce podpowiada szeptem] Ciocia... Ola...
- Ciu-ciu Oja!!! [głos dwulatka. Nie opanował jeszcze trudnej sztuki dobrej dykcji]
- Cześć, Stasiu! Cześć, kochanie!
- Babaaa!!!

Zostać babcią, nie będąc matką. Za oknem znów hałda śniegu. Jest koniec marca, zgodnie z planem pierwsze dni wiosny. Kalendarz nie ma racji.

Tym, co już na pierwszy rzut oka wyróżnia najnowszą książkę Zofii Bałdygi kto kupi tak małe kraje, jest opracowanie graficzne, za które odpowiedzialna była Ola Wasilewska (chapeau bas!). Świetna okładka, a wystarczy przekartkować zawartość, by zobaczyć, iż w środku podobnie, konsekwentnie i na równie wysokim poziomie. Już dzięki stronie wizualnej czytelnik wie, że wszystko klei się w jedną całość, od początku do końca zrealizowaną zgodnie z określonym zamysłem; że jest to projekt przeprowadzony z precyzją i dbałością o szczegóły.