W najnowszym numerze...

Dariusz Adamowski

Na Święta Wielkanocne wyjątkowo dwie prezentacje:
- autor dobrze znany i ceniony - Dariusz Adamowski
- "nowa twarz" - Monika Gromala
Zapraszam do lektury.

Paweł Podlipniak

 


 

Dariusz Adamowski (ur. 1967) - publikował swoje wiersze w "Kartkach", "Odrze", "Toposie", "Akcencie", "Gazecie Wyborczej" oraz na www.nieszuflada.pl i www.literackie.pl; jego wiersze pojawiły się w tłumaczeniu na język angielski w „Anthologii#2”; autor tomików: "Adamowo" (2006), "Skraj" (2007) oraz „Gub, trać, porzucaj” (2012); mieszka w Białymstoku.

 


 

NIQUITIN

Niquitin, niquitin, kochanie, przezroczysty plaster,
z którego sączy się noc - prosto w twoją źrenicę.
Za cienką błoną jest widnokrąg i pomarańczowe koło
księżyca. Rzeczywistość, która się toczy. Naprawdę
z niczym nie musimy kończyć. Możemy wciąż zaczynać.

Można się poczuć jak w niebie, kiedy noc odnajduje pełnię,
albo być pełnym siebie tak bardzo, by wykąpać się znowu
w tym samym strumieniu. Uczepić się czegokolwiek: gitarowego riffu,
teorii strun, pozwolić dźwiękom rządzić. Ale bez przerwy pamiętać,
że królestwem jest cisza. Niquitin, niquitin - pod plastikiem
nasza tajemna skóra.

 

GDAŃSK / SĄD OSTATECZNY

Obce miasto ale niezły hotel. Pokój
z widokiem na morze i szum fal,
który zeszłej nocy nie pozwolił zasnąć.
Wyjeżdżaliśmy? Tylko po to, by wrócić
do starych bied, tak niezgrabnych w odmianie.
By drzemać na jawie. A jeśli już mowa o tym,
to Sąd Ostateczny widzieliśmy razem.

Jezus siedział na tęczy, co dało ci wiele
do myślenia. Na przykład, że to zadrapanie
na czole ma coś z jego zagojonej rany.
(Ale gdybyś miał wybrać dla siebie jedną postać,
byłby to ułożony diabeł z trzeciego planu). Ja
tymczasem pomyliłem Michała z Gabrielem.
Rozmyślałem o tym, czy Archanioł waży dobre
czy złe uczynki i który z dwóch mężczyzn
pójdzie do piekła, a który się wzniesie ponad
przyrodzenie (choćby stąpając po schodach)?

I jeszcze o lataniu. O tym, że potrafią
to tylko anioły lub diabły. Te ostatnie
robią to znacznie zgrabniej. Każdy
w parze ze swym grzesznikiem. Aż
furkoczą im skrzydła. Azbestowe
skrzydła motyli.

 

SKRAJ

Mnisi w swych bordowo-żółtych szatach
są jak płomienie, gdy idą jeden za drugim
po wieczornej sesji. Milknie bęben, śpiew. I ja

ruszam na długi spacer. Ze ścieżką mi do twarzy,
ale droga się wije. Biorę ją za podstępnego węża. Depczę
ślady tych, którzy przyszli przede mną. Dwoistość jest naturą
wszystkich kierunków.

Na polach sierpień w pełni. Kombajny podążają
za nieskoszonym zbożem i zawsze wiedzą,
którędy najbliżej. Zza kępy drzew unosi się dym.
Przyspieszam kroku, by zobaczyć co płonie
i czy na pewno zdołam przed tym uciec.

Ktoś nierozważnie wypala ściernisko. Pożar czyści ziemię
z resztek i zmienia je w popiół. Chciałbym tego spróbować.
Chciałbym się nie bać płomieni. Zawracam. Przynoszę ogień
na skraj mandali, skąd wiatr unosi go ponad wszystkie
przejawione światy. Mnisi siadają tuż obok
w dwóch niezmiennych rzędach.

Zaczynają pieśń. Gaszą
wszystkie pragnienia.

 

EKRAN

Twój los jest tutaj - ta wąziutka ścieżka,
którą przemykasz z sonetu do pantum,
z fraszki do trenu. Nigdzie nie zamieszkasz
na stałe. Nigdy nie zaufasz światu,

który się zmienia, który oszukuje,
nadając formy nieistniejącemu.
Ale pomiędzy wersami wciąż czujesz
kształt, co się stworzył sam. Najdawniej temu.

Większy niż hymny - Bezdruk, Niewydany.
Jest tu od zawsze, przemawia spod wierszy
które piszemy, śnimy i czytamy.

Gdy widzisz słowo, nie możesz uwierzyć
w kartkę papieru, w ekran przed oczami.
Im bardziej ślepniesz, tym On jaśniej śnieży.

 

ROZPRUWACZ

To co zasłonięte musi zostać odkryte. Trudzimy się,
by to zobaczyć i dlatego tak często zostawiamy głowy
na torach, dlatego spadamy z najwyższych pięter.
A gdy leżymy, nóż kroi głęboko. Cięcia przebiegają
wzdłuż linii podstawowych wiązań. Potrzeba bardzo ostrych
narzędzi i wielkich prędkości, by sprawdzić, czy jesteśmy stworzeni
z tej samej substancji, która nadaje nam zewnętrzny kształt.
Czy utrzymuje nas przy życiu pięciopalczaste złudzenie?
Jeśli tak, zaiste powstaniemy z martwych i zapiszemy przestrzeń
jak zwykłą kartkę. Jeśli nie, zstąpimy do niższych wymiarów
i będziemy się kurczyć w bóstwach do nieskończoności.

Zajrzyj w ciemność krwi, w lepkość szpiku. Oto twoja droga.
Oto nóż.

 

WNĘTRZE

Wierzą, że nic się nie wydarzy, ponieważ zamknęli drzwi.
M. Maeterlinck

Jak nagle, jak niepostrzeżenie. Pomiędzy
jedną empetrójką a trzecią. Dzwoni telefon.
I nie jest to znajoma, której się przypomniało,
ani żaden kolega kolegi. To prawdziwa wiadomość,
której nie możesz powiedzieć „zaczekaj”. Nie umiesz już czekać,
gdy kalendarz na ścianie odsłania wrześniowe oblicze: drzeworyt Hokkusai.
Wielka fala zatapia trzy łodzie. Góra Fudżi patrzy.
Jakby wiedziała od zawsze.

 

PROGNOZY

Będzie ci gorzko a potem nadciągnie front.
Punkty oparcia rozsypią się na wietrze w piasek,
a flagi modlitewne ani drgną.

Herbaty wystygną i biały kubek ucieknie
od dłoni. Odklei się od ciebie wszystko,
zwłaszcza to, czego nie miałeś.

W telewizji będą pokazywać święte nawroty
i romantyczne komedie o śmierci. Każde
z kochanków będzie wierne przysiędze.

Napiszesz wiersz i nikt nie dotrzyma ci kroku.
Za krawędzią zgubisz pióro i spadniesz. Twoja dłoń
zatonie. Zamieszka wśród wężów i smoków.

 

POCZTÓWKA Z EFEZU

Upał w Efezie. Od samego rana
słońce wypala marmurowe kości,
kolumny, łuki. Pergaminy ciała
ogarnia rozpacz, choć się o nie troszczysz.

Kiedy oglądasz rzymski dom publiczny,
drogę portową, teatr i akropol,
docenisz dzieło dawnych budowniczych
i tych co miasto stawiali na nowo.

Ono wygrało – twój bilans jest marny,
bo czas i przestrzeń mogą z ciebie zadrwić.
Archeologia to czasem zbyt mało.

Gdy wszystkie miękkie tkanki pożrą larwy,
pewnie nikomu nie będzie się chciało,
pozbierać puzzli, ułożyć nas w całość.

 

TAO?

Wyruszamy w drogę, każdy we własnym sie-
dmiotonowym bucie (żeby nie było na skróty).
I jest wiatr w plecy albo wiatr w twarz, są gwiazdy
i komety na nocnym niebie, gdy idziesz na wznak.
A za dnia chmury wtórują, odsłaniając słońce,
są zabawy w słoty i dżdże i w bezduszne spiekoty,
są ekstremalne szczęścia i ekskrementy i żywa krew
w miejscach, w których nigdy byś się nie spodziewał.
Gubisz zbędne elementy, gubisz strach, zyskujesz głód
i brak a twoje stopy nie zajęły się jeszcze ogniem.
Chcesz się podnieść, chcesz upaść, chcesz zapomnieć.
i żeby cały świat wiedział, że idziesz, że nie chcesz iść,
że leżysz, chociaż wstałeś, że mógłbyś polecieć,
że odciąłeś sobie skrzydła, że nie wiesz dlaczego,
wiesz po co.

 

MGŁA

Prosi, żeby go podwieźć. Dosiada się. Jest
go za dużo w moim samochodzie. Czuć wódką,
papierosami i zmęczeniem. To jeden z tych
chłopaków, którym wolno było wszystko.
Wsiadał na motor i znikał. Kopał piłkę - a ona lądowała
za horyzontem.
Teraz ma tyle lat, na ile się czuje. Patrzy na mnie
czerwonym okiem i gada. Nieskładnie, potykając się
o opuchnięty język, gada o Skodzie, którą kiedyś miał,
a ona miała napęd na tylne koła i tysiąc pojemności.
I o tym jak wracał z roboty w Linzu na pogrzeb matki,
aż zajeździł silnik na amen. A potem była Syrenka
i tak ruszył kiedyś na skręconych kołach, że poszedł
krzyżak i trzeba było wymieniać. I że teściowa zginęła
w studni. Targnęła się, bo coś jej odbiło a strażacy
długo nie mogli wyciągnąć mokrego ciała. Gada
o maluchu, którym kumpel wyciągał 120, aż strach.
A z żoną, jak jeszcze byli razem, wjechał na jakieś rondo
pod prąd. I chyba to było Rondo Wiatraczna. Dziękuje
za podwiezienie na ten kurs, co jest za darmo z Unii
(choć na tynkowaniu się zna, to robi, żeby dostać papier).
A latem pojedzie do Austrii. I podoba mu się mój samochód,
bo czuć przyspieszenie. I wygodny. Wszystkie te lampki
i bajery, że prawie nie widać jak się ściemnia
i że mgła coraz gęstsza. A my dwaj
wjeżdżamy w tę mgłę.

 

GUB, TRAĆ, PORZUCAJ

Gubisz to, tracisz, zostawiasz na szybach,
których dotknąłeś. Porzucasz to w łóżkach
kochanków lub we własnym. Drobna strużka
DNA ginie, ukradkiem wypływa

z twoich ust, kiedy myjesz zęby. Plamka
krwi w białej pianie, zużyty naskórek,
włos na podłodze. Nie pamiętasz które
z nich było pierwsze. Drobiny na klamkach?

Cząsteczki śliny? Lecz jest tego więcej:
marzenia, wizje, ronisz nieustannie.
Sny wylatują z twej głowy jak węże,

jak ciągi liter, nieskończone zdanie,
które się wlecze za tobą. Pisz prędzej -
gub, trać, porzucaj, aż nic nie zostanie.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.