W najnowszym numerze...

Recenzje

1. Jak wespół zespół się złożyło czytanie. Pisma

W tym miesiącu recenzja jest sponsorowana w większości przez młodych poetów (burżuje!) i zasadniczo powinna posiadać gdzieś wtręt, że zawiera lokowanie produktu (produktów). Czy też może raczej osób. Radek Jurczak swego czasu (drzewiej, na Facebooku, przy okazji otrzymania Silesiusa za debiut) napisał bardzo ładnie, że „poezja jest jak filozofia, nauka i memotwórstwo, (…) chodzi w niej zasadniczo o wspólnotę komunikacyjną i kumulatywność”. W ten sposób działa, a przynajmniej powinna działać, literatura i całe życie okołoliterackie, twórczość krytyczna, animacyjna, etc. Udaje się to raczej z różnym skutkiem, ale – jak sądzę – uda się w tej recenzji, która by nie powstała, gdyby święty Mikołaj o imieniu Marcin nie dostarczył mi debiutu Marcina Mokrego (chodzi o dwóch różnych Marcinów) i która prawdopodobnie wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby nie jedna z rozmów młodych ziomalek i ziomków, nadziei polskiej poezji przyszłości. W trakcie tej rozmowy narodziło się pojęcie z pogranicza literatury i kultury, które najpewniej już wkrótce na stałe zagości w słowniczku pojęć podręcznych, przydatnych na okoliczność umiarkowanie trzeźwych dyskusji i dorocznych spotkań rodzinnych. Autorką pojęcia, jakie pojawi się w tej recenzji, jest Anna Adamowicz. Pozdrawiam z tego miejsca (tu)!

Marcin Sendecki tak rekomenduje drugą książkę poetycką Ilony Witkowskiej: „Ilona Witkowska wie, co pisze, a to wcale nieczęste. Jej wiersze są jak dobrze wymierzone pociski melancholijnego gniewu. Warto uważnie śledzić ich lot” (blubr na tylnej stronie okładki tomiku Lucyfer zwycięża). Edward Pasewicz na skrzydełku jej debiutu Splendida realta notuje zaś: „Liryczne miniaturki. Zaskakujące skojarzenia. I wielogłosowość, urzekająca i niepokojąca, jakby autorka potrzebowała tysiąca głosów, by wybrzmiał ten jeden. Czytajcie a znajdziecie coś dla siebie”. Pierwszy z nich nazywa wiersze Witkowskiej „pociskami”, drugi „lirycznymi miniaturkami” i obydwaj mają rację. Utwory poetyckie Witkowskiej są jednocześnie ostre, wstrząsające, bolesne, jak i miękkie, czułe, otwarte na inność. Przy czym drugi tomik Lucyfer zwycięża jest kontynuacją pierwszego, choć pojawia się w nim kilka eksperymentów formalnych i inne jest rozłożenie akcentów. Poza tym pogłębieniu ulega w nim rozpacz podmiotki, która wie, że „rzecz w tym, żeby nie patrzeć zbyt bliska”, a jednak to robi, co ją boli, ale i pozwala nie stracić siebie w chaosie rzeczywistości.

Są takie książki, od których trudno się uwolnić. Które wracają, nie pozwalają o sobie zapomnieć. Już w czasie czytania męczą, drażnią, więc odkładasz je, czasem wręcz rzucasz. Ale znów sięgasz, wchodzisz w dziwne klimaty, nasiąkasz ich światem. Taką książką jest Balsamiarka Izabeli Kawczyńskiej. Pierwsza powieść łódzkiej poetki, wydana w 2015 roku, w moje ręce trafiła na początku roku 2017. I tak od kilkunastu miesięcy zmagam się z tą książką. Postanowiłam w końcu o niej napisać.

Nie mówię swoim sąsiadom „dzień dobry” z jednego prostego powodu – bo niemal ich nie widuję, nawet kiedy na dworze panuje godziwa temperatura i ludzie nie chowają się w najlepiej ogrzanych pokojach z ciepłą herbatą i telewizorem. Nie mówię też „dzień dobry” swoim korpo-współpracownikom, chociaż tu powody są już wielokrotnie złożone, jak sadzę. Nie mówię „dzień dobry”, więc nie piszę wierszy. Pisze je jednak Radosław Sączek, czego najlepszym dowodem jest leżąca na moim biurku książka „Późny debiut”. Debiut, późny czy nie, niewątpliwie rzuca się w oczy. Przyciąga uwagę już samą okładką, widokiem ust z diastemą między górnymi jedynkami, chętnych do przyjęcia wierszy. Wierszy zamkniętych w diagramach, skatalogowanych, przyporządkowanych do kategorii. Wiersze do biur. Chory rozsądek.

Nigdy nie sądziłam, że da się mnie łatwo przekupić. A jednak. Wystarczyło zacząć tom dwoma dobrymi mottami, dzięki którym jeszcze przed przystąpieniem do lektury poczułam się w książce jak w domu. A kiedy już wewnątrz natknęłam się na cytat z Piotrusia Leo Lipskiego i całkiem na głos wymsknęło mi się długie „o” (mniej więcej „ooooo”), wiedziałam, że przepadłam z kretesem. Rafał Skonieczny i jego Antologia hałasu obejmują prowadzenie w rankingu książek pod najlepszym wpływem. Czy przekłada się to na autorską zawartość tej książki? Tak, choć nie w przeliczeniu jeden do jednego.