W najnowszym numerze...

Radosław Sączek - Późny debiut

Nie mówię swoim sąsiadom „dzień dobry” z jednego prostego powodu – bo niemal ich nie widuję, nawet kiedy na dworze panuje godziwa temperatura i ludzie nie chowają się w najlepiej ogrzanych pokojach z ciepłą herbatą i telewizorem. Nie mówię też „dzień dobry” swoim korpo-współpracownikom, chociaż tu powody są już wielokrotnie złożone, jak sadzę. Nie mówię „dzień dobry”, więc nie piszę wierszy. Pisze je jednak Radosław Sączek, czego najlepszym dowodem jest leżąca na moim biurku książka „Późny debiut”. Debiut, późny czy nie, niewątpliwie rzuca się w oczy. Przyciąga uwagę już samą okładką, widokiem ust z diastemą między górnymi jedynkami, chętnych do przyjęcia wierszy. Wierszy zamkniętych w diagramach, skatalogowanych, przyporządkowanych do kategorii. Wiersze do biur. Chory rozsądek.

Tak naprawdę do końca lektury nie potrafiłam jednoznacznie określić, czy ten zbiór można nazwać „uporządkowanym” czy nie. Niewątpliwie, jak już wspomniałam, jest podzielony według tematyki na dwie części. Otwierające zbiór Wiersze do biur  skupiają się pozornie na pracownikach korporacji, z ich brudnymi sekretami, zamglonymi spojrzeniami i życiem od piątku do piątku. Chory rozsądek to wiersze o ludziach – nie tylko o sąsiadach i przechodniach, po prostu o ludziach. Ładnie podzielone, prawda? Jak hostia wierszy na okładce, równo przedzielona na dwie połowy, wybierz sobie co chcesz, a najlepiej przełknij całość. Ten niby-porządek widać na pierwszy rzut oka. Problemy (o ile można je tak nazwać) zaczynają się przy czytaniu.

Wiersze do biur jak „kobiety na traktory” i „cała Polska czyta dzieciom” – trąci sloganem. I nic dziwnego, ponieważ już od pierwszego tekstu Wiersze i buty widać, że cały zbiór ma jakąś misję do zrealizowania. Nie pisz dla poetów, nie pisz – mówi pierwszy wers pierwszego wiersza. Jeszcze o tym nie wiem, ale przy dalszej lekturze rzeczywiście okaże się, że poetycki język Radosława Sączka stoi w pewnej odległości od „typowego” języka poetyckiego, nawet jeśli bacznie mu się przygląda. Jest jasny, konkretny, niejednokrotnie bardzo dosłowny. Każe się zastanawiać, niewątpliwie, ale tam gdzie inni zatrzymują czytelnika plątaniną metafor i odniesień kulturowych, autor Późnego debiutu uderza w niego bezpośrednim przekazem. Trzymaj, czytelniku, sam się zastanów, czy moje wykresy kołowe mają drugie dno. Sam mi powiedz, czy czytasz o naprutych na integracji pracownikach korpo – czy może o czymś więcej?

Więc szyj buty dla tych,/ którzy butów nie chcą ­– czytam dalej w wierszu otwierającym i jest w tym coś, definitywnie jest. To jest książka, którą możesz wsadzić sobie do aktówki, położyć obok monitora i czytać w pięciominutowych przerwach przysługujących ci ze względów BHP. Tylko uważaj, bo ktoś może przeczytać przez ramię: kręci się jak smród po gaciach/ prezes po openspejsie kręci i cały następujący dalej opis teatru dla jednego widza, tego jak przez osiem godzin klepiemy zaklęcia. A tego możesz nie chcieć. Taki jest problem z tymi wierszami, łatwo w nich zobaczyć siebie, niekoniecznie w tej wersji, jaką chcesz na co dzień sprzedać. Ale i tak przeczytasz dalej, bo skoro to jest o Tobie, jest też o koledze ze stanowiska obok, o Zośce z księgowości, kto wie – może nawet o szefie?

Wiersze do biur jak barwny opis pracowniczych gierek, szkoleń, stosunków, których uczysz się od pierwszego odpiknięcia kartą magnetyczną na wejściu. Mówi o korporacjach, jak się może zdawać, ale w gruncie rzeczy przebija się przez niego wizja pracy w niemal każdym miejscu, świata nastawionego na cele i wyniki, niekoniecznie związane z talentem i kreatywnością. Z pewną dozą ostrożności mogłabym wręcz powiedzieć, że jest to nie tyle opowieść o pracy, ale nawet – o grach jako takich, o każdej relacji i każdym środowisku, w którym dookoła przegniłego rdzenia buduje się efektowną fasadę. Myślę, że nawet jeśli autor niekoniecznie taki miał zamiar, to rzeczywiście zaczął wprowadzać poezję do biur. Pierwsza część Późnego debiutu jest wymowna, prawdziwa, czytasz, zastanawiasz się – autor mrugnął okiem, czy pogroził palcem?

Chory rozsądek można nazwać bardziej uniwersalną częścią tomu Późny debiut, co bynajmniej nie oznacza, że jest gorsza lub lepsza od Wierszy do biur. Oznacza jedynie tyle, że udało nam się wreszcie wyjść z bezpiecznej przestrzeni pełnej dokumentów i monitorów na ulicę. Czas zanurzyć się w mieście, gdzie ławki są zabłocone, więc młodzieńcy w bluzach w soboty po zmroku kupują piwo pod parasolami i wracają z kuflami/ na ławki, gdzie zawsze idzie się dokądś, i nie sposób się schować, nie w dziurawej jezdni, nie w krzywym chodniku.

I znów – okazuje się, że  czytelnik czuje się w tym, co widzi, jak u siebie w domu, może raczej: u siebie w mieście. Warkot miasta/ i czerwone światła uderzają z każdego wiersza, praktycznie widać tłumy drepczące po chodnikach w szpilkach i martensach, otępiałe twarze ludzi w tramwaju odwracające się na widok żebraka z akordeonem, czuć dopijane w pośpiechu ostatnie krople kawy. Kto wie, być może to Radosław Sączek widzi moich sąsiadów, których ja spotykam tak rzadko, że nie mówię im „dzień dobry”, może pisze o nich wiersze, ostatecznie wie, że jego własny szesnastoletni sąsiad sprzedaje prawie wszystko.

Chory rozsądek tak jak i miasto jest chore. Na chodnikach nasiąkają błotem ulotki, policjanci wyciągają dzieciaki z piaskownic, a na osiedlu furkoczą foliowe torby, rodziny przetaczają się przez osiedle, z prezentami zawsze są kłopoty. Z tej części zbioru bardziej niż z poprzedniej przebija to ulotne wrażenie ruchu i hałasu. Miasto nie śpi nigdy, nawet w sobotnie poranki (może – zwłaszcza), nie można się zatrzymać. Żyję tymczasowo, już tylko folia/ i melodia potrafią zatrzymać chwilę – czytam w wierszu „Nie ma boga, nie ma szatana, jest tylko tu i teraz”. Sam tytuł wiersza dobrze podsumowuje tę część tomiku i wrażenie, które wywołuje.

Całość przekazu dodatkowo podkreślają przewijające się przez cały zbiór ilustracje Justyna Parafianowicza (notabene będącego też autorem okładki). Naszkicowane sylwetki ludzkie, niekiedy wykręcone w nienaturalnych pozach, zniekształcone lub pozbawione twarzy, w połączeniu z żywymi, wyrazistymi kolorami, mają w sobie coś niepokojącego, przyciągają wzrok, zatrzymują. Ludzie wyglądający jakby mieli zaraz zatonąć w mieście, zrobić ostatni, niemal samobójczy krok na ulicy, krok z wieżowca dziesięć pięter w dół, jakby syntezowali się w jeden organizm, mieszaninę odnóży i ust. Połączonych słomką w szklance lemoniady, końskimi kopytami, butelką. Barwne, dynamiczne, niekiedy jakby celowo niedopracowane obrazy doskonale wpisują się w stylistykę pędzącego miasta, potęgują wrażenie ruchu, tymczasowości tego, co mijamy codziennie w biurze czy na podwórku. Jest w tym coś niepokojącego, niemalże chorego, rozgorączkowane serce miasta zawsze w ruchu, ale i pewna obłuda przebijająca się pozornie otwartych i wyciągniętych w geście powitania dłoni – i braku twarzy przy tych dłoniach.

Gdyby Późny debiut Radosława Sączka był paczką cukierków, byłyby to cukierki lukrecjowe – można je lubić lub nie cierpieć, ale nie da się przejść obojętnie. Tak jak trudno jest powiedzieć „w sumie nie wiem, co sądzę o lukrecji”, tak i tu człowiek wyrabia sobie opinię szybko i niezależnie od tego, co sądzi, i tak długo jeszcze czuje posmak tego, co właśnie przeczytał. To książka, która uderza w czytelnika, bo jest blisko niego, bo wkrada się za nim do bura, bo z nim patrzy się w tramwaju na Rumuna z akordeonem. Autor widzi to, czego nie chcemy, spotyka ludzi, których niekoniecznie chcemy spotykać i nawet, jeśli nie mówi „dzień dobry” – niewątpliwie pisze wiersze. Osobiście uważam, że warto zobaczyć, co ma do powiedzenia, skupić się, parę razy zastanowić się, czy nie spotkaliście się na miejsce. Przełknąć swój cukierek i samodzielnie wyrobić sobie opinię – ostatecznie to, że ja lubię lukrecję nie znaczy, że każdy musi.

Anita Katarzyna Wiśniewska

Autor: Radosław Sączek
Tytuł: Późny debiut
Wydawnictwo: DOŚWIADCZENIA Z PERSPEKTYWĄ, DLA KONTRASTU. Fundacja na rzecz kultury niezależnej
ISBN: 978-83-948309-0-8

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.