W najnowszym numerze...

Rafał Skonieczny - Antologia hałasu

Nigdy nie sądziłam, że da się mnie łatwo przekupić. A jednak. Wystarczyło zacząć tom dwoma dobrymi mottami, dzięki którym jeszcze przed przystąpieniem do lektury poczułam się w książce jak w domu. A kiedy już wewnątrz natknęłam się na cytat z Piotrusia Leo Lipskiego i całkiem na głos wymsknęło mi się długie „o” (mniej więcej „ooooo”), wiedziałam, że przepadłam z kretesem. Rafał Skonieczny i jego Antologia hałasu obejmują prowadzenie w rankingu książek pod najlepszym wpływem. Czy przekłada się to na autorską zawartość tej książki? Tak, choć nie w przeliczeniu jeden do jednego.

Antologia hałasu ma bardzo zacną okładkę. Jak ją jednak czytać? Słowo „hałas” wygląda, jakby ulegało rozpadowi. Hałas przechodzi w chaos, a wiersze wydają się mieć niewiele wspólnego z hałasem (raczej – poza pewnymi wyjątkami – nie krzyczą) i jeszcze mniej z chaosem (Skonieczny zorganizował je w elegancką formę sonetu). Poza tym jest to już druga Antologia hałasu w dorobku poety. Pierwsza – w formie arkusza – pojawiła się niemal dziesięć lat temu. Jak dowiadujemy się z Przypisów, „coś, co miało być początkiem drogi, okazało się jej końcem”. Autor podkreśla łączność tej publikacji i dwóch poprzedzających ją tomów (Dzikie strony i Przeniesiony człowiek), a najnowszą książkę nazywa poematem. W rozmowie z Michałem Małysą dodatkowo wskazuje kilka potencjalnie interesujących dla czytelnika tropów lekturowych oraz odżegnuje się od klasycyzmu. Trudno mi spojrzeć na Antologię hałasu przez pryzmat osądu Skoniecznego, oprę się więc na własnych wrażeniach lekturowych i wyłaniających mi się z nich interpretacjach.

Choć jestem daleka od tego, by czytać tę książkę jak poemat, rzeczywiście poszczególne wiersze tworzą spójność całość, układają się w historię z powracającymi bohaterami czy konstrukcjami zdaniowymi („zamieszkiwaliśmy niegdyś przestronne pokoje”). O ile sam tytuł wydaje mi się średnio odpowiadać zawartości tomu, o tyle jego wyobrażenie graficzne dużo bardziej przystaje do tych wierszy. Wyłania się z nich bowiem właśnie świat w rozpadzie, świat pełen strat i śmierci. Rzeczywistość jest tu odbierana bardzo intensywnie i to na różnych płaszczyznach: religii, miłości, wszelkiego rodzaju doznań zmysłowych, ale wydaje się to podyktowanie właśnie poczuciem nieuchronnego końca. Koniec należy również rozumieć wieloaspektowo: jako rozpad różnego rodzaju więzi, utrata złudzeń, dorastanie, umieranie. Jest tak, jak w tytule trzeciej części: skruszę kości, ale będę biegł (do cna). Świadomość poniesionych i oczekiwanych strat nie powoduje wycofania się ze świata, ale walkę do upadłego o to wszystko, co świat i ludzie mają do zaoferowania.

Jednym z naczelnych motywów spajających tę książkę jest woda. Kiedyś miałam tendencję do czytania od końca i usilnie starałam się jej wyzbyć, dlatego teraz nigdy nie zerkam na ostatnie strony. W tym przypadku – szkoda, bo w Przypisach autor wyjaśnia obecność tego żywiołu w Antologii hałasu: „Książkę tę zacząłem pisać latem 2005 roku, sprowokowany wspomnieniem chłopaka, który pod koniec lat dziewięćdziesiątych utopił się pod mostem Siedleckim w Małkini Górnej, kiedy usiłował przeprawić się wpław przez rzekę Bug w kierunku Treblinki.” Podmiot sytuuje się nie tylko wobec samego, tragicznego w skutkach, zdarzenia, ale również wobec znanego z widzenia chłopca. Niekiedy staje się on jego rozmówcą (czy przynajmniej odbiorcą komunikatu), a niekiedy odnosimy wrażenie, że osoba mówiąca przeżywa to niedokończone życie, jakby w zastępstwie. Choć żyje, jej ścieżki wciąż prowadzą nad rzekę, a „rozbicie się” to tylko kwestia czasu. Ląd wydaje się mniejszym oparciem. To i tak „stłuczony deszczem pysk”, a „wieczory są zbyt bezludne, / żeby wyciągnąć coś jeszcze / oprócz rąk i nóg zdolnych utrzymać tylko / rozgwiazdę”. Zamknięta przestrzeń to zawsze ograniczenie, a nie oparcie. „Kto nas przebudził dla tego równie  wygłodniałego miasta (…)?” Woda więc koniec końców jawi się jako źródło ucieczki: i doraźnej, i ostatecznej.

Egzystencja w rozpadającym się świecie ma to do siebie, że jest egzystencją na granicy między bytem a niebytem. Przekłada się to na sposób istnienia podmiotu, który jednocześnie jest bardo mocno tu i teraz, w konkretnych realiach życiowych, przestrzennych i politycznych, a jednocześnie momentami ucieka w abstrakcję, wyobraźnię, wspomnienia. „(…) Sny mamy za jedyną deskę ratunku.” Granica między jawą a snem jest dosyć cienka. „Opowiadamy sobie cudowne historie // ze starych gazet: o dziecku z twarzą mężczyzny / ukrytym w kanałach, o diable, który porusza zasłoną, / kiedy rodzice wychodzą na sumę.” Choć rzeczywistość snu jest raczej groteskowa i groźna, wobec jawy ma tę zaletę, że nie podlega presji czasu. Możliwe jest wyśnienie nieodbytych rozmów z nieistniejącymi (już) ludźmi czy powrót do minionych wydarzeń i przeżycie ich zupełnie inaczej. Nadto wspólny sen jest bardzo silnym spoiwem, a to rzeczywistość tę wspólnotę rozbija.

W tomie wielokrotnie powraca motyw Boga, a nawet konkretne zdanie: „Bóg nie ma pożytku” (z ciebie, ze mnie, „z wędrówki ust i rąk”). Relacja z Bogiem jest tu trudna, choć właściwie jest to bardziej relacja z kościołem. Obecność tego tematu wydaje się również umotywowana skupieniem na rozpadzie rzeczywistości i ponoszonych stratach (a przy okazji również nazwą rzeki). Nie chodzi tu jednak o aspekt egzystencji po śmierci, co wydawałoby się całkiem naturalnym wyborem, a raczej o to, jak należy być dla drugiego człowieka i co można zrobić, by tę bliskość uzyskać. Podmiot przeciwstawia się nie tyle Bogu, co formom jego obecności. Jest z tych, „którzy na długo przed Wigilią / zjadają świeży opłatek jak tabliczkę / mlecznej czekolady”. Mierzi go modlitwa, bo „zawsze / zaczyna się od pustej kieszeni”. Chciałby prawdziwej rozmowy, bycia dla kogoś niezależnie od potencjalnych zysków lub strat. Jego kościół to brzeg rzeki, a wśród rytuałów m.in. trwonienie czasu, kontemplowanie ścieżek pająków wodnych, rozszyfrowywanie pisma wiekowej rdzy (Ludowa encyklopedia jazzu i Przyniesiony człowiek). Innymi słowy – obserwacja świata i skoncentrowanie na nim, a nie na sobie.

Podmiot Antologii hałasu jest nie tylko na granicy snu i jawy, ale też egzystencji jako takiej. Mija on granicę śmierci nieustannie i lekko. „I ja umarłem, / choć obiecywałem (…), / że nigdy, nigdy nie umrę.” Ta płynność daje mu wgląd w świat zanurzony pod powierzchnią: w świat wody, marzeń i złudzeń. Ostatecznie chodzi o to, żeby o tym wszystkim móc opowiedzieć. Podmiot deklaruje: „znałem zaklęcia ciemniejsze / od ziemi”. Historia opowiedziana przez Rafała Skoniecznego jest warta wysłuchania. Pokazuje, że zawsze jest ktoś, kogo rzeczywistość poruszy i kto nie pozwoli, by człowiek, zwierzę lub rzecz przepadły bezpowrotnie. „Ostatecznie / samotność to też tylko słowo.” Za to człowiek jest więcej niż słowem.

Anna Mochalska

Autor: Rafał Skonieczny
Tytuł: Antologia hałasu
Wydawca: Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2016
ISBN: 978-83-64504-82-2

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.