W najnowszym numerze...

Robert Kania - Wołynie i inne wiersze

Wołynie i inne wiersze trafiły na moją półkę stosunkowo niedawno – jesień już nawet nie próbowała być ładna, zrobiło się zimno, a supermarketach zaczęły się pojawiać hurtowe ilości zniczy. Na przekór temu, na tle prostej, białej okładki nowego zbioru wierszy Roberta Kani uwagę przyciągał przyjemny dla oka, złocisty pejzaż. Dwadzieścia sześć wierszy i posłowie – to niewiele, nawet jeśli nie uwzględnimy typowej dla autora zwięzłości formy. Zaczęłam więc czytać nastawiając się na krótką, szybką lekturę. Przeliczyłam się… nawet bardzo.

Już na pierwszy rzut oka rzuca się w oczy znana mi już ze spotu zwięzłość. Robert Kania dobiera słowa oszczędnie, nie ma tu miejsca na nic zbędnego. Teksty nie przekraczają jednej strony, niejednokrotnie mieszczą się w mniej niż dziesięciu wersach. Na tak niewielkiej przestrzeni udaje się autorowi nie tylko nawiązać bogatą korespondencję z kulturą i historią, ale też przytrzymać czytelnika na dłużej i przyciągnąć jego uwagę, zmusić go do myślenia i zatrzymania się. Siła poezji Roberta Kani nie leży bowiem w niezwykle rozbudowanych metaforach czy obrazowości tylko właśnie w celności i zwięzłości. Wygląda to trochę tak, jakby poeta wziął jakiś obraz, historię i spokojnie, malutkim nożykiem modelarskim powycinał z tego wszystkie zbędne kawałki, zostawiając sam rdzeń. Nie tylko nie umniejsza to jednak siły przekazu, a jeszcze dodatkowo go wzmacnia. tego popołudnia z pożaru w Dhace ktoś uratował/ dwa rękawy od sukienki zamiast dziewczynki o imieniu Almas – czytam i w tych dwóch wersach widzę więcej, niż wielu autorów zawarłoby w kilku tekstach. Jest tu cała historia, która niesie ze sobą jakieś przemyślenia, obraz, konieczność zastanowienia się – wszystko to w dwóch wersach, a przecież sam wiersz ma ich jeszcze o kilka więcej. Kania nie pisze o emocjach – a przecież je wywołuje. Być może jego wiersze nie robiłyby takiego wrażenia, gdyby nie ich chłód i precyzja?

Krótki tekst nie znaczy jednak „łatwy”. W pewnym momencie okazało się, że mimo moich jak najlepszych chęci nie jest to lektura „na jeden raz”. Duży ładunek emocjonalny, w dodatku nie nazwany wprost, będący raczej czymś, co czai się pod powierzchnią wersów, w pewnym momencie zaczyna odrobinę przytłaczać. Jest w tej poezji coś niepokojącego. W przedstawianym nam świecie dużo jest śmierci, kończenia się, przemijania. Mamy wrażenie, że czekamy na coś złego, coś, co może się wydarzyć w każdym momencie, nawet jeśli lato w tym roku jest znowu piękne/ i gorące tak że widok z Pałacu Kultury faluje. To następna cecha, której nie zauważyłam w debiutanckim tomiku, a która teraz rzuca się w oczy i znacząco wpływa na odbiór całości. I znów – nie uważam, że jest to wada tego zbioru. Wręcz przeciwnie, zastanawiam się, czy nie czegoś takiego właśnie potrzebuje poezja właśnie w tym momencie – czegoś, przez co trudno przejść w jeden wieczór, ale przyciąga w małych ilościach? Przeczytanie jednego, może nawet kilku wierszy wciąż zajmuje mniej czasu niż przejechanie jednego przystanku autobusowego albo oczekiwanie aż woda w czajniku zacznie wrzeć. W czasie, gdy coraz więcej rzeczy robi się w biegu, mimochodem, między jedną pracą a drugą, dobrze jest mieć pod ręką zbiór, do którego można zajrzeć kilkakrotnie, za każdym razem nie poświęcając na to zbyt wiele czasu. Łatwo mi wyobrazić sobie zabieganego pracownika korporacji, który w wagonie metra przeczyta, przykładowo: podobno przy urodzeniu/ dostałem dziewięć skali Apgar/ jeden punkt mniej za brak krzyku – a później pójdzie do swojej wygodnej pracy, ale słowa już z nim zostaną. I, kto wie, być może wracając z pracy przeczyta następny wiersz? I jeszcze jeden?

Nowy tomik Roberta Kani pod wieloma względami przypomina mi jego debiut. Autor nie stracił cechującej go już od dawna celności i zdolności obserwacji. Nadal też jest jego wiersze sprawiają wrażenie precyzyjnych i dobrze przemyślanych. Wydaje mi się jednak, że autor w pewnym stopniu rozszerzył frazę, bardziej pozwolił sobie „odetchnąć”. Z większą świadomością też korzysta, jak sądzę, z nawiązań literackich i kulturowych – to, co w spocie dopiero się pojawiało jest jedną z ważniejszych sił działających na czytelnika w wołyniach… Z dużym zainteresowaniem obserwuję rozwój literacki autora i wydaje mi się, że jego twórczość idzie w dobrym dla niego kierunku.

Czy jest to zbiór wierszy, który poleciłabym każdemu? Sądzę, że nie. Raczej nie znajdą w nim nic dla siebie amatorzy silnej uczuciowości czy rozbudowanych opisów. Najprawdopodobniej też nie będzie to zadowalająca lektura dla kogoś, kto chce przejść przez kolejny tomik szybko, łatwo i przyjemnie, bez zatrzymywania się, nie da się bowiem zaprzeczyć, że lektura wymaga pewnej znajomości tropów kulturowych. Jeżeli jednak ktoś chce spróbować czegoś nowego, nie boi się zatrzymać i zastanowić, mogę z czystym sumieniem polecić wołynie i inne wiersze – jestem pewna, że czas poświęcony na lekturę tego tomiku będzie dobrym, wzbogacającym czasem.

Anita Katarzyna Wiśniewska

Autor: Robert Kania
Tytuł: wołynie i inne wiersze
Wydawnictwo: ANAGRAM, 2017
ISBN: 978-83-65554-18-5

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.