W najnowszym numerze...

Recenzje

Mogłoby się wydawać, że kilka ciepłych dni po miesiącach zimy nie będzie zachęcało ani do pisania, ani tym bardziej do czytania poezji. Mimo to, kiedy na moim biurku pojawił się nowy zbiór wierszy Mariusza Ropczyńskiego, niemal od razu zabrałam się za lekturę. Ostatecznie, wiosna to także czasz, kiedy wszystko budzi się do życia – czemu więc nie przeczytać czegoś dobrego?

Wiek XXI, środek Europy. To fakty, które trzeba sobie nieustannie przypominać w czasie lektury W cieniu afery (dzienniki więzienne) Marii „Majki” Żywickiej-Luckner. Lekarka pełniąca funkcję lekarza sądowego została skazana. Dwa wyroki – jeden został podtrzymany, drugi uchylony, a oba wydane na podstawie zeznań tego samego świadka. Już ta informacja zamieszczona na ostatniej stronie okładki powoduje, że mówię „nie rozumiem”. Zaczynam czytać i to nierozumienie powraca jak refren. A po przeczytaniu całości wiem, że zrozumieć nie chcę.

„No to mamy impas” – powiedział jeden z moich znajomych. Bezgłośnie zgodziłam się z nim i wróciłam do czytania. Za oknem śnieg dramatycznie znikał ze wszystkich co bardziej oświetlonych powierzchni. Z drugiej strony, znika tak już od paru ładnych dni. Czarno-biała okładka tomu Katarzyny Michalczak Pamięć przyjęć błysnęła, gdy padło na nią światło lampy.

1. Jak wespół zespół się złożyło czytanie. Pisma

W tym miesiącu recenzja jest sponsorowana w większości przez młodych poetów (burżuje!) i zasadniczo powinna posiadać gdzieś wtręt, że zawiera lokowanie produktu (produktów). Czy też może raczej osób. Radek Jurczak swego czasu (drzewiej, na Facebooku, przy okazji otrzymania Silesiusa za debiut) napisał bardzo ładnie, że „poezja jest jak filozofia, nauka i memotwórstwo, (…) chodzi w niej zasadniczo o wspólnotę komunikacyjną i kumulatywność”. W ten sposób działa, a przynajmniej powinna działać, literatura i całe życie okołoliterackie, twórczość krytyczna, animacyjna, etc. Udaje się to raczej z różnym skutkiem, ale – jak sądzę – uda się w tej recenzji, która by nie powstała, gdyby święty Mikołaj o imieniu Marcin nie dostarczył mi debiutu Marcina Mokrego (chodzi o dwóch różnych Marcinów) i która prawdopodobnie wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby nie jedna z rozmów młodych ziomalek i ziomków, nadziei polskiej poezji przyszłości. W trakcie tej rozmowy narodziło się pojęcie z pogranicza literatury i kultury, które najpewniej już wkrótce na stałe zagości w słowniczku pojęć podręcznych, przydatnych na okoliczność umiarkowanie trzeźwych dyskusji i dorocznych spotkań rodzinnych. Autorką pojęcia, jakie pojawi się w tej recenzji, jest Anna Adamowicz. Pozdrawiam z tego miejsca (tu)!

Marcin Sendecki tak rekomenduje drugą książkę poetycką Ilony Witkowskiej: „Ilona Witkowska wie, co pisze, a to wcale nieczęste. Jej wiersze są jak dobrze wymierzone pociski melancholijnego gniewu. Warto uważnie śledzić ich lot” (blubr na tylnej stronie okładki tomiku Lucyfer zwycięża). Edward Pasewicz na skrzydełku jej debiutu Splendida realta notuje zaś: „Liryczne miniaturki. Zaskakujące skojarzenia. I wielogłosowość, urzekająca i niepokojąca, jakby autorka potrzebowała tysiąca głosów, by wybrzmiał ten jeden. Czytajcie a znajdziecie coś dla siebie”. Pierwszy z nich nazywa wiersze Witkowskiej „pociskami”, drugi „lirycznymi miniaturkami” i obydwaj mają rację. Utwory poetyckie Witkowskiej są jednocześnie ostre, wstrząsające, bolesne, jak i miękkie, czułe, otwarte na inność. Przy czym drugi tomik Lucyfer zwycięża jest kontynuacją pierwszego, choć pojawia się w nim kilka eksperymentów formalnych i inne jest rozłożenie akcentów. Poza tym pogłębieniu ulega w nim rozpacz podmiotki, która wie, że „rzecz w tym, żeby nie patrzeć zbyt bliska”, a jednak to robi, co ją boli, ale i pozwala nie stracić siebie w chaosie rzeczywistości.