W najnowszym numerze...

Recenzje

W czekaniu na pełnię wiosny jest coś z rozmowy z pięciolatkiem.

- Tam pod ścianą są pluszaki. Już się nie nimi nie bawię, to dla małych dzieci, oddam twoim.
- Ale ja nie mam dzieci, Bartusiu.
- Oddam, jak będziesz miała. Jak zaplanujesz.

Wszystko jest możliwe, trzeba tylko zrobić plany i poczekać. Jeszcze kwartał, miesiąc, dwa tygodnie, kilka dni. Ostatni weekend, który postanawiasz przespać, choć się nie udaje. Budzi jazgot dzwonka w telefonie. To numer, który zawsze odbierasz.

- Cześć, serduszko. Halo?
- [głos w słuchawce podpowiada szeptem] Ciocia... Ola...
- Ciu-ciu Oja!!! [głos dwulatka. Nie opanował jeszcze trudnej sztuki dobrej dykcji]
- Cześć, Stasiu! Cześć, kochanie!
- Babaaa!!!

Zostać babcią, nie będąc matką. Za oknem znów hałda śniegu. Jest koniec marca, zgodnie z planem pierwsze dni wiosny. Kalendarz nie ma racji.

Tym, co już na pierwszy rzut oka wyróżnia najnowszą książkę Zofii Bałdygi kto kupi tak małe kraje, jest opracowanie graficzne, za które odpowiedzialna była Ola Wasilewska (chapeau bas!). Świetna okładka, a wystarczy przekartkować zawartość, by zobaczyć, iż w środku podobnie, konsekwentnie i na równie wysokim poziomie. Już dzięki stronie wizualnej czytelnik wie, że wszystko klei się w jedną całość, od początku do końca zrealizowaną zgodnie z określonym zamysłem; że jest to projekt przeprowadzony z precyzją i dbałością o szczegóły.

Mogłoby się wydawać, że kilka ciepłych dni po miesiącach zimy nie będzie zachęcało ani do pisania, ani tym bardziej do czytania poezji. Mimo to, kiedy na moim biurku pojawił się nowy zbiór wierszy Mariusza Ropczyńskiego, niemal od razu zabrałam się za lekturę. Ostatecznie, wiosna to także czasz, kiedy wszystko budzi się do życia – czemu więc nie przeczytać czegoś dobrego?

Wiek XXI, środek Europy. To fakty, które trzeba sobie nieustannie przypominać w czasie lektury W cieniu afery (dzienniki więzienne) Marii „Majki” Żywickiej-Luckner. Lekarka pełniąca funkcję lekarza sądowego została skazana. Dwa wyroki – jeden został podtrzymany, drugi uchylony, a oba wydane na podstawie zeznań tego samego świadka. Już ta informacja zamieszczona na ostatniej stronie okładki powoduje, że mówię „nie rozumiem”. Zaczynam czytać i to nierozumienie powraca jak refren. A po przeczytaniu całości wiem, że zrozumieć nie chcę.

„No to mamy impas” – powiedział jeden z moich znajomych. Bezgłośnie zgodziłam się z nim i wróciłam do czytania. Za oknem śnieg dramatycznie znikał ze wszystkich co bardziej oświetlonych powierzchni. Z drugiej strony, znika tak już od paru ładnych dni. Czarno-biała okładka tomu Katarzyny Michalczak Pamięć przyjęć błysnęła, gdy padło na nią światło lampy.