W najnowszym numerze...

Katarzyna Wiśniewska vel Kate Prozac

Dziś kolejna "nowa twarz" poetycka - Katarzyna Wiśniewska znana też w sieci jako Kate Prozac. Więcej w notce, którą autorka sama sobie sporządziła. Cóż pod bokiem, w Radomiu, rośnie mi konkurencja :).

Zapraszam do lektury.

Paweł Podlipniak

 


 

Autorka sama o sobie:

Kate Prozac (właściwie: Katarzyna Wiśniewska), ur. 15 lipca 1984 roku w Radomiu (myślę, że rocznica bitwy pod Grunwaldem nie jest przypadkowa... duch we mnie waleczny ;))

Jestem absolwentką etnologii na Uniwersytecie Łódzkim; od ponad dwóch lat pracuję jako dziennikarka w radomskiej redakcji Gazety Wyborczej.

Z sukcesami brałam udział m.in. w konkursach poetyckich „O Granitową Strzałę” w Strzelinie (2010, wyróżnienie), „O złotą stalówkę” w Poznaniu (2010 r. - I miejsce), „Jesienna Chryzantema” w Płocku (3 razy, w zeszłym roku I miejsce), „Młodzi na łodzi” (I miejsce i roczne warsztaty w IBL PAN), w konkursie na prozę poetycką im. W. Sułkowskiego w Łodzi (III miejsce). Ponadto kilka wyróżnień drukiem (np. w „Bluszczu” w 2010 r.), niedawno publikacja w „Opcjach” i „Akcencie”. Po publikacji w „Akcencie” moje wiersze wziął na tapetę Wacław Tkaczuk w audycji „Wiersze z gazet i czasopism” w II Programie Polskiego Radia. Ocenił mnie jako wielce obiecującą młodą poetkę.

Jak bogowie Asgardu pozwolą, wiosną lub latem ukaże się mój debiutancki tomik. Trwają prace edytorskie.

Lubię czarny humor, skandynawski metal i tegoż pochodzenia kryminały. Chciałabym zamieszkać z ukochanym w latarni morskiej jak z obrazów E. Hoppera. Cytując kolegę-poetę: ze świąt obchodzę tylko tłusty czwartek. Wolę pisać niż mówić.

 


 

Don’t grow up, it’s a trap!

pamiętam wyraźnie zapach mleka
mocny pełen trawy i ciepła
prosto z łąki gdzie kaczeńce
udawały małe słońca

w sam raz żeby oszukać
biedronki i zwabić chociaż na chwilę
zanim podrzucimy je do nieba
z prośbą o szybki koniec roku szkolnego
niewypadające zęby
brakujący samochód
do kolekcji z gum

tuż po zachodzie z ziemi
podnosiła się maciejka
a my spoglądaliśmy na księżyc
był tak blisko
że łaskotaliśmy go palcami a on
robił zdziwioną minę

potem ktoś okrutnie dorosły powiedział
że to tylko kratery a ludzka tendencja
do widzenia twarzy w innych obiektach
ma swój początek
w architekturze neuronowej

 

bluebird

there's a bluebird in my heart that
wants to get out
but I'm too tough for him
Ch. Bukowski

jest głos w mojej głowie jest pies
może był bity albo przeżył coś
o czym wolałabyś nie słyszeć
przed snem nie wiem
czy można go pogłaskać

lepiej wysiądź
inni już odsuwają się ode mnie
w kierunku drzwi coś śmierdzi
spokojnie po prostu udaj
że nie lubisz zwierząt

jeszcze jesteś? no to spróbuj ogarnąć to:
czuję się jak pieprzony motyl w kokainie
tak nie przesłyszałaś się
źrenice mi się rozszerzają spójrz
mam dodatkowy błysk w oku jadę tak
na spacer dokąd
jeszcze nie wiem

jest pies w mojej głowie jest głos
który mówi nieważne
jaka to linia
samotność to wtedy
gdy każdy tramwaj jest dobry

 

tratwa meduzy

zbudowaliśmy tratwę
dwadzieścia metrów na siedem
sto czterdzieści sześć osób
jedna myśl: przetrwać
piątego dnia jean wziął nóż
napiąłem wszystkie mięśnie
gotowy do obrony
na szczęście podszedł do młodej kobiety
od tej pory nikt nie mógł zasnąć
noże stały się przedłużeniem naszych rąk
i woli życia
najsilniejsi wyrzucali z tratwy słabych i rannych
jakiś czas później w klinice dla obłąkanych
odwiedzał nas pewien artysta
gromadził szkice i amputowane kończyny
czasem pytał czy to prawda
że najsmaczniejsze są policzki
podobno
mięśnie ciągle pracują oczyszczając mięso
z toksyn

 

Cierpnienia młodego Karola Kota

Czy pan wie, że najłatwiejsza droga do serca prowadzi przez plecy?

w kościele jest przyjemnie
chłodno cisza - warunki idealne
dla starych kobiet które chcą
być bliżej boga

nie przebiłem jej serca
jasnym promieniem jak on
ale czyż nie wyszło na to samo?

dzieci były jak małe koty
naiwne i chciwe pieszczot
ich miękkie brzuchy czule witały
mój nóż - uwielbiałem
jego nienaganny profil

był przedłużeniem
mojej woli:
przekłuta deska lub przecięty na pół
uśmiech dziewczyny
która z własnych wnętrzności
nie wywróży sobie nic dobrego

gdybym tylko mógł
poderżnąłbym temu miastu
wszystkie ulice

 

miniemy krawędź niejednego świtu

pamiętasz
kiedyś jechaliśmy samochodem tak szybko że nikt by nas
wtedy nie złapał i sama nie wiedziałam dokąd i po co
może po coś. stanęliśmy i kazałam ci zapiąć pasy,
tak bardzo chciałam wtedy zatrzymać ciebie i czas w tym aucie
na brzegu jakiegoś kraju czy morza, nieważne. słońce wzeszło i
trochę głodni ruszyliśmy dalej, karmiłam cię zającami ze światła
miałeś pełne usta świateł
chyba oboje zjedliśmy ich wtedy za dużo.
do dziś kręci mi się w głowie kiedy o tobie myślę

 

seksbomby wybuchają o świcie

sierpień 1945. godzina 8.15 upał
tego lata jest nie do zniesienia
zaraz się rozpłynę
mówi marilyn a wiatr rozwiewa
jej włosy (kilka lat później
pozwoli mu głaskać się po udach)

tym razem by mnie uspokoić
jedź szybciej
prosi i przywołuje
burzę piaskową
moja mała szamanka
szepcze james i czuje
że jest już gotowa

po drugiej stronie oceanu
otwiera się piekło
i nikt nie słyszy
jak młoda marilyn
krzyczy
I love you
my little boy

 

Jackson Pollock kapie na trawę

może dla odmiany umrzesz
zrezygnujesz lub oszalejesz
na moim punkcie -
lód w głosie Lee mógłby skuć całą krew
i whisky gdyby jeszcze jakaś została

to go tylko rozśmiesza
cały przedpokój wyłożony jest płótnem
Jackson zostawia żonę
i wkłada sobie do ust łyżeczkę błękitu
w obu rękach pędzle nabrzmiałe od farb
na głowie szklanka pełna chartreuse

zamyka oczy i na jednej nodze skacze
kolory przechodzą przez niego
i po nim
znacząc ślad jakby broczył ze wszystkich członków

kwadrans później rozpościera na drzewie
dzieło swojego życia
przez wgniecioną maskę i po niej
przechodzi na drugą stronę
my best action painting
konstatuje z lotu ptaka
i spluwa czerwoną kropką

 

życie zacina się po osiemdziesiątce

już prawie północ pora niewyrażalnego
po drugiej stronie ściany pukanie
ktoś obcy mógłby się przestraszyć
ale my wiemy
dziadek znów zabija

pająki
to jego domowy sposób
na zachowanie równowagi
w przyrodzie

te skurwysyny mają w sobie więcej wody
niż mój pęcherz nad ranem
krzyczy i musimy mu wierzyć
odkąd leki na sen też nie działają

czekamy na balkonie aż się uspokoi
papierosy są złe
i zamarzają nam w ustach
jest zimno będzie lepiej
jeśli nie padną żadne słowa

 

to nie jest wiersz dla małych dzieci

dawno temu kiedy byłam mała
rodzice całowali mnie na dobranoc
a bajki wywoływały łzy
aż chciało się zasnąć
przenieść tam i nie wracać
kuzynkę babci odwiedził jezus

pojawił się rano na grzance
podobno był zmartwiony
może dlatego że ciocia wiesia
nie mogła go przykryć wędliną
czy nawet serem

jezusowi musiała wystarczyć biała chustka
leżał pod nią trzy dni aż rozpadł się na kawałki
odpadło mu oko i nos
ciocia modliła się dwa razy głośniej
płakała a wujek jak gdyby nigdy nic
wyrzucił okruchy ptakom

wtedy postanowiłam:
nie pójdę do pierwszej ani żadnej
następnej komunii
jezus ostry jak suchy chleb
mógłby mi pokaleczyć dziąsła
ewentualnie wywołać napad
panicznego śmiechu
lub kaszlu

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.