W najnowszym numerze...

Mariusz Tenerowicz

Do pary Elżbiecie Lipińskiej daję Mariusza Tenerowicza. Do tanga trzeba dwojga, ale tu tancerze zgubią rytm, bo poezja Tenerowicza to poezja obrazu nasuwająca skojarzenia z Honetem czy Majzlem. To nie zarzut, a obserwacja, bo te wiersze są mniej oszczędne w słowach, bardziej rozlewne i wychodzi im to na dobre. I jest tam pełno urokliwych fraz, jak choćby ta zaczynająca się od słów „czas strojenia rowerów”.

Poezja Tenerowicza to takie moje prywatne odkrycie i chętnie się dzielę nim z czytelnikami Salonu.

Zachęcam do lektury.
Paweł Podlipniak

 


 

Mariusz Tenerowicz ur. 16.06.1970 r. w Jaśle. Historyk i anglista, uczy w Gimnazjum Miejskim w Leżajsku. Debiutował w dwujęzycznej antologii „Dorzecza nadziei (Zgorzelec 1996). Laureat konkursów poetyckich m.in. : K.K. Baczyńskiego (Łódz), Laur Jabłoni (Grójec), Z. Becińskiego (Radziejów), Stowarzyszenia Logos (Świdnica), im. H. Poświatowskiej (Częstochowa), „Krajobrazy Słowa” (Kędzierzyn-Kożle), „Syfon” (Brzeg), „O Złote Pióro Sopotu” (Sopot), „O Złotą Szyszkę” (Stalowa Wola), „Wrzeciono” (Nowa Sarzyna), im. Georga Trakla (Kraków), im. Stanisława Grochowiaka (Leszno). Publikował w czasopismach literackich : Fraza, Akant, Studium, Opcje, Kursywa, Undergrunt, Metafora, Obrzeża, Red, Poezja dzisiaj. Opublikował książki poetyckie: „Fałszywy prorok” - arkusz poetycki (Leżajsk 1997), „Poza ciemnokrąg” (Stalowa Wola 2004) – nagroda ZLP za najciekawszy debiut Podkarpacia. Autor tekstów grupy rockowej White Socks.

 


 

Lekcja astronomii

Dębowy stół pośrodku pokoju, w centrum
wszechświata, wokół meble w stanie nieważkości
pył księżycowy na półkach, sztućcach, filiżankach
srebrnej zastawie, sierpień spalał się w zapałkach
                                                            meteorów
w pudełku pod niebem osiedla, gdzie jaśniały
satelity autobusów wyjeżdżających z konstelacji
przedmieść na uwięzi niewidzialnych sznurków
dróg, niczym błyszczące latawce międzyplanetarne

pamiętam pierwsze bolesne lądowania
za grzbietem skarpy, w kraterze cegielni
i powroty, po mlecznej drodze mgieł
gdy Orion w neonowej poświacie błyszczał

nad wejściem do delikatesów, w obrotach
sfer podłych alkoholi, zanim inni zamknęli się
w kapsułach czasu, orbitach ciemnych
gwiazd, nim grawitacje, układy przyciągnęły

nas bardziej, zwodnicza Wenus ścisnęła
pierścieniem, gniewny Mars zakwitł we krwi
jak piołun, nim słowa oddaliły nas od siebie
                                             o całe świetlne lato

 

Kamienie milowe

Rzeka odkryła swe plecy tak przezroczyście
że policzyłbyś płetwy ryb ( jej wody opadły
tamtej nocy), czerwony karzeł lipca wszedł
w wikliny, poławiacze czarnego dębu

grzęźli w nabrzeżnym piasku, mozolnie
podnosząc trofea pni, niczym miniaturowe
łodzie podwodne, tego lata byliśmy podobni
do nieopierzonych czapli lub jak pająki

w swych tlenowych dzwonach dobijaliśmy
dna, na chwilę tracąc świadomość
nieznane światła i głosy milkły, tonęły
drugi brzeg falował w upale niczym odległa

planeta, był tak nieosiągalny, odległy
o całą sążnie zmęczenia, o odbicia kaczek
rzucanych po tafli, niewiarygodne; mogliśmy
stanąć na  nim suchymi stopami przeskakując

po grzbiecie kamieni gdy wody opadły
rzeka rozstąpiła się nagle w popołudniowym śnie
o ziemi obiecanej

 

Babel

Posłuchaj jak rośnie w nas wieża
cegła po cegle tkanek, gałęzie obsypane
liśćmi anten wpatrzonych w wirtualne niebo
ponad wiszącymi ogrodami balkonów

podobno wieczorami dobudowują tu kolejne
piętra; hodowcy gołębi, nastoletni badacze
grawitacji, sąsiedzi z totemami zwierząt
wyznawcy Nostradama, kabały i kart kredytowych

Posłuchaj jak w zaroślach przewodów
śpiewa blaszany ptak windy, zmierzch mruga
nerwowo neonami kocich źrenic w miodowym
plastrze tysiąca okien, odblasków, w podległych

administracji terytoriach mieszkań, korytarzy
podobno wstawiają tam kolejne szczeble
drabiny jakubowej odkąd ściągnęli tutaj
nomadzi okolic, rozbili namioty galerii, biur

Posłuchaj jak przez cienkie ściany szepce
schizmy wyznań, modlitw, spowiedzi
dzikich lokatorów wyłuskiwane ze strąków
ich ust gdy aniołowie rozkręcają  rusztowania

pod skrzydłami nocy, spajają naruszony błękit
nad ranem bóg miesza im języki dusznych snów

 

Perpetum mobile

Słyszę oddech śpiącego ojca
jakby nadmuchiwał monstrualny balon
którym o świcie wyruszymy w najdłuższą
podróż transoceaniczną, transcendentalną

wśród chmur, sterowców, pobielonych katedr
archipelagów wodnej pary, ponad kwadraty miast
znikających w mgnieniu soczewki nieba
słyszę jak płytko oddycha gdy wspólnie sklejamy

ten wielokrotnie pomniejszony model RWD -
- ( marzenie Ikara), ze skrzydłami w kolorową
szachownicę, na horyzoncie rysuję palcem
trajektorię lotu, pas startowy, otwieram hangar

świtu, wciąż słyszę oddech śpiącego ojca
świst jego płuc, przestrzelonych gruźlicą 

 

Camera obscura

Czas pylenia, gdy mąka rodziła włochate stado motyli
i wzbijało się w arrasy wilgoci i pleśni, z worków pełnych
zatęchłego ziarna, ze skrzyń, szaf wywróconych do góry
nogami, niczym sakwy drogocennych kruszców

wprawna dłoń nabierała miarki do pieczenia ciast i podpłomyków
- ktoś przekręcił obraz jak klucz w pordzewiałym zamku, ustawił
statyw  w paprociach ogrodu, w czułych kliszach naświetlały się
obrazy podwórka i ożywało anemiczne światło, w nim wszyscy

mieszkańcy cienia powracali nagle, wyzwoleni z kołowrotków
i wrzecion zaświatów, schodzili po konarach ku ostatnim czereśniom
by zabrać swe ziemskie serca – te robaczywe i te lśniące w blasku
- naruszone mocno przez wytrwałe dzioby ptaków.

 

Mandala – rowerowanie

Czas strojenia rowerów; wyłuskiwanie z futerału piwnic pordzewiałych
ukrain, kolarek, górali, wyszukiwanie metalowych pompek, badanie
kondycji opon, klejenie dętek plastrami po wietrznej ospie.
Wyruszaliśmy wczesnym rankiem przez głęboki talerz mgieł, łańcuch

asfaltu napinał się do pierwszych domów przedmieścia, łąki otwierały
oczy zaropiałych fos, na taboretach siodeł lub pod ramą przecinaliśmy
wartkie strumienie dmuchawców, dozując kolejnym przerzutkom:
dynamo pędu, szybkości, beztroski, wspomnienia wiodły nas wytrwale

za odblaskowy trójkąt wzgórza obok kapliczek wpisanych w płomienie
łopianów i pokrzyw, jechaliśmy dalej przez żydowski cmentarz
spróchniałe wierzby kładły swe głowy na kamiennych poduszkach
                                                                                           macew

słońce za wzgórzami łamało pordzewiałe szprychy promieni
zostawiając nam tylko nieznane inskrypcje, pisane od prawej ku lewej
rudy pył  i mech, ciszę; jakby spadł meteoryt i ogłuszył ocean przestrzeni

lub rozpoczęło się „Święto namiotów” a dobry bóg czekał w ukryciu
chował się, był o kilka wiorst
- o jedną modlitwę stąd

 

Saga o popołudniu

Niezbadane jest ciało radia; rozlane baterie w miejscu
na sztuczną nerkę, mała dziewczynka z tranzystorem w dłoni
niczym dama z gronostajem fal i dźwięku, pośród grzbietu traw
delikatnie przekręca magiczne oko – potencjometr, blaszany

pierścionek na dłoni, mozolnie przeszukuje zaświaty eteru
archipelagi przebojów abby, genesis czy smokie, uwalniając
na chwilę ciała letników leżące na kocach od ich doczesnych
cieni ku objęciom lewitacji. Na werandzie umierał starzec, niegdyś

jeden z trybików orkiestry dętej, łowca orderów i niekoronowany
mistrz magnetycznych warcabów, byliśmy wtedy na tropach
plemienia dzikich czereśni, czechosłowackich gitar z pleksy, perkusji

z membranami kozich skór – minipodziemna orkiestra i posążek
radia, niezbadane były: gwiezdny szum i ciało starca owinięte
w pled, unoszone w eter z ostatnią zwrotką pieśni łowców

z refrenem lata złożonym w krypcie jego gardła, wyśpiewanym
                                                                 już po tamtej stronie

 

Urban hymns

Nowicjat skejtów sunących w kapturach powietrza
przez furtę ulic, ze słuchawkami wbitymi w krwioobieg
gdy miasto wyprzedza ich w lusterkach żółtych ciężarówek
a kierowcy pokazują im garnitury złotych zębów, bogate

ołtarzyki podświetlonych kabin, murale pastelowych
świętych, chmur tatuaży. Nowicjat mantrujący wszystkie
akrobacje – kickflip, bullflip, ollie – skoki i zaklęcia
kolejne stacje, modlitewniki na fejsie, wyznawcy wczytani

w dekalog graffiti, czczony posąg rampy, niczym porzucony
gips, siatka bandaży lub odrzucona proteza za nim
- złuszczony naskórek baraków i hali, bezzębne
przedmieście i stado brudnych dzieci mrużąc oczy podrywa się

nagle do próbnego lotu – niech bóg przylajkuje to zdjęcie
- udany trik w habicie powietrza – z ramy tabletu wychodzą
wirtualni święci opuszczają królestwo pikseli, rajski matrix
                                                       digitalne blogo – stany

 

Archeologia II

Przodkowie wciąż piszą do nas uroczne e-maile
w galeriach jaskiń zostawiają niewybredne graffiti
sms-y z sadzy i węgla, szminką ochry zapisują imiona
na lustrach ścian, w pośpiechu gubią gliniane zabawki

i figurki krągłych kobiet, przez kościane okulary oglądają
kolejne odcinki teatru cieni, polowania na niedźwiedzie
i dzikie konie skaczące przez jar. Wieczorami liżąc stalagmit
nad brzegiem tlących się ognisk, nasączają trucizną groty

napełniają kołczany snów, oswajają wilka śmierci w ich
doczesnym schronie, ciągle ukryci przed krwawym
                                                           świtem bogów

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.