W najnowszym numerze...

Tomasz Śmigielski

Do pary Grzegorzowi Tomickiemu daję debiutanta, którego poczynania poetyckie obserwuję z dużą przyjemnością w Internecie od kilku lat. Jego wiersze są coraz ciekawsze, spostrzeżenia po męsku jesienne i przesiąknięte goryczą.

Zostawiam z nimi PP Czytelników SL.

Polecam
Paweł Podlipniak

 


 

Tomasz Śmigielski. Autor wierszy, opowiadań. W miasto wrośnięty rejestracją ludzi, obserwuje uważnie i z zaciekawieniem przemianę obyczaju. Pisze także dla dzieci. Żegluje zawsze i wszędzie.

Na przestrzeni kilku ostatnich lat w miesięczniku Jachting ukazało się drukiem przeszło czterdzieści opowiadań jego autorstwa.

Pod pseudonimem Point of view drukuje także w Internecie, miedzy innymi w witrynie Poemax i Ósme Piętro. Mieszka w Warszawie.

 


 

Handlarz kurzu

w starym antykwariacie myszy
bezkarnie wyjadają grzbiety książek
mielone litery trzeszczą w ostrych ząbkach
zapomniany kant papierowy lem
nawet nieporęczny poradnik dla młodych małżeństw

zamiast kropek przecinki mysich odchodów
pogryzione zdania tracą sens
wypadają z książek białe szybowce
stronice ścielą gryzoniom podłogę na papierowy sen

łysy kot z najwyższej półki trwa w bezruchu
obserwuje całą tę krzątaninę
jego język jeszcze poczeka aż niecierpliwa
drgająca szarość oszuka swoje małe żołądki

klej introligatorski robi się z rybich łbów i ości
zmieszany z głodem puchnie w brzuchach
uczuciem sytości sprowadza sen
z pierwotnych słojów pnia maleńkiego mózgu

senne myszy smakują najlepiej
tuż przed śmiercią śnią wyjedzone historie
a niebo gwiaździste uwolnione z niepotrzebnych księgozbiorów
pożartych myszy i odpadających tapet sieje tylko kurz

głupi kot nie wie że jego brzuch już puchnie
w pustym antykwariacie zapomniana cisza
układa kalambury z rozsypanych liter
zastanawia się kto zje kota?

 

Domokrążcy

Do nas też przyszli.
Zamknięty w piaskownicy
pochowałem wszystkie zabawki.
Zaciekawiony nieudawanymi piegami wędrowca
długo patrzyłem w jego błękitne oczy.
Wkurwiony,
celnie sypnął piaskiem,
na mojej babce dogasił niedopałek papierosa,
obciął jej jędrne piersi.
W wyjściowym mundurze od bossa,
całą noc tańczył
z moją starszą siostrą.
Rankiem, niedospany,
olbrzymim motocyklem
wyjechał na wschód.
U ruskich mieli gasić słońce.

A siostra?
Nie mam siostry.

 

Zablokowane dzieci

zamknięte w klatkach
zjeżdżają poręczami
ciążenie tylko do parteru
gdzie w lawinie schodów
skrzynka blaszana i nosze
dla porzuconych marzeń
jak piłką bluzgami obijają zasinione
laptopowe twarze

w tym mieście wydłubanych okien
rdzewiejących trzepaków
nikt nie pyta o znikające żarówki
wyścigi windami do bieda-nieba
pozostają za drzwiami echem
próchnem w zaciśniętych zębach

spójrz czulej judaszem
obudź oko
zobaczysz jak
zwiniętą z marzeń różową kropką
dzieci schodów
blokują szarość

 

Kobiety o wąskich ustach

kobietom o wąskich ustach matki
wciskają w wąskie usta córek
wyprasowane koszule przyszłych mężów

usta kobiet zwężają się
z każdym samotnym wieczorem o jedną zmarszczkę
kobiety o wąskich ustach nie potrafią połykać łez

w wąskich ustach kobiet mieszczą się tylko szepty
schowano za nimi opowieści niesamowite
tysiąca samotnych i jednej
spoconej nocy

nikt nie zagląda w samotne usta kobiet
nikt ich nie rozchyla

zaciśnięte usta zaciśnięte uda trwają
jak skrzypiące krzesła bez powiek
oczy w ciemności uciekają snom

wąskie usta nie wypuszczą miłości
kobiety za wąskimi ustami językami mielą
zdrady na sól codzienną nacierają nią oczy
doprawiają rosoły stygną samotne

nocami z wąskich ust kobiet
wypełzają czarne języki zwiędłe
zasłaniają nimi swoje wąskie twarze
udają że z oczu spływają szklane deszcze
chowają głowy w ziemi

dopiero teraz wąskie usta pełne piachu
mogą krzyczeć

tak by nikt
nie usłyszał

 

Piaskownica noblistów

Gdy drapieżne żaby zjadały się na oczach przedszkolaków, okoliczne matki szamotały ostatnie prawdziwe włosy na głowach.

Zalewane potokami łez zmywających makijaż
godzinami tragicznie dzwoniły do przyjaciółek.

Tego się nie robi przy dzieciach – szeptały frustrując lusterka.

Dzieciakom zupełnie to nie przeszkadzało w szatkowaniu dżdżownic, od wieków i tak robiły doświadczenia w ukryciu; choć tym razem dżdżownicom było ciut ciut za krótko.

A z resztą, kto dziś dba o zdanie pierścienic, - może tylko nobliści.

 

Poduszki pełne aniołów

wierzę w archanioły wojujące
no bo skąd w wąskich uliczkach
niedzielnym popołudniem ten wiatr
ten zamęt poderwanych nagle do lotu gołębi
strąconych płatków pelargonii

to potężne anioły zamaszyście
walczą ze złymi godzinami
co na dachach kominach parapetach

kiedy stare kobiety wyczekujące w oknach
czują chłodny powiew ich skrzydeł
uśmiechają się do wspomnień
wygładzonych młodością bez skazy
wieczorami opowiadają dzieciom
o piórach jak puch
olbrzymich białych postaciach
wielkich oczach
wąskich anielich twarzach
a potem
latami leżąc w zapadniętych łóżkach
coraz dalej od pustych okien
wpatrzone w falującą biel firanek
z chudnących poduszek
bezwiednie wydłubują pierze

 

Sukinsyn

zagajnik za ostatnim domem
podrósł ostatnio
przyłóż ucho do igliwia
jeśli się odważysz
usłyszysz
jest pełen takich jak on
wyciekli pomiędzy udami
wyślizgnęli spomiędzy rozkoszy
wprost na ziemię
tacy zaczęci
niedokończeni

a w miasteczku wszystko po staremu
tylko Tereska już tu nie przychodzi
wyje nocami
skowycze
gdzie indziej

 

Właściwy koniec

wychodzili na spacer codziennie
pies uporczywie ciągnął pana
panu wydawało się że to on szarpie
zajęci przeciąganiem smyczy
nie spostrzegli kiedy minęło ich życie

pan niezmiennie wlecze zdechłe truchełko
mniej i mniej psa na spacerze
pan wie co znaczy sumienność

ususzony łeb turla się na żwirowej ścieżce
z oddaniem ściera z przeciwieństwami
przez dziurawe uszy kamyki wlatują do środka

każdy pies kocha swojego dobrego pana
czuje jak powinien okazać przywiązanie
do właściwego końca smyczy

 

Przesyłka

elegancko zapakowany w szary papier
podróżujesz z szuflady do szuflady
w ostatnią wcisną cię na wznak
najbliżsi upchną kolanami
galantą kwaterkę wyrychtują
przyklepią szpadelkiem
każdą grudkę butami ugniotą
tylko żebyś się dobrze ułożył
tak ładnie wybrzuszył kwiatami

 

Piżama

zaczyna się od tego że
zaczynasz rozumieć chwile
które utłukłeś kapciem jak muchy na ścianie
potem już bezstresowo pijesz herbatę z brudnej szklanki
wykręcasz żarówki z półpiętra by czytać nocami
przestajesz myć ręce wychodząc z toalety
chodzisz w piżamie cały dzień
kiedy księżyc przyspiesza
sikasz do zlewu bo bliżej
gdy zwlekają twoją historię z wersalki
składasz się już tylko z dwóch dat
i przyklejonej do ciała piżamy

 

Kolacja pod stołem

w czasie kolacji
ze stołu spada plasterek żółtego sera
nikt się nie schyla
to znaczy
to może znaczyć że w domu
jest co najmniej jeden nienajedzony pies
albo twoje wyposzczone ręce
tak drżą

dobrze wychowani coraz głośniej
rozmawiają uprzejmie o niczym
kiedy wstajesz milkną
dłonie schowane w kieszeniach marynarki
łapczywie łuskają pestki słonecznika
tylko tak możesz je uwolnić
zabrać ze sobą donikąd

 

Jej lejek

wszystkim bez wyjątku zostawia blizny
brzuchy dziobnięte jak po szczepieniu ospy
ślad pieczęci odciska nosicielom idealnie pośrodku

wyleczenia zdarzają się zwykle pod sam koniec
kiedy słyszą diagnozę tężeją na twarzy
dopiero wtedy udaje się zamknąć im usta
cichną pomiędzy zmarszczkami
sine ręce nie muszą się już skupiać
na pacierzach kroplujących kranów
stoją w szeregach
tyłem do okien
nie widzą jej cienia gdy do pustych oczodołów
wpuszcza sroki wydziobujące ciekawość

gdyby nie te pępki
nie mogłaby ukradkiem wlewać się w nas
swoim zimnym lejkiem

 

Jak Frida

wolna wewnątrz skorupy
nie musiała się wyzwalać
rozchylała ją pędzlem perform
umazanym w dowolnym miejscu pożądania
otwierała oczy ślepcom
nakładała tęczę by łagodnieli
kolorem
rozstąpiły się kości
z pękniętych luster rozlały kształty

dryfującą wyobraźnią zstąpiło łóżko
w okna obrazów bez granic
a każdy łuną rozpalony
brwiami zbełtany
wpatrzony
skupiony na tobie

kiedy dotykała ziemi
pod długą suknią
miała spodnie krótkie jak życie
na skórze w odcieniu flamenco
tatuaże brajlem

 

Taka zwykła herbata

myśląc o wieczorze poczułem chłód
zamarzanie to kwestia różnic
pomiędzy ciepłem a ciepłem
dlatego czajniczki z herbatą
są środkami wszechświatów
.
długo spoglądam w twoje oczy
jeszcze nie jest zbyt późno
dopiero pierwsze niebo nad nami
zdążę się ogrzać w tobie
nim pomyślisz czy warto

 

Samotność skarpetki

kobiety sumienne do grobów
na cmentarze noszą kwiaty
do uschnięcia szare twarze
lat ze zniczami nie liczą
tylko zapałki w domu zostały
jak jego kaszlnięcia niedopałki
zakładają woalki czarne buty
w różnych pozach trwają
na cmentarnych ławkach
wyświetlają wojny domowe
sąsiadkom z grobów obok
szepcąc snują opowieść
o sedesie z rozwartą klapą
o zaschniętym w zmywaku talerzu
o brudnej skarpecie
co pod stołek mu spadła
wszystkie spory już wygrane
tylko ręce dziwnie splecione
takie ciche wykręcone dłonie
żony kochane nad ranem
gdy sny o nim stygną spłakane
ten sam wkładają dzień co wczoraj
na krześle koszula czeka
sparsowana złożona jak trzeba
na swoim miejscu w szufladzie
skarpeta

 

Brązowy cukier

uśmiechnij się
nie ważne jak długo samotnie siedzisz przy stoliku
zabiegany kelner zapomniał o twojej wuzetce
nabierz kolejną porcję cukru
wsyp do filiżanki
i mieszaj zamyśloną dłonią
mieszaj długo
w zimnej kawie trudno rozpuścić
piątą łyżeczkę brązowego cukru

widocznie jakieś ważne sprawy dzieją się w mieście
na tyle ważne że nie można nawet zadzwonić
właśnie spostrzegłaś jak za oknem
bezlistne topole odsłaniają zimę

 

o kulach

zapytaj pierwsze spotkane dziecko
co to jest kula
jeśli odpowie
jest jak groszek można ją wydłubać
z dziurki w głowie śpiącego małym palcem

trafiłeś na ziemię
jeśli pokaże rękoma
taaaka ogromna
bądź pewien że zabłądziłeś we śnie
pająka

 

wszechświaty jednorazowe

kule drążą przestrzeń z nami i bez nas
tańczą nauczone szacunku do mas
nocami elipsy widać orbity zakrzywione
dniem znikają zasypane światłem
boje się tych najmniejszych kul
drażniących liniami prostymi
czarne dziury czerwienieją
na wskroś poznają światy
unikalne jednorazowe
trajektorie
łagodnieją potem

 

Ucieczka Sajmona

samotny myśli ślad
wykrzyknik w kartkę wbity
drżąc śni ostatni werbel

gawiedzi tłum jak pył na wietrze
wyburzy słowa ciszą zetrze

zostanie po nas
kurzu miałkość
niedopalony pet

 

Pelargonie i wuzetki

na początek
materac czajnik
garnek
patelnia
dwie szklanki do wszystkiego
to nasz dom

w każdej pozycji życiowej
kocham
twoją niecierpliwość palców
rano
usta spierzchnięte
kruszę
jak kostkę cukru
rozpuszczam w kakao

siedzisz na podłodze
spleciona myślami
zasypiasz we mnie
w zawilgoconym cieple
moszczę się w tobie
znikam

fotel rozpieszczony
pluszowy miękki
czeka naszych opoduszkowań
utuleń
dotknięć niechcących

tak mi rozkosznie
tak mi czule

 

Bilet

pociągnij mnie ze sobą
chcę zdążyć
rozpędzić krajobraz
za oknami krzyże wbite w pamięć migają
sosny rozpostarte w szybach
kształt nie nadąża za obrazem
od nowa lepi twarze rozmazane drogą
wyciera słowa
ostre zamienia w miękkie pędem roztarte
łąki stukają toczone myśli muszkatołowe
gałki pachnące zamiast walk tajanie
teatr jednego okna w myśli rozsmużonej

a w głowie niebo tka
rozpina  wspomnienia
w kropli na szybie skupionej siłą woli
na chwilę tylko moją

zmruż oczy poczuj
właśnie teraz
nie zawsze jest teraz

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.