W najnowszym numerze...

Robert Wieczorek

Prezentujemy dziś na Salonie, obok weterana Janusza Radwańskiego, poetę mniej znanego, choć finalistę kilku konkursów poetyckich - Roberta Wieczorka, nick sieciowy: ryszelie. To autor "dobrze zapowiadający się" i mam nadzieję, że jeśli w najbliższej przyszłości wyda tomik, to na pewno zwróci on uwagę poetyckiego światka.

Paweł Podlipniak

 


 

Robert Wieczorek, ur. w 1969 r. w Pińczowie, zamieszkały w Kielcach. Z wykształcenia: scenarzysta filmowy po Studium Scenariuszowym w Łodzi, pracownik administracji po UMCS w Lublinie.Pracuje w instytucjach związanych z kulturą. Debiutował opowiadaniem w antologii horroru „Trupojad. Nie ma ocalenia”. Publikacje: Akant, Kozirynek, SZAFA oraz antologie pokonkursowe. Nagrody: główna nagroda Konkursu Poetyckiego „Ziemia Najbliższa” im. B. Mikoszewskiego – 2009, nagroda specjalna w Konkursie Literackim im A. Babaryki – 2012, I miejsce w Konkursie Poetyckim „O Granitową Strzałę” – 2013, wyróżnienie w Konkursie „Rypiński Album Poetycki” – 2008, wyróżnienie w Konkursie Poetyckim im. C.K.Norwida – 2009,wyróżnienie w Konkursie Literackim im. H. Snopkiewicz – 2011.

 


 

Dworzec Główny Wrocław

dziewczyny w coffee heaven na dworcu są smutne
choć przecież wspierane przez muskularne ramiona
choć przecież grają telefony

oddzielone metalem od deszczu który ruszył
niektóre mają jeszcze krople na odkrytych udach
wilgoć jest piękna dla nagości

pasuje jak trzask i suchość do śmierci
dziewczyny wcierają kremy szczupłymi palcami
mają kolorowe paznokcie

jest czas przed podróżą ostatnia miękkość
wybór owocu z którym przyłapie je konduktor
czy zabrać kubek

dziewczyny w coffee heaven na dworcu są smutne
choć czekają muskularne ramiona i dżemy
pościel świeża

 

przygotowanie

Kukułko wesoła i zwinna jak strzała,
proszę cię, byś mi głośno zakukała
w ciężki, najcięższy śmierci mojej dzień,
gdy nie będę wiedział, czy cieszyć się
czy bać się...
Bohuslav Reynek Wiersz dla kukułki

właśnie ten dźwięk, rozumiesz? nie Haydn, nie Bach,
nie imperialny marsz, tylko pukanie do drzwi.

nie ma nic idealnego – w ciepłych łóżkach uwierają sprężyny,
wódka przyprowadza do stołu umarłych –

nawet jej uśmiech będzie kiedyś tylko zagadką.
ile zapamiętałeś? imiona dzieci rozsianych po albumie,

ulicę owiniętą wokół parku, jedną noc i jeden dzień.
jeszcze źdźbło trawy wyjęte z ust przed pierwszym pocałunkiem.

ze spacerów przynoszę kasztany, układam lśniące kręgi
na gładkiej powierzchni stołu. cząstki liścia, okruchy –

wyrzucam. chcę, żeby było czysto, poleruję palcami krawędzie,
nie przeszkadza mi cisza, wręcz przeciwnie.

chcę usłyszeć.

 

bunkier

łyse żarówki kołyszą cieniem.
dorzucam szczyptę rozmarynu do gulaszu w żeliwnym kociołku.
starczy mi na tydzień, starczy na dwa tysiące dni.

nie łączą nas kanały ani gołębia poczta.
wilgotne ściany przenikają przez płaszcz, wrastają jak skrzydła
i to wystarczy, bym czuł się wolny.

czasem jakiś sen przeprowadzi mnie przez noc
ale najczęściej gram w szachy z filmami Bergmana. jest dobrze,
wszędzie ta sama pora świata.

a przecież mogę  – jedną eksplozją rozwalić strop.
łycha księżyca znów zacznie mnie nabierać na uśmiech, od neonów
zrobi się jasno.

przeraźliwie.

 

fragment miasta przy żabce

wieczór pod sklepem wbija się w skórę,
skóra czerwienieje od ukłuć. zgrabiałe palce
liczą lepki bilon za złom i kwiaty z cmentarza.
pamięć przeliczana na drobne ma posmak goryczki.

zgiełk miasta już dawno zwinął się w kieszeń,
pokruszył jak tytoń z ostatniej bibułki. zima.
w banku dają kawę, na chwilę można ogrzać dłonie,
sparzyć usta. trzeba tylko zabrać ulotki,

ruszyć na rynek. pełne kosze, lokale do wynajęcia,
obtłuczony krawężnik i kredowe domki.
z parapetów lecą liście egzotycznych kwiatów,
które się nie przyjęły. niebo jest chłodne,

wymagające. gdyby przenieść nas tam teraz
to stalibyśmy przed bramą i wchodzących
prosili o drobne. jaka więc różnica, tu czy tam?
tutaj chociaż można mieć grzechy.

 

fragment miasta, pawilon

wokół co? latarnie jak gołe dmuchawce,
stacja benzynowa shell na brzegu osiedla,
kebab czynny całą dobę i kartony, paczki,
zeschłe kwiaty z zamykanej kwiaciarni.

mam w sobie szczeniaka, który lgnie,
przyzwyczaja się. nie umiem tak po prostu
wyznaczyć pola powierzchni wielokąta
z kiblem i umywalką, choć znam wzór,

choć całe życie się uczę zmieniać wystrój.
coraz więcej pustych figur, kresek
dla samej kreski, odtrąconych szczeniaków,
biegających wzdłuż drogi. wokół co?

nowy lokal do wynajęcia.

 

inercja

możemy porozmawiać o samotności,
jak rozmawia się o butach z ccc
albo jak obserwuje się ptaki –
nie znając gatunków ani miejsc gniazdowania.

możemy przesunąć palcem po grzbietach książek:
Riesman, Kafka, Plath, Ionesco,
zasunąć szczelnie rdzawe zasłony
i posiedzieć w ciepłej ciemności.

mam poczucie, że świat trochę poznikał,
pochował przed nami ważne miejsca.
brzęczą, ni to monety, ni to dzwony
a dawno nie słyszałem świerszcza.

 

egoizm

moja jest kraina imion bez znaczenia,
dat przelatujących jak mazurek
mylony powszechnie z wróblem.

mój jest ten piasek spod skrzydeł,
wyciągnięty sweter w kolorze czarnym,
bez gwiazd i bez ruchu planet.

moje są okruchy na niedzielnym stole,
wymieszane z tygodnia wizyty i cisza,
co zapada delikatnie jak wieczór.

moja jest noc, która spada jak ptak.

 

delegacja

wysyłam pocztówki z mijanych miast:
brukowane uliczki, gołąb na dzwonnicy,

bohater, wzgórze, drzewo, fontanna,
dzień, noc i zakole rzeki.

pulsuje w słońcu uliczny szyfr,
jasna patelnia i trójkąty znikania,

w oczach mienią się kolorowe sukienki,
grymasy wyczekiwania lub nie.

miejsce powinno mieć sens
lub przynajmniej posiadać źródło,

kto się napije - przestaje być przechodniem,
kto odnajdzie – dostawi cegłę.

nikt jednak nie błogosławi murów,
wszyscy się cieszą z otwartych bram –

i to nie tak, że lekceważymy barbarzyńców,
ale to barbarzyńcy budzą się w nas.

odklejam z podeszwy pety i frytki,
zmieszane ze żwirem wafelki po lodach,

za ścianą kołysze się mokre łóżko.
być może zasnę mijając wszystkie ślady.

 

kaptur

gdy dotykam, babciu, twojej przestrzelonej ręki,
gdy wyciągasz z szuflady kawałki metalu –
powinienem coś czuć. przebiegam palcami
po zardzewiałych fragmentach, po łagodnym wgłębieniu
pachnącym białym mydłem, głaszczę -

nic. a są przecież we mnie puste miejsca,
przestrzenie pozbawione wspomnień czy idei,
obumarłe zapachy i jałowe fosy. ale - rozumiesz babciu? -
nic. nie wybija nowe źródło, żadna fala nie porywa
w zamian rzucając bursztyny.

stoję na schodach, słyszę jak windą zjeżdżają śmieci,
jakaś resztka słońca błąka się po korytarzu.
dom / nie dom. miejsce, w którym w niedzielę mam rosół,
gdzie ojciec już nie kocha się z matką, śpią z pilotami
pod poduszką, zmieniają kanały przez sen.

babciu, twój alzheimer czyni mnie każdym,
dziadkiem partyzantem, zmarłym synem, żniwiarzem,
któremu w wojnę nosiłaś mleko na łąkę.
najlepiej byłoby mi być tą raną, o której opowiadasz
ze szczegółami, z błyskiem w oku,

a u mnie pustka, babciu, pustka. i we mnie.

 

malowanie w pamięci

mariusz trynkiewicz maluje obrazy
ciepłe pejzaże złote aureole Jezusowe brody

pan wyjmuje płótna ze skrzyni
jakby to było „Zwiastowanie” Jordaensa a może

„Wyjazd na polowanie” Brandta
nikt się nie śmieje nawet zimy nie ma

na spalonych cząstkach lasu
lekki mróz ścina bezwładne warstwy liści

moglibyśmy iść na spacer
we wszystkie zdeptane miejsca przy torach

zapukać do mieszkań
od których sąsiedzi odwracają twarze

ale mówisz – „nie dotykaj” –
na palcach wchodzimy do dziecięcych pokoi

zbieramy rozrzucone kredki
wkładamy rysunki w teczkę z serduszkiem

„cały mój Luwr” – szepczesz
a ja tylko poprawiam im kołdry na sen

pan pyta co to znaczy
pani mówi że kiedyś malował dzieci w słoikach

jeszcze niedawno

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.