W najnowszym numerze...

Marta Stępniak

Do pary Aleksandrze Zbierskiej daję w tym miesiącu Martę Stępniak, niewątpliwą debiutantkę z niewielkim otarciem w prasie literackiej i na konkursach. To poetycki kobiecy punkt widzenia. Mniej smutku i więcej liryzmu, dotykania i intymności. Dobre wiersze i autorka, której dalszy rozwój trzeba uważnie obserwować, bo na pewno przyniesie to sporo pozytywnych zaskoczeń i czytelniczej satysfakcji.

Szczerze polecam.
Paweł Podlipniak

 


 

Marta Stępniak (ur. w 1988 roku) polonistka, laureatka kilku ogólnopolskich konkursów poetyckich. Publikowała m.in. w „Toposie”, „Blizie”, „Helikopterze”. Przed debiutem książkowym.

 


 

Ławka

zwykle obok was nie ma miejsca dla mnie
wmawiają że taka pogoda i że trzeba kupić buty
nowy płaszcz byleby wracać jak przyzwoity człowiek
bo prawdziwe człowieczeństwo można podobno kupić
w każdej sieciówce

żeby wracać byleby do punktu A zrobić pętlę
na szyję wrócić na obiad do własnego łóżka
a mnie mogłoby po prostu nieść przed siebie

za oknem piątek więcej chłopaków na ławce
więcej puszek dymu w płucach jakby mogło
rozsadziłoby od środka
wysypałoby żarem po chodniku

jeden radiowóz pod klatką pies patrol
chłopaki kochają naszego papieża matkę

deszcz

 

Sierść

Cały dzień o śmierci
Koty łaziły za nami z drzewami w brzuchach
dopytywałaś czy mogą im tam wyrosnąć kwiaty
Bele z plastikowym sznurkiem na polu rozplątał powiew wiatru
to tu sarny przewracały się na boki a sznur robił za lwa
ściągającego pazurami do ziemi
Wieczorem z całej wsi schodziły się psy

Na końcu języka miałam pytanie
czy wiesz jak wygląda sierść wytarta do żywego mięsa

 

Woda

podobno dzieci powstają z wody
a mnie ciągnie do rwącej rzeki daleko od domu
żeby wszystkie w sobie potopić
lub spalić jak stara Grobelska
i wtedy wsiadam do indiańskiej łodzi
w której dziadkowie trzymali ciepłe mięso

z roku na rok staję się kawałkiem ciepłego mięsa
przekładanym z ust do ust

świniobicia nigdy nie widziałam
jedynie przeraźliwy kwik wiadro na krew
i indiańską łódź w której stygło mięso

 

Liście łopianów

dla K.

nasze czarne krawędzie na chwilę się stykają
na chwilę kiełkuje światło
zmieniając sieć naczyń krwionośnych w powoje
żebra chowają się pod liście łopianów
nieuważnie strącasz rosę i brud
(więcej nieumyślnego brudu dziś nie zniosę)
mówisz że ciemny kolor jest najczystszy
dla mnie najbezpieczniejszą pozycją jest ukrycie

w cieniu gdzie rosnę w imię twoje

 

Góra

najgorsze są poranki kładę się na brzuchu
żeby wpełznąć do twojego łóżka jak robak
budzisz się za każdym razem pytając znowu tu jesteś?

moja noc była za długa i zbyt ciemna
twoje łóżko jest za krótkie i ciepłe

dzielisz się kołdrą chwytasz za rozpaloną głowę
przytrzymujesz za każdym razem wypowiadając to samo
zaklęcie teraz cię nie puszczę teraz cię nie puszczę
jesteśmy razem na najwyższej z gór
przepraszam że cię wybudziłam ze snu
spadający podobno zadaje najdotkliwsze rany
albo ten kot ześlizgujący się pod lód na rzece
pamiętasz jak podrapał ci ręce?
tyle razy uczyłam ażeby nie podchodzić do wody
nie zakłócać spokoju umierania

moja noc była za długa i zbyt ciemna
twoje łóżko jest za krótkie i ciepłe córeczko

 

Dzielnica

jestem drzewem wydrążonym przez mowę płynącą z telewizora
wyskrobanym ze środka matki
odstawionym od jej plastikowych piersi
zwróconym ku ziemi ku budkom z szybkim żarciem
szkielet mój oblizany do kości przez mężczyzn głośno cmokających
mężczyzn niewiadomego pochodzenia mężczyzn wychodzących
z zakładów produkcyjnych płodzących po bożemu bezpańskie dzieci
z dzwoneczkami kluczy u szyi

dzyń dzyń

Tato usłysz nas dokop im odpuść im

 

Techno

tyle trudu sprawia mi obmywanie wszystkich otarć i zakamarków
śmiesznych kieszonek na ciele
usuwanie obcego naskórka z powierzchni własnego
jeszcze niezastygłego
dziś rano zabawiałeś się z figurą woskową
to nic że oderwałeś jej głowę a zostawiłeś cipę

czuć ciszę na wodzie i zapach mokrych piór
powroty do miasta sprawiają że trzeba ukryć prawdziwe zwierzę
jeszcze w progu schować do wewnątrz
ostatnie parsknięcia skurcze na grzbiecie
teraz możesz wziąć mnie pod język wciągnąć
wetrzeć w najbardziej ukrwione miejsca

nie słyszę głosu

oddycham i dezaktywuję kreskę lędźwi
dla ciebie cała jestem techno- łanią

 

Szumy i drżenia

przez mróz i las docierały do nas wyraźniej dźwięki
ciężarówek suwy i zgrzyty przywodziły na myśl te wszystkie
metalowe zimne części które ściskałam w środku ciała

nie wierzę w żadne słowo- zazwyczaj ściszałam głos
na końcowej sylabie lub zatrzymywałam część w ustach
jak mały balonik połykałam i tyle po nim
przez chwilę tkwił w moim anatomicznym brzuchu
pełnym szumów drżeń i ciśnień

strach przychodził najpewniej dłonie kleiły się na mrozie
z języków i jęków wzrastały igiełki mgły

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.