W najnowszym numerze...

Zjednoczone stany poezji

Janusz Solarz

Janusz Solarz prezentuje tłumaczenia współczesnych poetów amerykańskich

Zaczynając, dzięki przychylności redakcji Salonu Literackiego, ten nowy comiesięczny dział poświęcony poezji amerykańskiej, czuję się zobowiązany powiedzieć kilka słów o poetach wybieranych do salonowych prezentacji. Próbowałem sobie wyobrazić jakieś wspólne podobieństwa, które miałyby hipotetycznie połączyć poetów, których zamierzam przedstawiać czytelnikom. Te próby zakończyły się porażką. Tematycznie, formalnie, światopoglądowo, biograficznie czy też w zakresie wpływu na kształt poezji amerykańskiej, autorzy ci będą się różnić, czasem diametralnie. Tak więc tym co ich łączy i równocześnie dzieli jest ich różnorodność. Są jednak dwie inne cechy, o których chciałbym wspomnieć.

Pierwszą jest mój zamiar by prezentować takich poetów, którzy nie zaistnieli jeszcze w opiniotwórczym młynie Literatury na świecie. Robert Lowell, John Ashberry, John Berryman czy Frank O’Hara znaleźli już swoich apostołów na naszym ryku. Ich wirus zainfekował już na tyle pokaźne grono młodszych i starszych poetów, że można mówić o epidemii. Czas na zmiany, na poznanie innych sposobów parania się poezją.

Drugim faktem, który wymaga podkreślenia jest to, że wszyscy poeci prezentowani w tym dziale są do pewnego stopnia związani z uniwersyteckim systemem nauki „creative writing”. Wielu z nich jest absolwentami takich programów, wielu z nich uczy w takich programach. To nie jest czas na ocenianie skuteczności lub jakości takiego sposobu kształcenia poetów. Ten fakt sam przez się stanowi ciekawy wyróżnik tej poezji, szczególnie jeśli rozpatrywać go w kontekście tego jak się zostaje poetą w naszym kraju. Mam nadzieję, że autorzy i wiersze prezentowani w moim comiesięcznym okienku dostarczą czytelnikom wzruszeń i powodów do refleksji.

Zapraszam.

Janusz Solarz

 

Ted Kooser urodził się w roku wybuchu drugiej wojny światowej w małym miasteczku, Ames, w stanie Iowa. Spędzi całe swoje życie w wiejskich okolicach Środkowego Zachodu, tam gdzie rozrywką, wśród nudy płaskiego krajobrazu i hektarów kukurydzianych zagonów, są często przechodzące tornada. Po ukończeniu studiów licencjackich, próbował studiować pisanie poezji na University of Nebraska w Lincoln, ale zrezygnował po pierwszym roku przyznając, że był raczej kiepskim studentem. Zakrawa na ironię, że dziś, po latach, jest zasłużonym profesorem poezji na tej samej uczelni.

Robert Bly to poeta, którego poznałem dawno, jeszcze jako student krakowskiej anglistyki w czasie stanu wojennego. Był on bowiem ulubionym poetą promotora mojej pracy magisterskiej, amerykańskiego profesora przysłanego do Polski w ramach programu Fundacji Fullbright’a. Wkrótce potem, mój starszy kolega, Piotr Pieńkowski, który ciągle jeszcze uczy na krakowskiej anglistyce, przetłumaczył kilkanaście z jego wierszy. Wiem, że chętnie tłumaczyła go Julia Hartwig. Wszystko to jednak kropla w morzu w porównaniu z całością dorobku tego poety. Nie wiedziałem wtedy, że Bly będzie pierwszym amerykańskim poetą, na którego wieczorze autorskim sam się znajdę po przybyciu na studia do Stanów Zjednoczonych. Do tego doświadczenia nawiązuje mój własny wiersz z cyklu, w którym parę lat temu zdarzyło mi się snuć refleksje na temat moich spotkań z poetami czytającymi swoje wiersze.

Uważany za „najpopularniejszego poetę w Ameryce”, Billy Collins jest rzeczywiście pod wieloma względami fenomenem. Na jego wieczory autorskie przychodzą tłumy, jego wybory wierszy rozchodzą się w wielotysięcznych nakładach, a on sam z powodzeniem mógłby się całkiem nieźle utrzymać z honorariów, które wypłacają mu wydawcy. Jest już od ponad czterdziestu lat obecny na amerykańskim rynku literackim, a jeden z wyborów jego wierszy podbił nawet hołdującą innym gustom poetyckim Wielką Brytanię. Jak wytłumaczyć ten sukces? Trzeba zacząć od tego, że zanim Collins został maszynowym twórcą bestsellerów, przez kilka lat daremnie wysyłał swoje wiersze do wydawców. Do czasu, jak mi opowiedział znajomy poeta, Ron Price, który uczy w Juilliard School, renomowanym nowojorskim konserwatorium, aż James Dickey, popularny w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku poeta i redaktor, odpisał mu wskazując na jeden wiersz Collinsa i zaznaczając, że gdyby miał ze trzy tuziny podobnych byłaby całkiem niezła książka. Collins zabrał się do pracy i wkrótce nie musiał już prosić wydawców, to raczej oni zaczęli monitować go o nowe wiersze. Co jest źródłem tego sukcesu?

Elaine Equi urodziła się na zachodnich przedmieściach Chicago, w Oak Park, w 1953 roku. Ukończyła studia magisterskie na Columbia College, także w Chicago, gdzie pracowała przez kilkanaście lat po zdobyciu dyplomu prowadząc warsztaty poetyckie. W tej chwili Equi mieszka i pracuje w Nowym Jorku, gdzie uczy w programie kreatywnego pisania przy New School University. Jak sama podkreśla, cieszy ją to, że “jej wiersze są dość przystępne,” tym bardziej, że jej czytelnicy “to mieszanka ludzi o zainteresowaniach literackich i laików.” Wśród najważniejszych inspiracji, Equi wymienia surrealizm, poezję konkretną i klasyczną poezję z Chin. Nalega, że jej wiersze nie są “mało wyszukane, a raczej napisane w przewrotny, bezpośredni, minimalistyczny sposób.”

Joseph Stroud był dla mnie odkryciem przypadkowym. Dokonało się ono jakieś osiem albo dziewięć lat temu gdy mieszkałem jeszcze w okolicach Nowego Jorku. Wspaniała, mała, lecz świetnie zaopatrzona księgarnia Posnam na stacji Grand Central w samym środku Manhattanu była moim ulubionym miejscem oczekiwania na pociąg, który zabierał mnie z pracy do domu. Tam właśnie natknąłem się na wiersze wybrane Strouda, wydane przez fenomenalnych promotorów poezji, wydawnictwo Copper Canyon Press.