W najnowszym numerze...

Robert Bly

Robert Bly to poeta, którego poznałem dawno, jeszcze jako student krakowskiej anglistyki w czasie stanu wojennego. Był on bowiem ulubionym poetą promotora mojej pracy magisterskiej, amerykańskiego profesora przysłanego do Polski w ramach programu Fundacji Fullbright’a. Wkrótce potem, mój starszy kolega, Piotr Pieńkowski, który ciągle jeszcze uczy na krakowskiej anglistyce, przetłumaczył kilkanaście z jego wierszy. Wiem, że chętnie tłumaczyła go Julia Hartwig. Wszystko to jednak kropla w morzu w porównaniu z całością dorobku tego poety. Nie wiedziałem wtedy, że Bly będzie pierwszym amerykańskim poetą, na którego wieczorze autorskim sam się znajdę po przybyciu na studia do Stanów Zjednoczonych. Do tego doświadczenia nawiązuje mój własny wiersz z cyklu, w którym parę lat temu zdarzyło mi się snuć refleksje na temat moich spotkań z poetami czytającymi swoje wiersze.

Robert Bly czyta w Hamilton College

W listopadowej słocie zgubiliśmy drogę,
Robert Bly był zmuszony bez nas zacząć wieczór
i czytać wiersze, które zmagają się z Bogiem
w czasie gdy naszym wrogiem była ściana deszczu.

Żywioły Ameryki przestały mnie dziwić.
Podziwiałem poetów oddanych naturze,
szczególnie jadąc przez deszcz w starej hondzie civic,
od której zależało czy pożyję dłużej.

Spóźnieni i zmoczeni wpadliśmy na salę,
tłum kobiet spojrzał na nas jak na mężczyzn z Marsa,
siedliśmy na podłodze, a mistrz czytał dalej.

Czytając pluł okrutnie, było to niewinne
dla tych siedzących w głębi, ale dla nas farsa:
dla poezji wpadliśmy jak z deszczu pod rynnę.

Robert Bly jest absolwentem najbardziej prestiżowego programu kreatywnego pisania po drugiej stronie Atlantyku, the Iowa Writers’ Workshop przy University of Iowa. Bly skończył te studia już ponad sześćdziesiąt lat temu. Przez te sześć dziesięcioleci pozostawał jedną z czołowych postaci amerykańskiej poezji. Było wielu takich, którzy uważali go w latach siedemdziesiątych i osiemdziesisiątych ubiegłego wieku za najwybitniejszego amerykańskiego poetę. Dzisiaj jego gwiazda przybladła nieco, ale wciąż jest to ważny głos w amerykańskiej poezji.

Bly urodził się w 1926 roku w rodzinie o norweskich korzeniach na przedmieściach Minneapolis w stanie Minnesota. Po szkole średniej spędził dwa lata w amerykańskiej marynarce wojennej. Przed zdobyciem magisterium w Iowa, studiował na Harvardzie razem z grupą ambitnych młodych ludzi, którzy, jak on, chcieli spróbować swoich sił jako poeci. Byli wśród nich Donald Hall, Adrienne Rich, Kenneth Koch, Frank O’Hara, John Ashbery, Harold Brodkey i George Plimpton, a więc poetycka śmietanka Ameryki przez następne pół wieku. Po studiach w Iowa, Bly spędził kilka lat na stypendium Fullbright’a w Norwegii. To doświadczenie pozwoliło mu poszerzyć swoje horyzonty i zaznajomić się z poezją norweską i europejską. Tam zapewne tkwił początek drugiego nurtu jego działalności. Bly jest uznanym tłumaczem i popularyzatorem poezji innych kultur, od norweskich i islandzkich sag, przez wiersze Nerudy, Trakla i Machado, do poetyckich form, takich jak ghazal, mających swoje korzenie w literaturze starożytnej Persji.

Bly pisze wiersze językiem, który unika akademickiej zawiłości, nawiązującym do zjawisk świata przyrody, z domieszką elementów wizjonerskich i irracjonalnych. Jego wiersze są często zaliczane do poetyckiej szkoły “głębokiego obrazu” ("deep image”), choć celem poety nie jest stworzenie prywatnej mitologii, ale raczej opisanie amerykańskiego doświadczenia przy użyciu zapadających w pamięć metafor i dramatycznych obrazów. W tym względzie, jego dwie największe inspiracje to hiszpańskojęzyczni pisarze César Vallejo i Federico Garcia Lorca. Chodzi poecie, jak podkreśla krytyk Hugh Kenner, o wyrażenie co znaczy odczuwać pełnię życia, czyli taki stan rzeczy, który nie jest dostępny dla wszystkich czytelników. Jeśli to brzmi jak świadectwo mistycznych ciągotek poety, znajduje to dalsze uzewnętrznienie w teoretycznych dywagacjach poety. To właśnie jemu przypisuje się autorstwo popularnego bon-motu "kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa". Jego książki o kryzysie męskości i o potrzebie stworzenia nowej mitologii mężczyzny, choć krytykowane ze wszystkich stron, przez całe tygodnie były na szczytach list bestsellerów. A teraz pewnie czas na kilka wierszy.

Kot w kuchni

Czy słyszałeś o chłopcu, który przechodził
obok ciemnej wody? Nic więcej nie powiem.
Poczekajmy kilka lat. Ona chciała by w nią wejść.
Czasem człowiek idzie koło stawu, a jakaś ręka
wysuwa się w jego stronę i wciąga go.

Nie było to
ukartowane z góry. Staw był samotny albo potrzebował
nieco wapna, kości są w sam raz. Co stało się potem?

Przypominało to nocny wiatr, który wieje łagodnie
i dość powoli, wzdychając jak stara kobieta
w kuchni o nocnej porze, kiedy przesuwa garnki,
rozpala ogień, szykuje jedzenie dla kota.

 

Wdzięczność dla starych nauczycieli

Kiedy kroczymy lub spacerujemy po zamarzniętym jeziorze,
Kładziemy stopy tam gdzie nigdy przedtem ich nie było.
Chodzimy po niechodzonym. Ale czujemy się nieswojo.
Kto kryje się pod lodem jeśli nie nasi starzy nauczyciele?

Woda, po której dawniej nie przeszedłby żaden człowiek —
byliśmy wtedy uczniami — wytrzymuje ciężar naszych stóp
i rozciąga się przed nami na dobrą milę.
Pod nami nauczyciele, a wokół nas cisza.

 

Skłonności starych małżonków

No cóż, jedzmy dalej ziarno wieczności.
Co nas obchodzą ulepszenia w sposobach podróży?
Anioły czasami przeprawiają się przez rzekę na grzbietach żółwi.

Czy mamy się martwić o to kto zostanie z tyłu?
Wystarczy ten jeden ptak lecący przez chmury.
Wystarczy twoja słodka twarz w drzwiach domu.

Dwa wiejskie konie uparcie ciągną wóz.
Szalone wrony odfruwają z obrusem w dziobach.
Przeważnie udaje nam się przeżyć noc.

Nie odpędzajmy dzikich aniołów od naszych drzwi.
Być może szalone pola zbóż poruszą się.
Być może zaniepokojone skały nauczą się chodzić.

Nie szkodzi jeśli noc dostarcza nam zmartwień.
Nie szkodzi jeśli nie pamiętamy naszych własnych imion.
Nie szkodzi jeśli ta kocia muzyka gra bez końca.

Przestałem się martwić o samotnych mężczyzn.
Martwię się o tych dwoje, którzy mieszkają obok.
Wystarczy, że doleci kilka słów przez otwarte drzwi.

Zaprezentowane powyżej tłumaczenia wierszy poety uwypuklają, jak mam nadzieję, mechanizmy jego poetyki: nieskrępowany logiką ciąg wolnych skojarzeń, podniosły styl czerpiący z tradycji Rilke’go i Yeats’a, elementy magicznego realizmu jakby wziętego żywcem ze stron poezji Nerudy. Z drugiej strony, widać w tych wierszach puste przestrzenie amerykańskich wielkich równin jak i ostentacyjny emocjonalizm.

Następny wiersz, by zmienić nieco kontekst, to uproszczona wersja staroperskiego ghazalu, czyli wiersza opartego na strategicznych , regularnych powtórzeniach tej samej frazy.

Kruki ukryte w bucie

Jest coś czego nie pojmują kobiety i mężczyźni
Mieszkający w domach. Stojąc przy paleniskach,
Starzy alchemicy napomykali o tym z tysiąc razy.

Kruki chowają się po zmroku w bucie starej kobiety.
Czterolatek odzywa się w jakimś starożytnym języku.
Przeżyliśmy naszą własną śmierć z tysiąc razy.

Każde zdanie skierowane do przyjaciół znaczy także
Coś przeciwnego. Gdy mówimy ”Ufam Bogu,” znaczy to,
Że Bóg zdołał już nas porzucić z tysiąc razy.

Matki klękały raz po raz w czasach wojny
Po kościołach prosząc Boga by chronił ich synów,
Ale ich prośby zostały odrzucone z tysiąc razy.

Młode nury płyną za zwiewną sylwetką matki
Przez długie miesiące. A ta przed końcem lata zanurzy
głowę w wodzie Deszczowego Jeziora z tysiąc razy.

Robercie, zmarnowałeś szmat swojego życia
siedząc w domu i pisząc wiersze. Czy zrobiłbyś
To jeszcze raz. O tak, z pewnością, z tysiąc razy.

Może warto podkreślić, że Bly, po tym jak zwiedził kawał świata, angażował się w protestach przeciwko wojnie w Wietnamie, i stworzył podstawy ruchu odnowy znaczenia męskości, mieszka od wielu lat na odległej farmie w Minnesocie, w miejscu dalekim od polityki, a zanurzonym w przyrodzie. Rok temu zaczynałem ten cykl prezentacją wierszy Todd’a Boss’a, młodszego poety z tego samego stanu, który wychował się na podobnej farmie. Może jest w tym jakaś karma, że dzisiejszy odcinek mojego cyklu prezentacji amerykańskich poetów zakończy wiersz starszego poety recytowany przez tego młodszego na tle wizualnej animacji.

Podglądacz samogłosek

Jak cudownie móc pisać z tym bogactwem samogłosek:
Ciało, Tomasz, psalmy ławicy dorszy. Radość
Z formy wynikająca z pracy nad nią, wesołość.
Jesteśmy jak pijacy, którzy nie wypili nawet kropli.
Wszyscy stajemy się kopaczami rowów, jak Brahms.
Albo inaczej, jesteśmy jak ten astronom,
Który patrzy jak wielka trzeźwa gwiazda powraca
Każdej nocy na swoje miejsce na nocnym niebie.

Prawa autorskie do prezentowanych powyżej tłumaczeń: Janusz Solarz

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.