W najnowszym numerze...

Christian Wiman

Christian Wiman urodził się w 1966 roku w małym miasteczku w zachodnim Teksasie, w ostatnim miejscu na ziemi, które moglibyśmy podejrzewać o atmosferę sprzyjającą rozwojowi poety. Nic dziwnego, że od rozpoczęcia studiów mieszkał w wielu miejscach, ale nie w Teksasie. Wiman jest poetą, tłumaczem, redaktorem. Uważa go się za poetę mistycznego, który poświęca swoje wiersze tematowi wiary. W swoim dorobku tłumacza ma wybór wierszy Osipa Mandelsztama. Jako redaktor, był naczelnym, w latach 2003-2013, miesięcznika Poetry, najstarszego periodyku poświęconego poezji w Stanach Zjednoczonych. W swojej karierze akademickiej, a jest to zajęcie typowe dla wielu amerykańskich poetów, był wykładowcą na Stanford University, Northwestern University i, obecnie, na Yale University. Są to wszystko uczelnie z najwyższej półki.

W wydanym w 2007 roku zbiorze esejów o tym jak stał się poetą, Wiman, u którego wykryto rzadką odmianę raka, pisze, w ostatnim rozdziale, o tym, co znaczy być poetą i nie rezygnować z wiary w obliczu śmierci. Podobne tematy są podstawową substancją jego wierszy. Przedstawiam w tym miesiącu czytelnikom Salonu trzy wiersze z najbardziej cenionego zbioru wierszy Wimana, wydanego w 2010 roku EVERY RIVEN THING (Każda rozdarta rzecz) i jeden wiersz z wcześniejszego zbioru, któremu towarzyszy klip wideo poety czytającego ten wiersz.

Janusz Solarz

 


 

GDYBY BYŁ NAM DANY BARDZIEJ SWAWOLNY BÓG

Gdyby był nam dany bardziej swawolny bóg
bardziej rozmowny
               mniej podatny
na magię nieosiągalnych szczytów
i na ciszę we wnętrzu
kamienia

mógłbym zawłaszczyć dla siebie
grzmot
               z grzbietu kleszcza

mógłbym żłopać
życie
               z kielicha tulipana

i oddać piekło
w ręce boga, który z czasem
uzyskałby pieprzone pojęcie
co z nim zrobić:

stwarzać, i pomnażać,
i przepaść bez wieści
                gdy już będziesz miał dość

 

TYLE W NIM POETY, ŻE GARDZI POEZJĄ

Tyle w nim poety, że gardzi poezją
świadomy zmęczony burzą w swoim wnętrzu
tymi delikatesami duszy
                       jak wtedy na szorstkim wietrze
między budynkami w centrum miasta
gdy posągowa nowoczesna
kobieta
                       przyciskała dłonie
do ud
by jej spódnicy
                       nie podwiał jakiś podmuch!

 

MAŁA MODLITWA NA PRZENIKLIWYM WIETRZE

Tak jak w dlugo już porzuconym, na wpół zapadniętym domu,
który mogą odnaleźć tylko ci, co pobłądzili,

gdzie, za oknami bez szyb, pod uginającym się stropem,
w setkach szczelin gnieżdżą się setki stworzeń,

i w którym współżyją duchy wcześniejszego życia
i żywa dusza tej ruiny, którą stało się to miejsce,

wiatr szuka i opiewa każdą ranę w drewnie
na tyle otwartą by go przyjąć,

roztrzaskaj mnie Boże na tysiące dźwięków ...

 

OSTATNIĄ POTRZEBĄ MIŁOŚCI

Ostatnią potrzebą miłości jest ziemia
i rozpacz jest jest jej całym ciężarem

w tym długim spadaniu zawsze
do najwcześniejszych godzin,

które nie istnieją nigdzie
poza naszym umysłem.

W zbitym stogu
dawno skoszonej trawy,

z nudy, z cierpienia,
przypadkowy ruch chłopca

wyzwala ciemną żarliwość
rozzłoszczonych pszczół,

które związują drzewa
i blokują drogę do domu.

Obejmuję go gdy on obejmuje mnie,
to co niewiadome panuje nad strachem,

jest taki młody, stoi bez śladu użądlenia
pod tym co pozostało z nieba.

Zbyt późno nauczyłem się jak żyć.
Dziecko, naucz mnie jak umierać.

 

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.